Szukaj na tym blogu

czwartek, 12 marca 2015

Manowce historii w Manowie

Manowo, to gmina przyległa od południowej strony do Koszalina, której bogata historia, a ściślej prehistoria, miała swój udział w średniowiecznych narodzinach tego miasta. Spełniła rolę kulturotwórczego zalążka dla powstania w jej pobliżu lokalnego ośrodka miejskiego i politycznego. Podobne współzależności, chociaż w większej, ponadregionalnej skali, dotyczyły Wolina (kiedyś Wołynia), który po czasach swojej wikińskiej świetności upadł, ale dał impuls i zwolnił pole dla rozwoju wielkiego Szczecina. Tak samo jak upadające wikińskie Truso stworzyło miejsce dla rozkwitu Gdańska, tak jak Birka poprzedziła narodziny Sztokholmu, Kaupang - Oslo, Uppåkra - Lundu, Hedeby - Hamburga, Rurikowo Gorodiszcze - Nowogrodu, a Gniezdowo - Smoleńska. 

Oto fragment mapy Carte von Denen Herzogthumern Vor und Hinter Pommern z roku 1775, dotyczący omawianej tutaj Ziemi Koszalińskiej i Białogardzkiej (źródło: Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa). Interesujące są na mapie oznakowane m.in. niektóre młyny wodne i wiatraki. O wiatrakach jako młynach pisał już w X wieku perski geograf al-Farisi al Istakhri (al Istachri), o którym wspomnimy jeszcze niżej przy okazji wymienianych przez niego plemion słowiańskich.

Dzięki przeprowadzonemu pod koniec XI wieku przez Normanów w Anglii pierwszemu na świecie ogólnokrajowemu rejestrowi (o którym będziemy jeszcze dalej mówić), który dziś możnaby nazwać narodowym spisem powszechnym, wiemy że sieć młynów wodnych na XVIII-wiecznym Pomorzu była tylko niedużo wyższa (jeden młyn na 18 km kwadratowych), niż w XI-wiecznej Anglii (jeden młyn na 23 km kw.). Porównywalna była przy tym (XI-wieczna Anglia i XVIII-wieczne Pomorze) gęstość zaludnienia tych krajów, odpowiednio 15 i 19 mieszkańców na km kw. XI-wieczne Pomorze, tak jak i cała Polska, była krajem o dwukrotnie niższej gęstości zaludnienia, niż ówczesna Anglia. Nie było to mało, jeżeli zważymy że po dalszych siedmiu wiekach, w przedzień upadku Polski z połowy XVIII wieku - największego powierzchniowo kraju Europy (poza Imperium Ottomańskim), gęstość zaludnienia wynosiła trzykrotnie mniej niż w Anglii. Warszawa liczyła wtedy tylko 23 tysiące, podczas gdy sąsiednie stolice: Berlin 90, Petersburg 150, Praga 59, Wiedeń 175, a Londyn nawet 675 tysięcy mieszkańców.  

Na marginesie, wydaje się że oceniając miejsce Polski na arenie europejskiej w poszczególnych epokach nasi historycy zbyt rzadko opierają się na faktach z historii gospodarczej kraju, zbyt rzadko operują zobiektywizowanymi faktami, w tym zwłaszcza o charakterze makroekonomicznym, a skłonni są bardziej sięgać do pojedyńczych, tyle spektakularnych co subiektywnie interpretowanych wydarzeń, przeceniając często ich wpływ na położenie strategiczne i losy kraju.

Przedmiotem tego artykułu nie tyle będą same fakty historyczne, ile sposób ich interpretacji w głównym nurcie naszej historiografii. Zechcemy tutaj wskazać na kwestionowany przez wielu historyków fakt, że zawarta w dotychczasowych znaleziskach archeologicznych wczesnośredniowieczna historia ziemi manowskiej, szerzej - ziemi pomorskiej i jeszcze szerzej - ziem dzisiejszej Polski, już w okresie słowiańskiej wspólnoty plemienno-terytorialnej potwierdza ich związek ze skandynawskim, a także w mniejszym stopniu - bizantyjskim kręgiem kulturowym.




Ale po kolei. Poniższa mapa przedstawia sytuację polityczną w Europie w VIII i IX wieku. Był to okres ekspansji państwa karolińskiego na wschód, kiedy to ani plemiona lechickie ani pomorskie nie posiadały własnej struktury państwowej, tkwiąc jeszcze głęboko w systemie rodowo-plemiennym. Jednakże już w X wieku "pochód" Cesarstwa na wschód został zatrzymany przez, jakby znienacka wynurzony z otchłani wieków, "kraj Mieszka", "państwo gnieźnieńskie". Panujący w nim Polanie musieli w kolejnych wiekach stoczyć wiele wojen ze wszystkimi swoimi słowiańskimi sąsiadami (zamieszkującymi dzisiejszą Małopolskę, Śląsk, Pomorze i Mazowsze), aby zbudować kraj, od XI wieku zwany Polską.

Najbliższym niesłowiańskim sąsiadem Pomorzan w IX wieku nie było Imperium Karolińskie, jak na to wskazuje poniższa mapa, ale ludy południowoskandynawskie. Skandynawowie, funkcjonujący w owym czasie, tak samo jak Słowianie, bez wydrębnionych narodowości i odpowiadających im struktur państwowych, byli jednak w odróżnieniu od świeżo osadzonych w tej części Europy Słowian społecznościami kulturowo i organizacyjnie bardziej dojrzałymi, czerpiącymi z dorobku cywilizacyjnego, budowanego na swoich stabilnych etnicznie ziemiach, nieprzerwanie od epoki brązu po wczesne średniowiecze. Potwierdzeniem ich witalności, umiejętności wzajemnej komunikacji i współdziałania, ale też często wzajemnej rywalizacji, były plemiona wikińskie skupione wokół starych rodów arystokratycznych. Nie weszły one, ale wdarły się do historii, rezerwując dla siebie okres zwany epoką Wikingów, w którym to okresie cała Europa pozostawała w świetle wydarzeń inicjowanych ze Skandynawii.

Uznaje się, że epoka ta trwała w Anglii w okresie 793-1066, a w Irlandii zakończyła się dopiero w 1169 roku (koniec władzy wikińskiej w Dublinie). W Polsce epoka ta oficjalnie nie istniała, ale moim zdaniem, jeżeli kiedyś ogół historyków zgodzi się ze skandynawsko-ruskim rodowodem Piastów, to okres ten możnaby zamknąć w historycznych datach między AD 963 - rokiem pierwszej konfrontacji militarnej Mieszka I z Pomorzanami, do AD 1047 - rokiem zwycięskiej bitwy Kazimierza Odnowiciela z Masławem, wspieranym przez księcia pomorskiego Siemomysła. Faktycznie trwał znacznie dłużej - pół wieku przed pierwszą datą i, jeżeli uwzględnić Pomorze - do AD 1121, to jest do przegranej przez księcia Warcisława I z Bolesławem Krzywoustym Bitwie pod Niekładzem.

Zasadniczy i niemal dziewiczy temat w mainstreamie polskiej historiografii, jakim jest pochodzenie Mieszka I i rola Wikingów w tworzeniu pierwszych struktur państwowych w Polsce jest już jednak tematem wykraczającym poza temat tego artykułu.

AD 1066 zamknął umownie okres wikiński w Anglii, ale rozpoczął głęboki w swych skutkach kulturowych i politycznych proces "normandyzacji" tego kraju przez normańskiego księcia Wilhelma Zdobywcę, po którym z prowincjonalnego kraju Anglia przekształcona została w silne gospodarczo i politycznie państwo europejskie. Tak silne, że Wilhelm Zdobywca odmówił w 1080 roku złożenia papieżowi Grzegorzowi VII żądanego przez tego ostatniego hołdu lennego i uzależnienia politycznego Normandii i Anglii od Stolicy Apostolskiej. Lanfranc, arcybiskup Canterbury, obsadził niemal wszystkie wysokie stanowiska w kościele angielskim normańskimi biskupami i opatami, reformując go administracyjnie i konsolidując moralnie (np. ukrócając anglo-saksoński zwyczaj wielokrotnego ożenku księży i odsyłania poprzedniej żony i dzieci). Kościół ten już nigdy później nie podporządkował się całkowicie Rzymowi, z którym politycznie rozstał się w dobie Reformacji w 1534 roku.

Oto mapa karolińskiej Europy w IX wieku, z zaznaczonymi głównymi kierunkami penetracji militarnej i handlowej prowadzonej przez Wikingów. Biorąc pod uwagę wojenny pochód cesarza Karola Wielkiego w drugiej połowie VIII wieku na tereny Saksonii, będące historycznie pod wpływami Skandynawów, należy liczyć się że fakt ten mógł być głównym powodem który sprowokował, dał początek wikińskim atakom na karolińską Europę. Państwo karolińskie regularnie korzystało z napadów rabunkowych na swoich sąsiadów  już od końca VII wieku. Roczniki "Annales Metenses priores" wspominają o powrocie  księcia frankońskiego Pepina II (który zresztą rozpoczął ewangelizację Niemców) z napadu na Fryzję w AD 697, gdzie zdobył "niezliczone łupy" (innumerabilibus spoliis). Wikingowie rozpoczęli napady od Anglii być może dlatego, że stamtąd pochodził Willibrord, pierwszy misjonarz chrześcijański we Fryzji i dolnej Saksonii.

Na marginesie, mapa ta nieprawidłowo wykreśla zachodnią granicę państwa karolińskiego na Odrze, zamiast na Łabie. Niewłaściwie wymienia także "Lechów" - plemię które prawdopodobnie nie istniało, jako synonim Polaków - narodu, który w tym czasie jeszcze nie uformował się.


W opisie Geografa Bawarskiego z 845 roku "nie słychać" jeszcze o ponadplemiennych związkach pod zbiorczą nazwą Polan czy Pomorzan. Dość dokładnie natomiast wymienione są pojedyńcze plemiona osiedlone wzdłuż biegu Odry, kolejno: Golęszyce, OpolanieŚlężanieDziadoszanie, Pyrzyczanie  i Wolinianie - co wskazywałoby, że rzeka ta była w IX wieku szlakiem handlowym, wiodącym znad Dunaju przez Morawy i Bałtyk do Skandynawii, wykorzystywanym przez kupców z Europy zachodniej (będącymi prawdopodobnym źródłem informacji dla autora tego dzieła). Szlak ten został przerwany wraz z najazdem Węgrów na Nizinę Panońską pod koniec IX wieku. Geograf Bawarski nazwał też plemiona położone wzdłuż drogi handlowej wiodącej z Moraw na Ruś Kijowską: Wiślanie, Lędzianie, Bużanie.

Nazwę Lechitów jako synonim Polaków wymyślił pod koniec XII wieku, bardziej moralista niż historyk, Wincenty Kadłubek. Przyjęta później w polskiej historiografii, nie reprezentuje jednak - w odróżnieniu np. od Lachów (jeżeli uznamy ich jako synonim Lędzian), realnego, potwierdzonego w dokumentach źródłowych etnonimu, lecz jest tylko terminem teoretycznym, służącym do budowania interesujących teorii o strukturze etnicznej Słowian Zachodnich. Jeżeli jednak Lechitów - przez naszych badaczy zaklasyfikowanych jako jedna z trzech grup Słowian Zachodnich (obok czeskiej i łużyckiej), uznamy za spolszczoną nazwę historycznych Lachów to - w świetle informacji kronikarza Nestora z lat 1110-1117, który odróżniał Lachów od Słowian, wynikałoby że Lechici-Lachowie jako północno-zachodni odłam Słowian nie byli "czystymi" Słowianami. W Latopisie Hustyńskim kronikarz mówił bowiem: "Cyryl zaś i Metody z wielką gorliwością uczyli Słowian i Lachów". Czyż nie były to plemiona, które przybywając w VI wieku do Polski i dalej na północny zachód nie wymieszali się etnicznie z zastanymi tutaj resztkami plemion germańskich? A czy później, już w VIII-IX wieku "buszujący" wśród wschodnich Słowian Waregowie-Wikingowie, prawdopodobnie przewodzący Lędzianom-Lachom, nie sprowokowali ich pochodu na zachód w kierunku Małopolski, dla lepszej kontroli szlaku handlowego wiodącego na Morawy?

Poniższa mapa ziem Słowian Wschodnich (opracowana na podstawie Wikipedii) przedstawia kierunki penetracji tych plemion przez Wikingów w VIII-IX wieku, w tym jeden z trzech zachodnich najbardziej nas w tym miejscu interesujących - prowadzący z Kijowa przez tereny Lędzian (Lachów) do Krakowa i dalej, w kierunku Moraw i Europy zachodniej. Na szlaku między Kijowem i Krakowem, na obecnej Ukrainie, znajduje się prawdopodobny średniowieczny gród Krakowiec. Czerwonymi punktami zaznaczyłem trzy skupiska "kopców książęcych" w Małopolsce: Przemyśl (Kopiec Tatarski, Kopiec Jadwigi, Sólca, Komarowice na Ukrainie), Sandomierz (Leszczków, Salve Regina, Święcica I i II, Złota) oraz Kraków (Krakusa, Wandy, Esterki, Krakuszowice), a także nadbużański kopiec Husynne (pow. Hrubieszów). Są one moim zdaniem lub były, bo niektóre z nich już dziś nieistniejące, prawdopodobnie śladami przybyłego z Rusi osadnictwa nordyckiego. Krakowiec, obok pobliskich Żmijowisk, mógł stanowić wschodnią granicę księstwa małopolskiego w obrębie państwa Wielkich Moraw.

Wielu historyków wyraża zastrzeżenia do hipotezy o skandynawskim rodowodzie lub wtórnym wykorzystaniu przez Normanów tych kurhanów (i naturalnych wzniesień modelowanych przez człowieka) argumentując, że w innych rejonach Polski, gdzie osadnictwo Wikingów zostało archeologicznie poświadczone, nie powstały tej wielkości kurhany. Nie są to jednak opinie dostatecznie naukowo uzasadnione, należy bowiem uwzględnić, że tradycja budowy wielkich kurhanów przeżyła się u Wikingów w okresie VIII-IX wieku i została zastąpiona mniej monumentalnymi formami pochówków, znanymi w Polsce i w Europie w X-XI wieku. Większość z wymienionych wyżej kopców nie została przebadana archeologicznie w stopniu pozwalającym na konkluzywne stwierdzenia co do ich pochodzenia i wieku, a dotychczasowe badania były często powierzchowne i nie zawsze zakończone publikacją wyników badań (np. wykopaliska prowadzone przez kilka sezonów w latach 1970-tych na stanowisku Święcica II). Czy nie z powodu wyłaniania się w trakcie badań innych wyników niż były oczekiwane?


Na powyższej mapie zaznaczyłem również domniemaną, przewodzoną przez Wikingów migrację części ruskich Polan znad Dniepru do Wielkopolski oraz najprawdopodobniej pierwsze ośrodki militarne Wikingów, a zatem najstarsze piastowskie stolice: Tum i Gdecz - obecnie Giecz, oraz ich najstarsze na ziemiach polskich nadmorskie emporia: Truso i Wołyń, obecnie Wolin. Nazwa Gdecz wywodzi się ze starosłowiańskiego *Gъdъcь, a jego rdzeń *gъd nadano później m.in. Gdańskowi.

Kto inny, jak nie przybyli do Wielkopolski z naddnieprzańskich stepów Polanie  mógł dokonać tak rewolucyjnych, bo w ciągu jednego-dwóch wieków, zmian w środowisku przyrodniczym między Wartą, Notecią, Wisłą i Baryczą, przemieniając te do IX wieku porosłe puszczami tereny w ich własny krajobraz, czyli w otwarte pola i łąki? Przeprowadzane wówczas na wielką skalę wylesianie pozostawiło po sobie do dziś największy w Polsce obszar o niewielkim zalesieniu, który otaczają graniczne puszcze dawnego państwa Piastów: Puszcza Notecka, Puszcza Bydgoska, Puszcza Piska, Puszcza Kampinoska, Puszcza Kozienicka, Puszcza Świętokrzyska, Bory Stobrawskie, Puszcza Rzepińska.

Biorąc pod uwagę ścisłe przywiązanie poszczególnych plemion do własnego środowiska naturalnego które implikowało ich sposób na życie i własną kulturę, należy liczyć się z tym, że przybyli znad Dniepru Polanie musieli przetrzebić z tych rejonów pierwotne słowiańskie plemiona, które żyły "z puszczy", a których nazw nie zdążyli odnotować późniejsi kronikarze. W podobny sposób napadające w XI wieku na bizantyjską Armenię Turcy Seldżuccy eksterminowali lokalną ludność, uprawiającą ziemie z wysoką kulturą rolną po to, aby doprowadzić grunty do stepowienia, czyli do środowiska naturalnego sprzyjającego ich nomadycznemu sposobowi życia.

Jeszcze jako naddnieprzańscy Polanie, sąsiadowali oni od południowego wschodu z Kaganatem Chazarskim, któremu zmuszeni byli płacić trybut. Napór plemion koczowniczych (Chazarzy i Awarowie) na otwarte przestrzenie Polan z jednej strony sprzyjał interakcji kulturowej słowiańsko-chazarskiej, z drugiej zaś stanowił jeden z impulsów sprzyjających migracji tych Słowian znad Dniepru na północny zachód i osiedlenia się pomiędzy Wisłą i Wartą. Oto  obok próbka pozostałości po Chazarach na ziemiach słowiańskich, jakim jest zestaw złotych monet bizantyjskich z AD 607-646, wszytych pierwotnie w chazarską lub słowiańską suknię (skarb Mała Pereszczepina koło Połtawy na Ukrainie - Muzeum Ermitaż).

Jeżeli ktoś zapyta dlaczego piszę Wikingów z dużej litery, odpowiem że z tych samych powodów dla których historycy piszą z dużej Normanów, co objaśniłem w artykule "Szkatuła kamieńska czy wolińska?" Z dużej litery pisani są Wikingowie w językach, gdzie z takiej samej pisze się narodowości: angielski, francuski, niemiecki, holenderski, bośniacki, grecki, chorwacki, słowacki, serbski, słoweński, turecki itd. W innych językach, w których narodowość pisana jest z małej litery, także Wikingów pisze się z małej (np. wiking, polak): białoruski, bułgarski, hiszpański, węgierski, włoski, portugalski, rosyjski, ukraiński itd. Jest niewiele krajów, w których Wikingów, pomimo że jest to historyczna nazwa ogółu Skandynawów (a więc narodowości) - wbrew zasadom gramatycznym, pisze się z małej litery, a inne narodowości z dużej, na przykład Polska i Czechy. Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku polscy i czescy historycy pisali Wikingów z dużej litery. Tak było jeszcze w latach 1960-tych, na przykład Witold Hensel na Międzynarodowym Kongresie Archeologii Słowiańskiej w Warszawie w 1965 roku. Można powiedzieć, że wyjątkowo "przy Wikingach" polscy językoznawcy podporządkowali się dzisiaj nieracjonalnej interpretacji naszych historyków.

Wypada tutaj tylko dodać, że nazwa Normanów została wprowadzona do historii przez nacje śródziemnomorskie, jako określenie, synonim Wikingów, od czasów kiedy w 827 roku zaatakowali wybrzeże iberyjskie. Einhard (Eginhard), kronikarz na dworze Karola Wielkiego w swojej "Vita Karoli Magni" pisał: "Duńczycy i Szwedzi, których nazywamy Normanami, zajmują brzeg północny i wszystkie przy nim wyspy; południowy zaś brzeg należy do Słowian i do Ajstów i do różnych innych ludów." ("Dani siquidem ac Sueones, quos Nordmannos vocamus, et septentrionale litus et omnes in eo insulas tenent. At litus australe Sclavi et Aisti et aliae diversae incolunt nationes.").

Sądząc po braku hasła "Epoka Wikingów" w polskiej Wikipedii okres ten widocznie nie został jak dotąd uznany u nas za godny większej uwagi. W polskiej historiografii nie było epoki Wikingów, nie było nawet "okresu wpływów skandynawskich", chociaż impakt wikiński na polską historię był zdecydowanie głębszy i pociągający za sobą większe zmiany kulturowe, społeczne i polityczne, niż na przykład wyodrębniony przez naszych historyków "okres wpływów rzymskich". Obowiązywała i nadal powszechnie obowiązuje w tej kwestii oficjalna dekretacja: "nie dotyczy". Nasi historycy stworzyli iluzję, że leżące w epoce Wikingów pod samą "latarnią skandynawską" Pomorze i Polska, pozostawały w jej cieniu. Spróbujmy do skonstruowanej przez nich camera obscura wpuścić od strony północnej i wschodniej trochę światła. Uwaga: "The Vikings are coming!" (obraz Denitsa Slaveva, 2011).



"Okres wpływów rzymskich" to hasło istniejące tylko w polskiej Wikipedii, podczas gdy historycy innych krajów dzielą czasy starożytne na przełomie dwóch er (narodziny Chrystusa) zasadniczo na dwa okresy: antyk klasyczny (od czasów Homera w VIII wieku p.n.e., do schyłku Cesarstwa Rzymskiego w III wieku n.e.) i późny antyk (III-VII wiek n.e.). "Wpływy rzymskie" na ziemiach polskich jest pojęciem wymyślonym dla nazwania pomników śródziemnomorskiej kultury materialnej, jakie znajdowane są u nas, obok zabytków miejscowego pochodzenia, z okresu późnego antyku. Nadawany przez naszych historyków tym artefaktom fetysz "rzymskości" ma jakoby jeszcze bardziej przybliżyć nasze ziemie do cywilizacji łacińskiej, a oddalić od innych, "niepożądanych" wpływów (starogermańskich, wschodnich, północnych, barbarzyńskich, "koczowniczych" itp.).

Istotniejsze jest jednakże rozstrzygnięcie, czy artefakty te docierały na Pomorze i do Skandynawii poprzez rzymskich handlarzy, zapuszczających się do głębokiego Barbaricum, czy też nabywane były przez Skandynawów na bazie loco basen śródziemnomorski. Organizacja handlu, czyli KTO - jako część kultury niematerialnej, ma bowiem dla identyfikacji wpływów cywilizacyjnych znaczenie nadrzędne nad zabytkami materialnymi, czyli CO. Skandynawowie infiltrowali bowiem Cesarstwo Rzymskie już conajmniej od III wieku i to wówczas jeszcze w sposób pokojowy, osiedlając się wewnątrz Cesarstwa na jego obrzeżach, najczęściej jako jego najemni żołnierze. Otwarty jest więc problem badawczy, czy w okresie późnego antyku dominowały na ziemiach polskich wpływy rzymskie, czy nordyckie. Tak jak dzisiaj nie mierzymy wpływów cywilizacji chińskiej na europejską miarą dominacji na rynku na przykład odzieży i zabawek chińskich nad innymi.

Jeżeli wyrażać będę niżej uwagi krytyczne wobec niektórych historyków i archeologów to nie będzie to ocena całokształtu ich działalności naukowej, często bogatej i cennej, ale krytyka konkretnych błędów badawczych oraz zajmowanych postaw, naruszających naukową integralność, czyli przywiązanie do działania na codzień według zawodowych norm etycznych.

Trzeba powiedzieć, że Wikingowie nie pojawili się ex nihilo, czyli "z niczego", ani nie zrodzili się "z biedy i brudu", jak jeszcze niektórzy historycy utrzymują. Byli oni kontynuacją solidnie potwierdzonej archeologicznie poprzedzającej ich epoki kulturowej, nie pozbawionej wpływów orientalnych, zwanej okresem Vendel (AD 550-790). Już wówczas, w czasach kiedy część badaczy mówi o tzw. hiatusie osadniczym na ziemiach polskich, plemiona wokół Jeziora Mälaren prowadziły rozległe kontakty handlowe, sięgające nawet Indii (prawdopodobnie poprzez Wołgę i Morze Kaspijskie). Wskazują na to znalezione w Helgö w 1954 roku, wszystkie wykonane z brązu: datowana na V wiek statuetka Buddy z Kaszmiru, bizantyjska waza i łyżka pochodzenia koptyjskiego (Egipt) - oba zabytki z końca VI wieku. Z Helgö pochodzi również VIII-wieczna kurwatura pastorału z Irlandii - to już prawdopodobnie "zasługa" Wikingów. Oto poniżej pierwszy z tych zabytków, - prawdopodobnie noszony był jako talizman, na co wskazują znalezione przy nim rzemienie (źródło: irisharchaeology.ie).

Już w połowie VIII wieku, czyli przed rozpoczęciem przez Wikingów zbrojnych napadów na państwo karolińskie, dysponowali oni siecią osad, grodów i portów, kontrolujących szlaki handlowe w Europie północnej: Ribe w Jutlandii (najstarsze miasto w Danii), Birka w Upplandii (Szwecja), Paviken na Gotlandii, Grobina w Kurlandii (Łotwa), Staraja Ładoga w północnej Rusi oraz prawdopodobnie port w Stargardzie Wagryjskim (Starigard, później Oldenburg). Były to pierwsze zalążki miast w historii tej części Europy. Pod koniec VIII wieku funkcjonowały już Truso i Hedeby (Haithabu) w Szlezwiku. Poprzez Hedeby wiodła najkrótsza droga lądowa (17 km od Hedeby do rzeki Treene) pomiędzy Bałtykiem i Morzem Północnym.

Z uwagi na swoje korzystne położenie geograficzne Hedeby stał się szybko najważniejszym emporium łączącym handel morski Europy północnej i wschodniej z Europą zachodnią. Od końca VIII wieku począł się rysować zbudowany przez ruchliwych i wszędobylskich Wikingów szlak handlowy wiodący od Kalifatu Abasydzkiego (z centrum w Bagdadzie), poprzez Ruś i Bałtyk, z Europą zachodnią. W tym okresie istniała już pierwsza wśród Słowian zachodnich osada handlowa w Rerik (dzisiaj Gross Strömkendorf), koło Mechlina, naczelnego grodu Obotrytów, później zgermanizowanego na Mikilenburg, a dziś Dorf Mecklenburg. To od niego powstała nazwa księstwa, a dzisiaj regionu Meklemburgia. Oto plan portu Rerik (Reric) z zaznaczonymi znaleziskami (źródło: vikinghistorytales.blogspot.com).

Następne, za przyczyną  Wikingów (prawdopodobnie duńskich), centra handlowe powstały na początku IX wieku w Kaupang w Norwegii oraz wśród Słowian połabskich i pomorskich: Menzlin nad Pianą, Ralswiek na Rugii, Dierkow nad Warnową, Bardy-Świelubie nad Parsętą (znane w angielskiej, ale nie w polskiej Wikipedii), Szczecin (którego słowiańskie początki osadnictwa, ale także obecność skandynawska, datowane są na przełom VII/VIII wieku) i Wolin. Zapewne Kaup w pobliżu Wiskiauten (Mokhovoye) w Sambii był także wikińską faktorią, na co wskazuje jedno z największych w strefie bałtyckiej cmentarzysk  z IX-XI wieku (ponad 500 kurhanów). Jest to ostatni w Europie nieprzebadany tak wielki kompleks archeologiczny z epoki Wikingów. Od AD 876 Wikingowie zaczęli osiedlać się we wschodniej Anglii (Northumbia).

Liubice, czyli Stara Lubeka (Lübeck) - zbudowany w 819 roku jeden z głównych grodów obotryckich, nie wszedł w krąg zainteresowań Wikingów, prawdopodobnie z uwagi na siedzibę książęcą w tym grodzie, która taką pozostała do śmierci Henryka Gotszalkowica z rodu Nakonów (Nakonidów) w 1127 roku, od kiedy to zaczęła się hanzeatycka historia tego miasta. Na marginesie, nazwa plemienia Wagrów, lub Wagria - zamieszkała przez nich północno-zachodnia prowincja ziemi obotryckiej, sąsiadująca z wikińskim Hedeby, w starych źródłach pisana jest także jako Wagiria, Waigri, Waringia (po łacinie Varini), zbliżona jest do nazwy Waregów - Wikingów z Rusi. Książę duński Kanut Lavard, ożeniony z Ingeborgą, córką księcia kijowskiego Mścisława I Haralda, był również księciem wagryjskim (uznawanym przez Obotrytów jako ich kneze, czyli kniaź), zamordowanym w 1131 roku (późniejszy święty) przez Magnusa Silnego, którego żoną z kolei była Ryksa, córka Bolesława Krzywoustego. Wskazuje to na wcześniej już ukształtowane związki między ruskimi i połabskimi Wikingami (co zresztą potwierdzają wykopaliska archeologiczne na Rusi i na Połabiu).

Na związki handlowe między wagryjskim Starigardem (Oldenburg) a pomorskim Wolinem, czyli między dwiema faktoriami wikińskimi, świadczą szczątki odkrytego na Wolinie (osada handlowa w pobliżu tzw. Wzgórza Wisielców), zbudowanego z drewna dębowego pochodzącego z Wagrii z lat 860-870, statku który po wielokrotnych remontach użytkowany był przez okres prawie całego wieku.

We francuskiej Normandii zachowały się nazwy miejscowości Varengeville-sur-Mer (w źródłach z 1035 roku zwanej Waringiwilla, w XII wieku Warengervilla), Saint-Pierre-de-Varengeville (Warengiervillam w XII wieku), gdzie odkryto dwa młotki Thora (tzw. mjölnir) z X wieku oraz gmina Varenquebec, należąca kiedyś do Raoula de Gacé, piastuna młodego Williama Zdobywcy - przyszłego księcia Normandii i króla Anglii. W historycznej Flandrii (dziś we Francji) jest miejscowość nadmorska Waringzelle, oznaczająca kiedyś "żagiel Waregów", a także ziemia oznaczona w dokumencie z AD 1121 jako Tumbellam Warini. Na ziemi obotryckiej zachowała się do dzisiaj nazwa miasta Warin. W północnej Norwegii, na granicy z Rosją znajduje się półwysep Varangerhalvøya i zatoka Varangerfjord, w której leży miejscowość Varangerbotn i gmina Sør-Varanger.

Wszystkie miejsca zwiaząne z nazwą Waregów geograficznie leżą w obrębie terytoriów zamieszkałych lub penetrowanych przez Wikingów i są jeszcze jednym dowodem na wspólne znaczenie określeń Warega, Wikinga i Normana jako synonimów Skandynawa z epoki Wikingów. X-wieczny lombardzki biskup i historyk Liutprand z Kremony jednoznacznie stwierdził, że "Rusowie nazywani byli również Normanami" (Roussios, quos alio nomine Nordmannos vocamus).

Oto fragment mapy Filipa Clüvera z około AD 1650, z zaznaczonymi starogermańskimi plemionami południowo-bałtyckimi, w tym z jednym zwanym Varini (Warini, Warynowie), położonym w dorzeczu Warnowy (źródło: raremaps.com). Niektórzy historycy nazwę germańskiego plemienia Warini kojarzą z zamieszkującymi później te tereny  Słowianami połabskimi, których określili jako Warnowie. Wydaje się, że Warnowie, czyli post-Warini, byli raczej germańsko-słowiańską mieszanką etniczno-kulturową.


Nazwa Waregowie, w języku staroruskim - varyagi (od staronordyckiego vaeryng, væringjar) oznaczała członków gildii kupieckiej. Słowem źródłowym było staronordyckie "vara" czyli towar. Tak jak kolbyagi (od kylfingr) - młodszych członków cechu kupieckiego, a buryagi (od staronordyckiego byringe) - pomocników w transporcie. Nazwa Buryagi - prawdopodobnie pozostałość po tak zwanych przez polskich historyków "wsiach służebnych" istnieje do dzisiaj w niektórych miejscowościach w okolicach Nowogrodu, Pskowa, Smoleńska i Mińska, a w Polsce - gdyby ograniczyć się tylko do Kujaw: np. Korabniki pod Włocławkiem (budowa łodzi i okrętów), Chmielniki nad Jeziorem Jezuickim (warzenie piwa), Rybitwy nad Notecią (połów ryb), Niewody (Niewodniki - wieś dziś już nieistniejąca) nad Jeziorem Gopło (wyrób sieci).

Istnieje również pogląd, że "Wareg (varyag)" pochodzi od słowa "warzyć" (ros. варить, czes. vařit), na przykład warzyć piwo, sól - obydwa towary będące przedmiotem wikińskiego handlu, a i zapewne produkcji. Ostatnim znanym zabytkiem językowym tego słowa jest pochodzący z XIII wieku z Nowogrodu dokument spisany po starosłowiańsku na korze brzozowej (tzw. gramota) z imieniem Osip Varege, czyli Józef Wareg. Do dziś przetrwało w języku rosyjskim słowo "wareżka", oznaczające wykonaną z dzianiny rękawiczkę jednopalcową. W literaturze polskiej znane jest słowo "witeź" (wiciądz), pochodne od starosłowiańskiego witiaź, a te powstałe w VIII-IX wieku na oznaczenie dzielnego rycerza, wojownika na koniu, ale także rycerza-rabusia, zrodzone od słowa Wiking. Zafascynowany rosyjskim folklorem Wassily Kandinsky tak oto w obrazie "Pieśń Wołgi" utrwalił w 1906 roku ślady kultury wareskiej na wołżańskich łodziach.



Interesujące jest podkreślanie przez naszych historyków typowo słowiańskiej instytucji osad służebnych, nieznanych we wczesnym średniowieczu w Europie zachodniej. Fakt ten daje do myślenia, jak silny musiał być w Polsce, Czechach, na Pomorzu, Połabiu (zwanymi tamże kieczami, a w XIII wieku przez Niemców Kietzesiedlung) i na Rusi system władzy w porównaniu z Europą karolińską, który wymuszał świadczenie dla władcy poszczególnych rodzajów usług przez ludzi przez niego i pod jego bokiem zgrupowanych, zwanych służebnikami. Różnili się oni od zachodnioeuropejskich rzemieślników tym, że ci ostatni wykonywali swój zawód na warunkach uzgodnionych w sposób wolny z klientem, albo też uzyskiwali specjalny przywilej sprzedaży usług lub towarów dla lokalnego władcy. Mogli przy tym swobodnie przemieszczać się po kraju w poszukiwaniu zbytu, podczas gdy słowiańscy służebnicy przypisani byli do określonego miejsca i świadczeniem pracy dla określonego suwerena. Czyż w owym czasie w Europie nad ludem lokalnym panowali silniejsi władcy niż Wikingowie? Dlaczego na Połabiu, Pomorzu, w Polsce i w Czechach - na obszarach według naszych historyków od zarania ich państwowości włączonych w "krąg cywilizacji łacińskiej" powstały wsie służebne znane na Rusi, ale nie w Europie zachodniej?

Interesująca jest też etymologia słowiańskiego słowa "władca" (starosłowiańskie "władyka"), pochodząca od starosłowiańskiego czasownika "ładzić, uładzać", czyli doprowadzać do porządku, uspokajać, łagodzić. O to został poproszony w AD 862 Rurik przez skłócone plemiona Czudów, Słowian, Krywiczów i Wesów. Tytułem władyki, w rozumieniu przywódcy duchowego, obdarzano także biskupów słowiańskiego kościoła prawosławnego.

W ciągu X wieku Wikingowie zbudowali kolejne ważne porty w strefie południowego Bałtyku: Uznam,  Kamień i Kołobrzeg (na rysunku poniżej, L. Leciejewicz 2000). Niektóre z nich, jak wspomniana Stara Lubeka, Uznam i Szczecin, były jednocześnie siedzibami władz książęcych lub lokalnych. Charakterystyczny jest bardzo ubogi w polskiej Wikipedii opis historii wczesnego średniowiecza (z wyjątkiem Szczecina i Wolina) pomorskich i połabskich portów i emporiów w epoce Wikingów. Wszystkie powyższe, powstałe w IX-X wieku emporia tworzyły system portów łączących przeciwległe wybrzeże Bałtyku ze Skandynawią.


W okresie wikińskim Bałtyk stanowił dla Wikingów faktycznie ich morze wewnętrzne. Nazwany w 1030 roku przez perskiego geografa al-Biruniego Morzem Waregów (Bahr Warank), tak samo jak w 1115 roku przez kronikarza ruskiego Nestora  (Varyazhskoye more). Biorąc pod uwagę rozprzestrzenienie się w epoce Wikingów na wszystkich ziemiach otaczających Bałtyk, obok wag szalkowych i odważników, tak zwanego kamienia probierczego (ang. touchstone), służącego do pomiaru zawartości metali szlachetnych w wyrobach, kontrolowana przez Wikingów nadbałtycka strefa handlowa obejmowała także Śląsk oraz Czechy i Morawy. Kamienie te używane były w Skandynawii już we wspomnianym okresie Vendel (VI-VIII wiek).

Skandynawowie identyfikowali wszystkie inne kraje w obrębie Bałtyku: Kirjáland (Karelia), Eistland (Estonia), Refalaland (tereny wokół Tallina), Virland (południowa Estonia), Kúrland (Kurlandia), Samland (Sambia), Ermland (Warmia), Vitland (ziemie na wschód od ujścia Wisły) oraz Vindland (także Vendland lub Wendland, oznaczające całe Pomorze i Połabie, a od XI/XII wieku już raczej tylko Połabie/Meklemburgię). 

Oto odkryty w Szczecinie w 1962 roku wrak wikińskiej łodzi wiosłowej (foto: M. Rulewicz). Poszycie łączone było zarówno kołkami klinowymi jak i nitami żelaznymi, a uszczelnienia były z mchu oraz z sierści zwierzęcej. Nasi muzealnicy podają, że łódź została zbudowana i przebudowana w ciągu IX wieku. Przeprowadzane na zlecenie Muzeum Narodowego w Szczecinie w 1999 roku w Danii badania dendrochronologiczne siedmiu próbek tej łodzi wskazują, że do budowy użyto drzewa dębowego z okresu AD 591-843. Z kolejnych czterech próbek wyliczono, że do częściowej wymiany poszycia użyto drewna z okresu AD 641-891. Jakość badanego materiału nie pozwoliła bardziej zawężyć przedziału czasowego, ale z danych tych wynika że Wikingowie mogli przybyć tą łodzią do Szczecina już na początku VII wieku, czyli jeszcze przed powstaniem tam grodu pod koniec tamtego stulecia. 

Trzeba pamiętać, że łodzie wiosłowe już od epoki brązu były dla Skandynawów środkiem transportu, który pozwalał im penetrować południowe wybrzeża Bałtyku. Dopiero z końca VI wieku pochodzą najstarsze na tym akwenie ślady używania łodzi żaglowych, ale należy sądzić że mogły pojawić się tutaj już kilka wieków wcześniej. 

Przy łodzi znaleziono także fragmenty wyposażenia (jak na poniższym rysunku), w tym rzeźbioną w drewnie głowę smoka lub węża, którą pewnie przed wypłynieciem z portu zatykano na dziobie łodzi. Podobny kształt głowy smoka-węża z rozchylonym pyskiem na brązowych okuciach oprawek noży z przełomu X/XI wieku znaleziono na cmentarzysku w Kałdusie (o którym jeszcze powiemy niżej). Srebrny łańcuch z zakończeniami w formie głów smoka-węża (historycy mówią, że "bestii") stanowi część skarbu wareskiego z Borucina z I połowy XI wieku, leżącego na strategicznej drodze między Kruszwicą i Włocławkiem - piastowskim portem na szlaku do Rusi Kijowskiej (o czym także niżej). Podobne w charakterze do szczecińskiej żerdzie z wyrzeźbioną głową zwierzęcia na jej zakończeniu z tego okresu znaleziono również w innych wikińskich faktoriach: Rurikowie Gorodiszczu, Gniezdowie i Borszewie na Rusi oraz w Hedeby.

Drakkar, emblematyczny okręt wikiński, bierze swoją nazwę od staronordyckiego słowa dreki, czyli smoka. Jego stewa dziobowa, czyli przednia część stępki, ozdabiana była rzeźbą smoka. Smok jest chyba najbardziej rozpowszechnioną kreaturą nie tylko w mitologiach ludów indo-europejskich, ale i w wierzeniach wielu ludów od Afryki po Daleki Wschód.

Wikińskie rzeźby na szczycie stewy dziobowej były prekursorami późniejszych i nawet dzisiejszych jeszcze, tak zwanych galionów - rzeźb umieszczanych pod bukszprytem żaglowca, mających statkowi przynosić szczęście. Historycy powiadają, że szczeciński smok może być rodzimą produkcją, "naśladującą" wyroby skandynawskie, ruskie i wschodnie.

Dotychczas zbadane archeologicznie osady portowe w Menzlin, Gross Strömkendorf, Ralswiek i w Janowie Pomorskim (Truso) jednoznacznie wskazują, że ich układ zabudowy na lądzie zaprojektowany został podobnie jak te w Ribe i Kaupang. Także zawarte w tych miejscach zabytki archeologiczne potwierdzają jednoznacznie iż należały one do Wikingów. 

Oto poniżej jedna z czterech łodzi wikińskich, jaką archeolodzy wydobyli ze stanowiska w Ralswiek. Prawdopodobnie zawiera ona także słowiańskie elementy w konstrukcji, co wskazywałoby na szkutniczą współpracę Słowian i Wikingów  (foto: P. Herfert, 1970).


W połowie IX wieku Wikingowie zbudowali kolejne grody, jako ich centra polityczne i handlowe: Dublin w Irlandii oraz Holmgård (na bazie słowiańskiego grodu Rurikowo Gorodiszcze), u ujścia rzeki Wołchow do jeziora Ilmień, na Rusi. Pod koniec X wieku Waregowie zbudowali 2 km w górę rzeki od tego miejsca nowy gród - Nowogród, dzisiaj zwany Nowogrodem Wielkim, w odróżnieniu od Niżnego Nowogrodu (byłe Gorki). W sposób konsekwentny przygotowywali się do przejęcia pełnej kontroli handlu pomiędzy trzema centrami cywilizacyjnymi: postkarolińską Europą, Bizancjum oraz kalifatami arabskimi. Kontynuowali w ten sposób odbudowę zerwanych w wyniku okresu migracyjnego od IV wieku starych więzi handlowych z cywilizacją śródziemnomorską (z leżącymi na tym szlaku ziemiami polskimi), której centrum zaczęło zanikać w Cesarstwie Rzymskim, a tworzyć się w Bizancjum i na Bliskim Wschodzie. Zainteresowanie Skandynawów stworzeniem drogi wschodniej z Południem zostało od VI wieku wzmocnione pojawieniem się nowego rywala politycznego, jakim było rodzące się Cesarstwo Frankijskie, przechodzące na chrześcijaństwo i roszczące sobie prawo do dziedzictwa rzymskiego.

Obok pokojowych stosunków handlowych, jeżeli te nie były możliwe na warunkach akceptowanych przez Wikingów, podejmowali oni ataki zbrojne przeciwko każdemu z tych imperiów, a następnie umiejętnie, drogą dyplomatyczną negocjowali korzystne dla siebie warunki pokojowe. A więc odwoływali się nie tylko do swojej doskonałej znajomości operowania mieczem, ale i do równej biegłości w posługiwaniu się językami obcymi i do dobrej znajomości lokalnych zwyczajów i warunków (np. słynne ich dogovory z Bizancjum - te znane z lat 907, 911, 941, 944, 971 i 989 umowy polityczno-handlowe).

To zapewne z kierunku rusko-bizantyjskiego dotarł na dwór Mieszka I wielbłąd, którego nasz książę podarował sześcioletniemu cesarzowi Ottonowi III w trakcie jego spotkania z cesarzową - regentką Teofanu (Teofano) w Kwendlinburgu 4 kwietnia 986 roku. Wiek później księżniczka kijowska Eupraksja Wsiewołodna, zanim w AD 1088 poznała w Kwedlinburgu przyszłego małżonka cesarza  Henryka IV i koronowana w Kolonii jako cesarzowa Niemiec pod imieniem Adelheid, poślubiła Henryka Długiego, margrabiego saksońskiego. Na ślub w Stade nad Morzem Północnym przybyła ze swoim dworem w imponującej karawanie wielbłądów, objuczonych cenną wyprawą ślubną. Orszak ślubny wiódł prawdopodobnie najkrótszą trasą przez Polskę, ponieważ od AD 1082 Polska, wcześniej wroga Henrykowi IV, po ślubie Judyty Salickiej, siostry Henryka IV, z polskim księciem Władysławem Hermanem, była bezpieczna dla tego przejazdu. Zbliżenie polsko-niemieckie pozwoliło wtedy odnowić stary szlak handlowy z Kijowa przez Kraków do Ratyzbony.

Dopiero po schyłku epoki Wikingów z końcem XI wieku  kraje o najbardziej dojrzałej gospodarce rynkowej wytworzyły własne organizacje kupieckie, które zaczęły współpracować ale i rywalizować na głównych szlakach handlowych Europy. Pewną wskazówką jakie nacje handlowały bezpośrednio z Bizancjum są te, wymienione w anonimowym dziele literackim z połowy XII wieku zatytułowanym "Timarion". Na dorocznym głośnym w Europie targu w Salonikach (drugim największym mieście w Bizancjum) na św. Dymitra (Demetrius), zwanym "demetrią", wymienieni są obecni tam kupcy ruscy, bułgarscy, dalmatyjscy, węgierscy, niemieccy, hiszpańscy, włoscy, arabscy, peczeńscy, armeńscy, hinduscy i etiopscy. Z innych źródeł wiemy, że przybywali tam również kupcy żydowscy i flamandcy, a także w ciągu całego roku pielgrzymi z wielu krajów Europy, podążający do lub z Jerozolimy. Już pół tysiąca lat liczyła wówczas bazylika św. Dymitra w Salonikach, o rozległym podziemnym cmentarzu starochrześcijańskim (poniższe foto: Starboardside/Pixdaus).


W 808 roku Godfred (Gudfred), wódz duńskich Wikingów, w obawie przed atakami ze strony Imperium Karolińskiego, które wcześniej podbiło Fryzję i Saksonię, umacnia na granicy swojego terytorium stare wały obronne, zwane Danevirke (Danewerke) oraz rozbudowuje przygraniczne miasto garnizonowe Sliasthorp (Sliestorp). Na poniższym fragmencie mapy Carta Marina z AD 1539 jej autor, Olaus Magnus, zaznaczył przebieg tego "chińskiego muru" w Danii ("Munimentum Danavirke").

Warto zwrócić uwagę, że w tym samym czasie bo w 810 roku Karol Wielki odgrodził się w podobny sposób od Obodrytów, budując wały obronne nazwane przez kronikarzy Limes Saxoniae. W ten sposób linia Danevirke i Limes Saxoniae wyznaczyła pas silnie umocnionej granicy oddzielajacej Wikingów i Wagrów (zachodni odłam Obotrytów) od Cesarstwa Karolińskiego. Ograniczone zostały kontakty Słowian z państwem karolińskim, które zresztą kolejnymi dekretami zakazywało sprzedaży broni Słowianom, a wzmocniły się relacje słowiańsko-wikińskie.

Przy okazji, wykraczając na chwilę poza temat blogu, warto zwrócić uwagę na ciąg latarni morskich oraz pław (boji) na hanzeatyckim szlaku między Lubeką i Rygą. Jedna z latarni naniesiona została, prawdopodobnie niedokładnie, pomiędzy Wolinem (tutaj "Iulin") i Regą. Chodzi tu pewnie o latarnię morską na Górze Chełmskiej ("Gollenberg") pod Koszalinem, odnotowaną w kronikach w AD 1532. Posiadała ona wtedy kilka ogni, których światło odbijało się od pokrytego glazurą sferycznego lustra. Ten szlak morski niektórzy historycy uznają (z tych, o których istnieniu wiedzą) za najlepiej oznaczony nawigacyjnie na świecie na początku XVI wieku.


Wracając do AD 808, z uwagi na zbrojne (jak wynika z kronik) przejęcie Reriku przez Drożka, wodza Obodrytów, Godfred w tym samym roku likwiduje to emporium i przenosi je do wewnątrz pasa obronnego, przez Sliasthorp do Hedeby. Informacje kronikarzy o ataku Drożka nie zostały jednakże potwierdzone przez prowadzone tam badania archeologiczne (żadnych śladów walki, spalenisk), co wskazywałoby że Godfred przeniósł kupców i rzemieślników z Rerik do Hedeby z powodów ekonomicznych.

Nota bene, w naszej historiografii Rerik uznany został za słowiańskie emporium, chociaż nie ma na to w archeologii kulturowych dowodów (a nawet przesłanek), ani nie jest znana żadna inna, niż skandynawska nazwa tego miejsca. Jej etymologiczne pochodzenie nie zostało jednak wyjaśnione. Pozwolę sobie zaproponować hipotezę, że nazwa Rerik mogła oznaczać terytorium należące do skandynawskiego ludu zwanego w języku staronordyckim Renir. Ich siedziby znajdowały się między dzisiejszymi miastami Oslo i Fredrikstad. Z końcem VIII wieku pochodzący z plemienia Renirów wikińscy żeglarze - handlowcy mogli osiedlić się w ustronnej zatoce Obotrytów i za ich zgodą utworzyć tam miejsce wzajemnego handlu. Nazwa jaką jemu nadali brzmiała Reríki, czyli teren ("ríki" to właściwie "królestwo" w staronordyckim) we władaniu Renirów. Podobnie imię Rurik, jakie przybrał założyciel wareskiej dynastii na Rusi, oznaczać mogło w języku nordyckim "król Rusów".

Przy okazji jeszcze jedna dygresja - od nazwy południowonorweskiego plemienia Rugii (Rygir) pochodzi prawdopopodobnie nazwa wyspy Rugii. Około pierwszego wieku naszej ery przybyli oni z norweskiej prowincji Rogaland i osiedlili się na dzisiejszym Środkowym Pomorzu, aby później przenieść się na Rugię i zapewne częściowo zmieszać się z przybyłymi w VII wieku słowiańskimi Ranami. Ranowie byli zapewne po Waregach najbardziej "skandynawskim" z plemion słowiańskich. Cmentarzysko w okolicach Ralswiek zawiera około 400 skandynawskich kurhanów obejmujące trzystuletni okres pochówkowy. Uznawana za słowiańską nazwa Ranów pochodzi od południowonorweskiego plemienia Ranii, które w części wyemigrowało w czasach wikińskich na Rugię. Siedzibą tego plemienia były tereny zwane Ránríki (obecnie Bohuslän), położone na północ od dzisiejszego Göteborga, znane z najbardziej na północ położonej w Europie koncentracji zabytków jeszcze z czasów rzymskich oraz z rysunków naskalnych w Tanum sprzed około trzech tysięcy lat z wyobrażeniami m.in. ludzi, zwierząt, broni i okrętów.

Oto usytuowanie topograficzne emporium w Ralswiek na Rugii z okresu IX-X wieku, którego autorem jest prehistoryk niemiecki Joachim Herrmann ("Ralswiek. Archäologie in der Deutschen Demokratischen Republik", Stuttgart 1989). Port w Ralswiek założony został na nieistniejącej już wyspie położonej w najbardziej oddalonej od morza południowo-wschodniej części laguny zwanej Grosser Jasmunder Bodden. Na wschód od wyspy zaznaczone jest skupisko kurhanów, na zachód od niej trzy kurhany i trzy groby szkieletowe. Na południowym brzegu wyspy odkryte zostało pogańskie sanktuarium z VIII-X wieku. Na północ i południe od niego zlokalizowano szczątki czterech łodzi wikińskich.

Od roku 946 ziemiami Ránríki władał Tryggve Olafsson, które po jego śmierci w 963 roku przeszły we władanie duńskich królów. Jeszcze na tych ziemiach i w tym samym roku, przed emigracją z matką na wareską Ruś, urodził się jego syn Olaf Tryggvasson, ochrzczony w AD 991 i od 995 roku król Norwegii. Kroniki podają, że zabiegając o przywództwo polityczne całej chrześcijańskiej Skandynawii dążył do ślubu ze Świętosławą, siostrą Bolesława Chrobrego, która po śmierci swego męża Eryka Zwycięskiego w 995 roku jako Sygryda Storrada stała się królową Szwecji. Do małżeństwa tego nie doszło, zapewne dlatego że Świętosława uważana była za pogankę. Wyszła ona ponownie za mąż już rok później, za króla Danii Swena Widłobrodego, któremu chociaż w dzieciństwie ochrzczonemu, nie przeszkadzało przywiązanie Świętosławy do starej wiary, jeżeli dzięki małżeństwu zdołał stworzyć silną koalicję duńsko-szwedzką wobec swego przeciwnika politycznego, Olafa Tryggvassona.

W dwa lata po przeniesieniu handlowego emporium z Rerik do Hedeby, z flotą liczącą 200 okrętów, Godfred plądruje wybrzeże Fryzji, pobiera okup w wysokości ponad 20.000 denarów i nakłada na Fryzów trybut. Jeszcze w tym samym wieku władzę polityczną we Fryzji przejmują Wikingowie: Rorik z Dorestad i po nim Godfrid, mianowany przez cesarstwo karolińskie jako książę Fryzji. Chociaż przejęcie przez Wikingów władzy we Fryzji było przez nich zbrojnie wymuszone, to szybko wodzowie ci potwierdzili i kontynuowali swój lojalny stosunek wobec państwa karolińskiego. Obydwaj przyjęli chrzest, a Godfrid ochrzczony został w obecności cesarza karolińskiego Karola III Grubego. Rimbert, biograf św. Ansgara potwierdza w swoim Vita Ansgarii  istnienie w owym czasie bezpośrednich kontaktów handlowych między Birką a Dorestad (a także fakty przejścia tamże niektórych kupców wikińskich na chrześcijaństwo). Oto poniżej ilustrustracja ataku Wikingów na Dorestad, której autorem jest rysownik historyczny Johan Isings.

Frankoni zachodni (przyszli Francuzi), którzy z początku nie pozwalali na osiedlanie się na ich ziemi Wikingów, zmuszeni byli płacić olbrzymie okupy najeżdżającym ich regularnie Wikingom. Za odstąpienie od oblężenia Paryża w 845 roku król Karol II Łysy zapłacił okup w wysokości 7.000 liwrów (nie moneta, a jednostka obliczeniowa - ekwiwalent wagi jednego funta srebra), czyli w "żywym pieniądzu" 1.680.000 frankońskich denarów, co łącznie odpowiadało wadze dwóch i pół tony srebra. Ale już w 911 roku król francuski Karol III zawarł z wodzem wikińskim Rolfem (Rollonem) traktat pokojowy, na mocy którego powierzył mu we władanie księstwo Rouen, czyli północno-zachodnią część przedwikińskiej Neustrii, a dzisiejszą Normandię.

Rollon w polskiej Wikipedii nazywany jest Normanem, natomiast w angielskiej, francuskiej, niemieckiej etc. po prostu Wikingiem. Według "optyki" naszych historyków opuszczający Skandynawię i wyruszający na podbój, a więc będący "wikingiem" Rollon, w trakcie podróży morskiej przechodzi jak Alicja z Krainy Czarów przez magiczne lustro i przybywa do ujścia Sekwany już jako Norman. Czyżby dlatego, że wylądował w kraju, który w przyszłości nazwany będzie Normandią? Czy też dlatego, że pochodził z kraju nordyckiego? Jeżeli zaś tak, to dlaczego nie mówimy o "Normanach" w Polsce, a tylko o "wikingach"? Jeżeli owi historycy wiążą Normanów z Normandią, to nie Rollona a jego zlatynizowanych, a ściślej zgalicyzowanych potomków należałoby zwać Normanami.

Wikingowie pozostawili po sobie w Normandii nie tylko setki kościołów i klasztorów  i ponad 400 toponimów (nazw miejsc), ale wprowadzili do języka francuskiego m.in. nazwy czterech stron świata: Nord, Sud, Est, Ouest, od staronordyckich słów Nordi, Sudri, Estri (Austri), Vestri, a wcześniej znane u Franków w łacińskich odpowiednikach, kolejno: Septemtrion, Midi, Orient, Occident. Książęta normandcy promowali w społeczeństwie edukację i dobrze zorganizowaną pracę, wspierając benedyktyńską ideę "ora et labora" (módl się i pracuj). W latach 911-1204, czyli w okresie faktycznej niezależności politycznej Normandii od Francji, powstały w tym kraju 33 klasztory benedyktyńskie. W owym okresie, w postwikińskim Księstwie Normandii, o powierzchni siedmiokrotnie  mniejszej niż Polska Piastowska, było trzykrotnie więcej klasztorów - centrów nie tylko religijnych, ale kulturowych i cywilizacyjnych, aniżeli w Polsce. Dzięki znacznie większej intensywności normandzkiego rolnictwa, rozwoju handlu i miast XII-wieczną Normandię zamieszkiwała ludność zaledwie o połowę mniejsza niż w ówczesnej Polsce. Oto mapa biskupstw i głównych klasztorów księstwa (źródło: Wikipedia).

Zakonem-matką dla ruchu benedyktyńskiego nie tylko w Normandii, ale i w Polsce był klasztor św. Benignego w Dijon (później także Cluny i inne). Jego założycielem był św. Wilhelm z Volpiano (962-1031), nauczyciel pierwszego w Polsce opata benedyktyńskiego Anastazego, o którym powiemy jeszcze niżej. Zapewnie znający polski dwór królewski Wilhelm, który był przyjacielem księcia Normandii Ryszarda II Dobrego mógł sprzyjać zaręczynom tego księcia w 1017 roku z siostrzenicą Bolesława I Chrobrego, Estrydą Małgorzatą (Sveinsdatter). Zaś Kanut Wielki, siostrzeniec Bolesława Chrobrego, żeni się w tym samym roku z Emmą, siostrą Ryszarda II. Tak oto zadzierżgnięte zostały związki rodzinne pierwszych Piastów z wikińskimi rodami nie tylko w Danii, ale i w Normandii, a także kontakty kulturowe i religijne Polski z Burgundią. Wszystkie te cztery kraje (Normandia, Dania, Polska i Burgundia) były politycznie niezależne od Cesarstwa Niemieckiego. Wracając do toponimii wikińskiej - pozostałe po nich nazwy geograficzne  występują nie tylko w Normandii, ale i w Polsce, np. Biesiekierz, ale to temat na całkiem osobny artykuł.

Niezależnie od konfrontacji militarnych z Cesarstwem Karolińskim Wikingowie nie wahali się wielokrotnie atakować (bezskutecznie zresztą) mury obronne największego i najbogatszego wówczas miasta chrześcijańskiej Europy - Konstantynopola, które w okresie wypraw krzyżowych sięgały 21 kilometrów długości.  Pozostawili po sobie znaczący dorobek cywilizacyjny w budowie państwowości Anglii, Irlandii, Francji, Włoch, Islandii i Rosji, a także zapewne Polski i być może Czech.  Oto schematyczna mapa "świata wikińskiego" w X-XI wieku (źródło: "L'épopée Viking", Robert Wernick 1980).


Dla uzmysłowienia sobie punktu wejścia Polski jako państwa na arenę historii, warto pamiętać, że w roku Zjazdu Gnieźnieńskiego Anno Domini 1000 Konstantypol liczył ponad 300.000 mieszkańców, a w Europie dorównywała mu wielkością i bogactwem tylko muzułmańska Kordoba. Ocenia się, że Bagdad był w tym czasie ponad milionowym miastem, czyli tyle ile liczył Rzym w okresie swojej największej świetności. Paryż, po inwazjach wikińskich, liczył wtedy "tylko" około 20.000 mieszkańców - najmniej w swojej historii od czasów rzymskich. Powiększone (Harald Sinozęby) w X wieku przez Wikingów emporium w Wolinie (w latach 967-985 przejściowo we władaniu Mieszka I) mogło liczyć około 5-7 tysięcy ludzi, a największe grody Polan, po ich rozbudowie w połowie X wieku, z niewątpliwym udziałem wikińskim, pewnie nie więcej niż dwa-trzy tysiące ludzi.

Fortyfikacje Gniezna, Poznania i innych najpotężniejszych grodów Piastów z połowy X wieku zawierały nieznane wcześniej na ziemiach polskich tzw. konstrukcje hakowe oraz tzw. bermy, czyli uskoki w zewnętrznej linii wałów obronnych, stabilizujące wysokie wały i otaczającą je fosę. Są to technologie przyniesione przez Waregów z Bizancjum. W oparciu o dokonujący się w ostatnich latach postęp w badaniach archeologicznych okresu pierwszych Piastów, a także wzrastające uniezależnianie się niektórych badaczy od skostniałego, zdeformowanego przez ideologię dorobku naukowego ostatnich trzech ćwierci wieku, można określić hipotetyczną sekwencję powstawania w Polsce grodów wareskich: Tum, Giecz, Ostrów Lednicki, Poznań, Gniezno. To ostatnie miasto byłoby więc piątą dopiero w kolejności stolicą piastowską.

W realizacji swoich celów, jak wspomniałem wyżej, Wikingowie umiejętnie i elastycznie posługiwali się wobec "zainteresowanych krajów" środkami militarnymi, politycznymi i handlowymi. Zanim osiedlili się na Rusi potrafili narzucić lokalnym plemionom słowiańskim obowiązek płacenia trybutu, co zresztą wymusili również na Anglo-Saksonach, w formie słynnego danegeld. Pamiętajmy, że wymuszanie na innych krajach i ludach trybutu nie było "zarezerwowane" tylko dla Wikingów. Ci bowiem zastosowali tą samą metodę zbierania owoców swej dominacji polityczno-militarnej, jaką wcześniej stosowało państwo karolińskie wobec swoich sąsiadów: Saksonów, Słowian czy Bretonów.

Oto wikińska Europa w okresie od VIII do XI wieku. Proszę zwrócić uwagę na niekompletność mapy, która przykładowo nie wykazuje żadnej obecności Wikingów w Konstanynopolu, podczas gdy już od 980 roku stacjonowało tam 6 tysięcy wikińskich wojowników, tak zwana gwardia wareska (drużina), jaką podarował cesarzowi Bazylemu II (którego monety są w składzie skarbu z Bonina) książę kijowski Włodzimierz Wielki. Początkowo składała się ona tylko z Wikingów ruskich (Waregów), później także z Wikingów skandynawskich, normandzkich i angielskich. Ich kulturowy związek z macierzystą Skandynawią potwierdza fakt, że w trakcie wizyty w Konstantynopolu duńskiego króla Eryka I w 1103 roku gwardia wareska otrzymała od cesarza Aleksego I Komnenosa pozwolenie na złożenie przez nią honorów królowi jako władcy ich narodu.


Do "jednego worka" (kolor zielony) wrzucono obszary nie tylko w ogóle nie zamieszkałe przez Wikingów, ale i te często przez nich odwiedzane oraz uznane za zamieszałe w niewielkim stopniu. Jest to nie tyle błąd metodyczny, co moim zdaniem trudność w rozeznaniu w skali Europy, w oparciu o dotychczasowe oceny lokalnych historyków, stopnia obecności "czynnika normańskiego" w źródłach archeologicznych, jakimi ci dysponują. Mapa ta, przez widoczną obecność Wikingów wokół niemal całej Europy, pozwala jednakże zdać sobie sprawę, że znajdowane na Pomorzu monety  i inne zabytki nadreńskie, saskie czy arabskie nie musiały tutaj trafiać, jako efekt sprzedaży feudałowi frankijskiemu czy kalifowi andaluzyjskiemu pomorskiego miodu czy dziegciu, ale jako haracz bezpośrednio zdobyty przez wikińskiego wodza w tych krajach albo także jako efekt wtórnej wymiany towarowej wewnątrz ugrupowań wikińskich, bez żadnego związku handlowego Pomorza z krajami, reprezentowanymi przez znajdowane tutaj monety.

Odkrywane na Pomorzu wczesnośredniowieczne artefakty pochodzenia fryzyjskiego, nadreńskiego lub frankijskiego z reguły automatycznie, bez silenia się na głębszą analizę, kwalifikowane są przez naszych historyków jako pochodzące z handlu prowadzonego przez Słowian pomorskich z tamtymi krajami. Handel bezpośredni między Fryzją i Pomorzem zapewne w okresie wikińskim istniał, ale dość wątpliwe jest, że na Pomorzu i Połabiu partnerami Fryzów byli bardziej Słowianie, niż Wikingowie, u których źródła (na przykład inskrypcja kamienna w Sigtunie) potwierdzają istnienie fryzyjskich gildii kupieckich. Fryzowie bowiem już od VI wieku byli dla Skandynawów pośrednikami handlowymi nie tylko z merowińską Europą, ale i muzułmańską Andaluzją (dla której sprowadzali niewolników m.in. z Anglii, z Saksonii i zza dolnej Łaby - czyli także Słowian), a również z Bizancjum (do VIII wieku - zanim Wikingowie nie zbudowali bałtyckich emporii, o których wspominam wyżej, oraz tak zwanego "Szlaku od Waregów do Greków"). Jeszcze Ibrahim ibn Jakub (al-Tartushi), ambasador kalifatu w Kordobie (Andaluzji) na dworze cesarza Ottona I w latach 960-970 - a wcześniej jako kupiec, zajmował się handlem niewolnikami słowiańskimi dla kalifatu.

Oto jeszcze jedna mapa pokazująca główne miasta - centra handlowe lub polityczne Europy i Orientu w IX-X wieku, a także tereny kontrolowane przez Wikingów oraz kierunki i daty ich pierwszych ekspansji.


Niezrównane umiejętności Wikingów w budowie okretów i w nawigacji, ich silna organizacja wodzowska oraz wielkie zasoby bogactwa umożliwiające prowadzenie wypraw wojennych - dla rabunku, w celu osiedlania się, a także dla osłaniania ich handlu (handel dalekosiężny w owych czasach nie mógł być prowadzony bez towarzyszącej mu ochronie militarnej), pozwalała Wikingom nie tylko dokonywać napadów na niemal dowolnych wybrzeżach Europy, ale i w pełni kontrolować - zwłaszcza w pobliżu Skandynawii, każdy akwen morski, a szczególnie bałtycki, każdy port i całą żeglugę.

O ile historia i archeologia dysponuje bogatymi źródłami wskazującymi na wysoki kunszt żeglarski, handlowy i polityczny Wikingów, potwierdzony ich obecnością od L'Anse aux Meadows w Kanadzie po Bagdad i Taszkient (włączeni zapewne w handel z Chinami, na co wskazują drewniane pałki z napisami runicznymi z VIII-X wieku - Muzeum Ermitaż, z doliny rzeki Tałas w Kirgistanie), o tyle brak jest w literaturze przedmiotu, która wskazuje na wysokie umiejętności szkutnicze, żeglarskie i handlowe już wczesnośredniowiecznych Słowian, dowodów źródłowych, które by pozwoliły zrekonstruować organizację i technikę kupiecką, żeglarską i szkutniczą Słowian w VIII-X wieku, w dobie wspólnoty plemienno-terytorialnej. Na odwrócenie się Słowian od morza w owym okresie wskazywałby m.in. fakt znajdowanego w źródłach archeologicznych u Pomorzan niewielkiego, poza IX/X-wiecznym Kołobrzegiem, udziału ryb morskich w szczątkach konsumpcyjnych.

Jeżeli chodzi o Pomorze, ale także Wielkopolskę i inne regiony, archeologia polska po 1945 roku, widocznie ciągle tkwiąca w traumie po nazistowskiej archeologii filonordyckiej, systematycznie wybielała elementy normandzkie w artefaktach nawet ewidentnie wikińskich, starając się uznać je bądź za słowiańską produkcję - jedynie opartą na wzorach normańskich, albo też przypisując ją jako "import" saski, fryzyjski, nadreński, bałtyjski, grecki, bizantyjski, wschodni, bądź jakikolwiek inny, aby nie normański, wikiński lub wareski (ruski). W definicji stosowanej przez naszych historyków "import" to zakup/nabycie obcego wyrobu przez tubylca, w ich rozumieniu - oczywiście Słowianina. Ten ukuty, "gazetowy" schemat myślowy ma przykrywać fakt istnienia wśród Słowian społeczności skandynawskich - zapewne najczęstszych adresatów lub producentów tych "importów".

Bez żadnych (bo nieistniejących) jednoznacznych dowodów etnicznych, archeolodzy nasi regularnie pomijają możliwość, a na Pomorzu wysokie prawdopodobieństwo, że artefakty "o cechach skandynawskich", nawet te uznane za produkcję lokalną, na przykład łodzie klepkowe, mogły być produkowane przez osiadłych tutaj Skandynawów. W naszych dziełach naukowych słowiańskość artefaktu (zwłaszcza nieceramicznego) zbyt rzadko wypływa z logicznie przeprowadzonego procesu dochodzenia do finalnego wniosku metodami naukowymi, a zbyt często wynika z zadekretowania postawionej tezy autorytetem nazwiska autora. Stempel bezdowodowej dekretacji jest tym trwalszy, im autor stoi wyżej w hierarchii swojego środowiska.

Archeologie innych krajów nie mają problemów z jednoznacznym identyfikowaniem obecności na ich ziemiach artefaktów wikińskich, podczas gdy w Polsce najczęściej używa się  eufemistycznych określeń "w typie skandynawskim", "z inspiracji skandynawskiej", "w tradycjach północnych" itp. - co ma sugerować, że zabytek nie musiał być wytworzony w obrębie kultury wikińskiej, ani tym bardziej że był w posiadaniu Wikinga, a tylko że cechują go lub technikę jego wykonania określone rysy skandynawskie. Przyjmując wbrew zasadom logicznej dedukcji, że "jak nie musiał być - to zapewne nie był"  historycy już dalej śmiało wyprowadzają tezę, że skandynawskie motywy wykorzystał de facto lokalny, słowiański producent paciorków szklanych, żelaznej ostrogi, grzebienia rogowego czy łodzi klepkowej - dla własnych potrzeb, albo na sprzedaż na miejscowym rynku, na użytek innych Słowian. W przypadku jednoznacznie wikińskiego charakteru zabytku, np. młotka Thora, wyrokuje się że słowiański wykonawca przeznaczał go "na eksport do Skandynawii". Można też "zamknąć sprawę" uznając młotek Thora za niezidentyfikowany "przedmiot w kształcie litery T" (patrz niżej obserwacje słowackich archeologów). Trzeba ubolewać nad jakością takich wywodów logicznych przywołując pogląd uznanego polskiego naukowca Jana Łukasiewicza, że "logika jest moralnością myśli i języka".


Oto powyżej jeszcze jedna mapa, ukazująca główne szlaki handlowe, zasiedleńcze i militarne Wikingów oraz pierwsze daty ich obecności. Pozwoliłem sobie przy tym, w oparciu o znaczne już i coraz bogatsze źródła archeologiczne, a nie o ich oficjalną interpretację nadaną przez naszych historyków, usunąć na oryginale "pustynię wikińską" na Pomorzu i w Prusach. Kolor jasnozielony nie oznacza zatem tylko ziem w Skandynawii, ale i obce tereny zasiedlane przez Wikingów pośród ludności lokalnej (Anglia, Irlandia, Normandia, Pomorze, Prusy).

Podejście naukowe w historiografii kończy się tam, gdzie środowiska badaczy zaczynają uznawać nie tylko źródła historyczne, ale i zbudowane na nich teorie i hipotezy naukowe za już "dawno ustalone", czyli skończone i nietykalne pomniki tej historiografii. Przykładem niech będzie bezpodstawna naukowo krytyka, z jaką wystąpił kiedyś Joachim Lelewel wobec Antoniego Helcela, gdy ten zwrócił uwagę na konkretne błędy zawarte w kronice Jana Długosza. A. Helcel, zasłużony dla polskiej historiografii historyk, skarżył się później Augustowi Bielowskiemu: "Nie sądziłem, że mi to za ciężką winę i za brak patryotyzmu poczytanem będzie, gdy błędy Długosza dowodnie wytykając, ... chciałem czytelników mniej krytycznych (wobec) kronikarza ochronić od mylnych zdań i wniosków, tem łatwiejszych do przypuszczenia, iż się nawet takiemu jak Lelewel mistrzowi przydarzyło."

Fałszywie przyjęty od czasów Gustawa Kosinny i Józefa Kostrzewskiego kanon wiązania artefaktów z pochodzeniem etnicznym, a nie li tylko z kulturą materialną, jaką one reprezentują, zapędza do dziś naszych archeologów i historyków w ślepą uliczkę, jaką jest naukowo bezpłodne podtrzymywanie dyskusji o teoriach normańskich i słowiańskich, podczas gdy obie są uproszczonymi, czarno-białymi modelami, stworzonymi na podstawach ideologicznych, a nie naukowych.

Postawy takie nie spełniają elementarnego wymogu metodologii naukowej, jakim jest przyjęcie w niej tak zwanego kryterium falsyfikowalności, czyli w naszym przypadku przeprowadzenie dowodu, który by wykazywał, że na przykład grzebień rogowy uznany jako słowiański wyrób z Pomorza, nie był lub nie mógł być wykonany przez nie-Słowianina i według jego własnej tradycji kulturowej. Jak ten obok, z wikińskiego Jorvik w Anglii, o formie i wzornictwie zbliżonym do grzebieni z Wolina. Należy przy tym pamiętać, że grzebienie - podobnie jak naczynia ceramiczne, obok pewnych elementów uniwersalnych, ważnych dla archeologa, zawierały cechy je indywidualizujące, identyfikujące obiekt z właścicielem.

Podobny kontrdowód byłby konieczny, dla wykluczenia możliwości skumulowania i posiadania przez Wikingów znacznej części wspomnianego skarbu z Bonina, złożonego w ziemi pod koniec XI wieku, aby stwierdzić - co uczyniło Muzeum w Koszalinie, że skarb ten nie miał żadnego związku z Wikingami, bowiem ci "zakończyli swą działalność dużo wcześniej na tych terenach". Argument oparty na chronologii nie wydaje się jednakże trafny, ponieważ skarb zawiera dirhemy (dirhamy) arabskie sprzed okresu, w którym przywóz na ziemie polskie praktycznie ustał (około 990 roku), a zatem dirhem boniński przybył z Arabii jeszcze w czasach wikińskich, bo przed XI wiekiem. Według dotychczasowych, dostępnych statystyk (T. Noonan 1990 - The cessation of Viking Age dirham imports into Poland and Polabia) wynika, że z całości importu dirhemów na Pomorze, Połabie i do Polski tylko 0,8 procenta stanowiły monety, które trafiły na te tereny po 990 roku.

Rozpoczęty za pośrednictwem Wikingów jeszcze w VIII wieku napływ arabskich srebrnych monet do Europy przeżywał swój rozkwit w IX i X wieku, a na ziemiach państwa piastowskiego w X wieku. Te dwa stulecia to jednocześnie, chyba nieprzypadkowo, szczytowy okres rozwoju (od czasow antycznych) handlu niewolnikami w Europie, Afryce północnej i na Bliskim Wschodzie. Oto mapa naszego kontynentu z zaznaczonymi znaleziskami dirhemów, wymownie wskazująca które tereny poza Skandynawią były pod handlową, a więc i militarną i polityczną dominacją ruskich Waregów (źródło: Dan Carlsson, Adrian Selin 2012 "In the footsteps of Rurik").

Niekwestionowanym jest fakt, że arabski pieniądz praktycznie w całości wpływał na Pomorze, Połabie i do Polski za pośrednictwem wikińskiej Rusi, skąd przechodził na ziemie polskie albo bezpośrednio (bardziej na początku X wieku), albo też pośrednio - przez Szwecję. W każdym przypadku przez handlowców wikińskich i głównie w formie tzw. siekańców (ułamków monet). W skarbach odkrywanych na ziemiach polskich, zawierających monety arabskie, z zasady należy liczyć się z ich pochodzeniem z handlu wikińskiego. To handel z Rusią i Bizancjum stał się jednym z głównych filarów akumulacji przez Piastów (kimkolwiek by nie byli) kapitału, niezbędnego do stworzenia silnego organizmu państwowego.

I to chyba nie na eksporcie dóbr leśnych do Bizancjum czy Arabii dorobili się Polanie własnego państwa i własnej wodzowskiej dynastii Piastów, ale raczej na wywózce autochtonicznych Słowian, trzebionych z Wielkopolski wraz z lasami, które Polanom przeszkadzały w ich sposobie życia. Zwróćmy uwagę na śladową ilość dirhemów w Wenecji, która była przecież jednym z głównych centrów przerzutu niewolników do Arabii. Oznacza to, że handel niewolnikami nie był w gestii Wenecjan, ale w rękach "eksporterów", czyli skandynawskich, ruskich, pomorskich i polańskich Wikingów. Islamski pieniądz trafiał w ręce dysponentów tego najbardziej wówczas poszukiwanego  "towaru", a więc - jak widać na mapie, do Waregów i Wikingów, a także - w dużo mniejszej skali, Chazarów. Czy może więc dziwić, że Mieszka I było stać na drugą co do wielkości, po cesarzu bizantyjskim, gwardię wareską?

Gwardia wareska służyła cesarzom bizantyjskim przede wszystkim do ochrony przed zagrożeniem wewnętrznym w kraju, to jest przed wojnami domowymi i zagrożeniem życia samych cesarzy. To w czasach Mieszka I, w 969 roku, został zamordowany we własnej sypialni cesarz Nicefor II Fokas, zanim wspomniany wcześniej Bazyli II w AD 988 nie sprawił sobie ochrony Waregów.  Przed nim z rąk wewnętrznej opozycji politycznej zginęło czterech innych cesarzy (Konstans II AD 668, Justynian II AD 711, Leon V AD 820 i Michał III AD 867). Lojalna (tak długo, jak była dobrze opłacana) wobec władcy gwardia wareska miała za zadanie przede wszystkim ochraniać jego dwór i bezpośrednie otoczenie. Czyż Mieszko I, zapewne potomek przybyłych znad Dniepru Polan,  nie liczył się z zagrożeniem wewnętrznym, jakie mogły stanowić siłą ujarzmione przez Polan, nieznane nam z imienia lokalne plemiona wielkopolskie? Wszakże tylko trzech władców ówczesnej Europy: Rusi, Bizancjum i Polski korzystało z ochrony gwardii wareskiej.

Wikingowie w służbie Piastów nie byli jednakże tylko bezwolną "gwardią przyboczną", jak ich rolę - bez żadnych przesłanek historycznych ani archeologicznych, regularnie pomniejszają nasi historycy. Odwrotnie, źródła archeologiczne wskazują na wysoką, jeżeli nie dominującą rolę kulturową Wikingów w okresie wczesnopiastowskim. Gwardia wareska musiała raczej być organizacją o silnej podmiotowości politycznej, zapewne mającej wpływ na przebieg wielu ważnych dla kraju wydarzeń. Pewną wskazówką jak wielkie ambicje polityczne mieli wikińscy najemnicy jest historia Roussela de Bailleau, który w AD 1074 otwarcie przeciwstawiając się cesarzowi Michałowi VII Dukasowi miał ambicje utworzyć w Lykaonii i Galacji własne państwo (podobnie jak Miecław na Mazowszu w AD 1037) oraz mianować cesarzem Jana Dukasa. Nie zrealizował swych zamiarów tylko dlatego, że został pokonany dzięki pomocy, o którą cesarz poprosił Turków - największych wrogów Bizancjum. Kto wie czy Turcy byliby w stanie tak szybko zawładnąć całą Azją Mniejszą, gdyby między nimi a Bizancjum stało na przeszkodzie nowe państwo normańskie. Oto powyżej pieczęć osobista tego normańskiego najemnika, z wizerunkiem Matki Boskiej z Dzieciątkiem

Wracając do arabskich monet, oto obok popularny na Pomorzu samanidzki dirhem, ten egzemplarz bity w mennicy al-Mad'in w Afganistanie około 920 roku; tutaj wykorzystany jako ozdobna zawieszka (egzemplarz znaleziony na Gotlandi, obecnie w British Museum). Arabski dirhem wykorzystany jako zawieszka stanowił także część skarbu z Bonina.
 
Oczywisty związek z handlem prowadzonym przez Wikingów z Bizancjum ma srebrna moneta bizantyjska, tzw. miliaresion z podobizną cesarzy Bazylego II i Konstantyna VIII, (pierwszy z lewej, drugi z prawej strony awersu na fotografii poniżej), bita w latach 977-989, której fragment znajduje się w skarbie z Bonina. Monety bizantyjskie sprowadzane były do Europy przez Waregów, czyli Wikingów z Rusi, zwaną przez nich samych "drogą wschodnią" (Austrvegr), czyli wspomnianym wyżej szlakiem "od Waregów do Greków". Największe nagromadzenie monet bizantyjskich z okresu wikińskiego znajduje się w Szwecji (w tym 90 procent na Gotlandii), oraz w Estonii. Dalsze znaleziska pochodzą z Niemiec, Danii, Finlandii, Łotwy, Polski i Rosji. Statystyki znalezisk tych monet jednoznacznie potwierdzają główny strumień wiodący przez Ruś, Gotlandię, dalej na Pomorze i wgłąb Europy środkowej.

W latach 1090-1091 wojska polskie pod dowództwem wojewody krakowskiego Sieciecha zaatakowały Pomorze, a "... wiele zamków zostało zrównanych z ziemią, a inne, jak Pirycz (Pyrzyce), Starygród (Stargard), Białygród (Białogard), Kamin (Kamień), Massow (Maszewo) etc. zostały obsadzone polskimi garnizonami, przechodząc pod władanie Sieciecha". Cytat pochodzi z książki Leonarda Chodźko "La Pologne historique littéraire monumentale et pittoresque" (Paryż 1836), o której wspominam w artykule "Maszewo Anno Domini 1091". W skarbie z Bonina znajduje się denar Sieciecha, bity w latach 1080-1100. Nie można wykluczyć, że dostał się on do skarbu właśnie w okresie polskiego najazdu na Pomorze.

Trzeba pamiętać, że Wikingowie nie zakończyli działalności na Pomorzu "dużo wcześniej" przed zakopaniem skarbu z Bonina, jak utrzymuje Muzeum w Koszalinie,  co prawdopodobnie miało miejsce około 1090 roku (jeżeli dotychczasowa próba monet opublikowana przez Muzeum jest tutaj reprezentatywna). Jeszcze w 1098 roku duński król Eryk I zaatakował gród w Wolinie, gdzie szukała schronienia duńska opozycja polityczna. Fakt ten potwierdza, że lokalni Wikingowie nie poddali się kontroli Danii, ale kontynuowali działalność handlową i żeglugową bez opłacania trybutu. 


Nie ma żadnych źródeł pisanych lub archeologicznych, które by wskazywały na pewną cezurę czasową, poza którą ludność Wolina skandynawskiego pochodzenia, która współzamieszkiwała te tereny od początków IX wieku, miałaby je (jak i inne miejsca na Pomorzu) w całości lub w ogóle opuścić. Istnieją natomiast liczne dowody, że wczesnośredniowieczne Pomorze było polietniczne. Jak widać, nie zraża to wielu naszych archeologów do "stemplowania" jako słowiańskie nawet zabytków o wielokulturowym i z reguły nieczytelnym etnicznie kontekście. Ta przebijająca ponad istotę artefaktu chęć potwierdzenia oczekiwań archeologa, czyli przyjęte przez niego z góry tak zwane skrzywienie konfirmacyjne ("confirmation bias") - po polsku niedobrze tłumaczone jako "efekt potwierdzenia", prowadzi w efekcie do deformacji zwanej błędem  poznawczym ("cognitive bias"), czyli nieracjonalnego sposobu postrzegania rzeczywistości historycznej.

Dlaczego więc pozanaukowy, ideologiczny pojedynek na teorie słowiańskie i normańskie jest tak w Polsce żywotny, podczas gdy nie powstała na przykład "teoria irlandzka", w opozycji do teorii normańskiej? Irlandczycy nie mają problemu aby uznać, że Wikingowie założyli im porty i zaczątki miast w Dublinie, Cork, Limerick, Wexford  i Waterford. I że niewolnicy irlandcy (a niewykluczone, że też m.in. Słowianie połabscy i pomorscy, a także niewolne kobiety skandynawskie) byli wykorzystywani przez Wikingów do zasiedlania Islandii. Niewolnicy głównie z Anglii i frankijskiej Europy, brani na służbę do Wikingów w Skandynawii (tzw. thralls), nosili takie oto żelazne obroże (źródło: National Museum of Ireland).

Dlaczego słowiańscy Wolinianie a nie Wikingowie mieliby zbudować i następnie kontrolować miejscowe emporium, które wzbudzało podziw współczesnych tamtym czasom kronikarzy? Dziesiątki proto-miast zbudowanych przez Wikingów na rozległych przestrzeniach Europy wskazuje, że argument o słowiańskim emporium w Wolinie zaczyna i kończy się na fakcie, że powstało ono na terenach zamieszkałych przez Słowian i zapewne z ich udziałem. Oto próba odtworzenia wyglądu wikińskiego emporium w Dublinie około roku 1000 (źródło: Guide to the National Museum of Ireland Archaeology, 2007)


Nie należy zapominać, że pierwsze na Pomorzu wikińskie emporia: Bardy-Świelubie, raczej o lokalnym znaczeniu, oraz Wolin i Truso, handlujące z państwem karolińskim (a także łupiące je) oraz z Bizancjum i ze światem arabskim, zakładane były w drugiej połowie VIII wieku - jeszcze w okresie wspólnoty terytorialno-plemiennej u tutejszych Słowian, kiedy "panujące struktury społeczne sprzyjały względnej izolacji w stosunku do reszty świata, (a) zakres wiadomości geograficznych zapewne nie przekraczał zazwyczaj najbliższego terytorium plemiennego". I dalej, kiedy "społeczności zachodniosłowiańskie nie miały zapewne wypracowanego systemu, który określałby chronologię minionych wydarzeń", a miary masy Słowianie stosowali "według propozycji wagowych, przynoszonych przez obcych kupców". Cytaty pochodzą spod pióra Lecha Leciejewicza ("Słowianie Zachodni", 2010).

Interesującym jest fakt, że jeszcze na szkicu mapy Pomorza z kroniki "Pomerania" Tomasza Kantzowa z AD 1538 Bardy (Bart) zaznaczone są jako wyróżniająca się miejscowość na Pomorzu Środkowym, obok zresztą Manowa, Koszalina, Białogardu, Karlina, Szczecinka, Połczyna, Polanowa i Miastka. Oto fragment tej mapy z rękopisu znajdującego się w Bibliotece Królewskiej w Kopenhadze (Slg. Thott 644 Fol., Bl. 452r).

Historia dowodzi, że ci co dysponowali wiedzą, mieli także władzę. Kto wie, czy nie tylko staronordyckie słowa "kunnan" (wiedzieć) i "kunnanan" (wiedzieć jak), ale i starogermańskie "kuningaz" (król), mogące oznaczać także znawcę, nie pochodzą wspólnie od protoindoeuropejskiego rdzenia "gno" (wiedzieć). Od nordyckiego "konung" (książę) pochodzi z kolei starosłowiańskie "kŭnędzĭ" (pisane w tzw. głagolicy, najstarszym alfabecie języka słowiańskiego). Z tego ostatniego wywodzi sie rosyjski "kniaź" i z kolei polski "książę". W języku fińskim jest to "kuningas" a w litewskim "kunigas". W staropolskim słowa "kuniczne" i "kunigowe" określały daniny składane na rzecz księcia albo króla. Podobnie "książka" może wywodzić się od słowa "książę". "Księga" pochodzi od starszej "knięgi", a dalej od "kningi", rosyjskiej "knigi" i wreszcie od starosłowiańskiego słowa "kŭniga", bliskiego nordyckim "kunnan" i "konung". A więc ze staronordyckim "wiedzieć" mogą być powiązane etymologicznie nasze "książę, ksiądz", a także "książka", które to ostatnie słowo Aleksander Brückner wywodzi jednak od starosłowiańskiego *kъnъ - pień drzewa. Przykłady te wskazują na możliwość przenikania we wczesnym średniowieczu z języka staroruskiego do staropolskiego słów pochodzenia nordyckiego, które wcześniej zostały wprowadzone do tej pierwszej mowy przez Waregów.

Skąd "polscy" Słowianie z początków X wieku, kiedy zaczęły na naszych ziemiach następować, potwierdzone archeologicznie, niemal rewolucyjne zmiany w organizacji centrów władzy, posiedli wiedzę, technikę i środki materialne, pozwalające im zbudować państwo, które było w stanie w AD 972 zatrzymać na Odrze pod Cedynią Cesarstwo Niemieckie? Wiedza ta nie mogła przyjść z ksiąg tajemnych, bowiem nasi ówcześni przodkowie byli analfabetami. Wiedzę o świecie zaczęli przynosić księża dopiero, kiedy państwo było już okrzepłe i trwałe. 

Wiedzę tą musieli przynieść ze sobą z Rusi Kijowskiej Polanie - Waregowie, z których po paru pokoleniach wyrósł Mieszko I. To oni dysponowali wiedzą o świecie, o nowych technikach w budowie grodów, w rolnictwie, w rzemiośle i handlu. Byli spadkobiercami Wikingów, jedynych "światowców", jak to wynika z zabytków archeologicznych, którzy powszechnie byli obecni na terenach polskich od początku X wieku. To Wikingowie utrzymywali bezpośrednie kontakty nie tylko z Konstantynopolem, ale i z kupcami w Bagdadzie. Tam też zapewne wymieniali wiedzę z geografami perskimi, których znajomość pozaeuropejskiego świata była najlepsza, jaką wówczas dysponował człowiek. Tak więc "polskimi" Słowianami nie byli zapewne pierwotne ludy tubylcze które zasiedlały te ziemie w VI-IX wieku, ale przybyli na przełomie IX/X wieku pod przywództwem Waregów Polanie, którzy zdominowali i prawdopodobnie w dużej mierze wytrzebili i wyprzedali autochtońskie plemiona Słowian.

Oto jak Wikingowie, sprowokowani ekspansją Europy karolińskiej na wschód, rozpoczęli w IX-X wieku "poznawać" tereny państwa zachodniofrankijskiego, które okazało się za słabe, aby oprzeć się sile i ruchliwości Wikingów (źródło: "Histoire du quartier St Martin de Rennes").  

Można zapytać dlaczego taka mapa nie mogła powstać dla Pomorza? Nie dlatego, że Wikingowie nie interesowali się najbliższym im Pomorzem i ich tu nie było, jak tłumaczą to nasi historycy - sprowadzając swoje wywody do "zasady", że pod latarnią najciemniej. I nie dlatego, że napady wikińskie na te ziemie były, ale nie było komu tego zapisać (nie było mnichów). Dlatego bowiem, że Skandynawowie egzystowali na tych ziemiach, chociaż w pewnym rozproszeniu, już przed wejściem na nie Słowian w VI-VII wieku, ale także dlatego, że przybywający tutaj w okresie VIII-XI wieku Wikingowie czuli się jak u siebie w domu. Dominowali nad Słowianami nadbałtyckimi nie liczebnie, ale - nie bójmy się tego powiedzieć - kulturowo, w taki sposób, że nie musieli zanadto używać siły zbrojnej, aby się z nimi "dogadać", czyli przez kilka wieków mniej lub bardziej harmonijnie współpracować. "Oni" korzystali z eksportu niewolników, a "my" - dzięki ich know-how, z polepszania warunków życia. Wikingowie górowali nad Słowianami tak, jak dominowali militarnie, a zatem organizacyjnie i technicznie, nad Frankonami i nad każdą inną nacją europejską, poza państwem bizantyjskim i kalifatami arabskimi.

Potwierdzeniem współpracy Słowian i osiadłych lub czasowo przybywających na Połabie i Pomorze Skandynawów jest fakt, że założone przez tych ostatnich emporia handlowe Menzlin, Ralswiek, Wolin i Bardy (Kołobrzeg) nie miały przez pierwsze kilkaset lat wałów obronnych, a były otwartymi osadami - podobnie jak Ribe, Hedeby, Truso czy Birka. Być może zdarzały się także napady Słowian na emporia, jak na przykład wspomniany w kronikach ale niepotwierdzony archeologicznie atak Drożka. Zaczęły one być umacniane dopiero po powstaniu zagrożenia zewnętrznego, głównie ze strony Cesarstwa Karolińskiego - w części sprowokowanego przez napady Wikingów na zachodnią Europę. 

Wikingowie potrafili także politycznie wykorzystać waśnie międzyplemienne wśród Słowian połabskich. Królewskie Roczniki Frankońskie podają, że "W AD 808  po stronie Godfreda (wodza duńskich Wikingów - mój przypis) ... stał także lud słowiański zwany Wilzami (Wieleci - przypis mój), a dzięki ich starej wrogości wobec ich sąsiadów Obodrytów, teraz spokojnie połączyli się z armią Godfreda (w konflikcie z Karolem Wielkim - przypis mój). Kiedy wrócił on do swego królestwa, także i Wilzowie powrócili do swoich domów, po drodze zabierając zrabowane Obotrytom dobra. ... Godfred ... zniszczył miejsce handlowe w pobliżu morza, zwane przez Duńczyków Reric. Miejsce to przynosiło jego królestwu dużo wpływów z opłat celnych". Tak więc niezależnie od wzajemnych stosunków pomiędzy plemionami słowiańskimi Wikingowie czerpali korzyści ekonomiczne z emporiów zbudowanych w każdym z tych plemion nadmorskich: Rerik (Obotryci), Dierkow (Chyżanie), Menzlin (Czrezpienianie), Ralswiek (Ranowie), Wolin (Wołynianie), Bardy (Parsęcianie - nazwa przeze mnie zaproponowana).

Wydaje się, że wyrażana czasami przez historyków nuta żalu, że Godfred zniszczył jakoby konkurencyjne dla Hedeby emporium w Reriku - uznawane za koronny dowód aktywności handlowej wczesnośredniowiecznych Słowian, nie wydaje sie uzasadniona. Nie tylko, jak wspomniałem wyżej, z braku dowodow archeologicznych i kronikarskich dla hipotezy o kontroli Reriku przez Słowian, ale ze względów na bezkonkurencyjne położenie Hedeby na najkrótszym szlaku między Morzem Bałtyckim i Morzem Północnym. Obrazuje to powyższa mapa, z zaznaczonym torem wodnym umożliwiającym żeglugę statkami morskimi korytami rzek Schlei, Treene i Elder (kolor brązowy) oraz 17-kilometrowy odcinek lądowy przerzutu towarów, między Hedeby i Hollinstedt (kolor zielony). Do Hollinstedt dochodziły pływy morskie z Morza Północnego, które niosły statki wikińskie i fryzyjskie. Dopiero 11 wieków później, bo w 1914 roku, powstała lepsza z najkrótszych droga wodna łącząca Bałtyk z Morzem Północnym - Kanał Kiloński.

Być może Schleswigowi Szwajcarzy zawdzięczają nazwę swego kraju. W "Schwytzer Chronica" z 1554 roku przywołana została historia osiedlenia się około 100 roku p.n.e., po przegranej bitwie z Rzymianami, w okolicach dzisiejszego miasta Zürich plemienia Cymbrów, któremu przewodził niejaki Schwytz.  Od niego miałaby pochodzić nazwa Szwajcarii (Schweiz), albo raczej od Schleswigu - rodzinnych stron Cymbrów. Prawdopodobnie z tej dawnej tradycji wywodzi się biało-czerwona flaga Szwajcarii, identyczna barwami i formą krzyża z najstarszym wybrażeniem flagi duńskiej w Herbarzu Geldrii z końca XIV wieku. Tak jak Wilhelm Tell, bohater narodowy Szwajcarów ma swój pierwowzór w przywołanym w "Gesta Danorum" przez Saxo Grammaticusa duńskim łuczniku Toko. Czy mielibyśmy się wstydzić, gdyby biało-czerwone barwy przynieśli do polskiej flagi duńscy wojowie Piastów, tak jak kolory flagi brytyjskiej sięgać mogą francuskich tradycji wprowadzonych przez normandzkiego króla Wilhelma Zdobywcę?

Być może wspomniany wyżej L. Leciejewicz zbyt jednak dosadnie kontrastuje Słowian zachodnich (a więc i polskich) ze współczesnymi im społecznościami zachodnioeuropejskimi i idzie za daleko w ocenie poziomu ich rozwoju społeczno-organizacyjnego, gdy dalej konstatuje że "okruchy przekazane przez relacje źródłowe (kronikarzy wczesnośredniowiecznych - mój przypis), bądź wywnioskowane pośrednio ujawniają struktury pojęciowe społeczeństwa jeszcze pierwotnego, w swych podstawowych rysach ukształtowane niegdyś w wyniku rewolucji neolitycznej" (podkreślenie moje). A przecież wiemy, jaki wielki postęp kulturowy dokonał się w Europie aż po Ural od okresu neolitu do początków średniowiecza, z którego z pewnością po części, mimo względnej izolacji, o której mówi L. Leciejewicz, skorzystali Słowianie. 

Faktem jest, że obecność Wikingów na ziemiach słowiańskich w okresie od połowy IX wieku do połowy XI wieku przyśpieszyła przejście w krótkim okresie drugiego półwiecza X wieku z organizacji plemiennej na poziom struktur państwowych. Stary plemienny system społeczny odzwierciedlał, jak opisuje historyk L. Leciejewicz, niższą i opóźnioną w stosunku do zachodniego świata zamożność społeczną. Wikingowie stworzyli pomost cywilizacyjny łączący powstałe na bazie nowych struktur państwa, jak Ruś, Polska i Pomorze, z Europą chrześcijańską. Oto szkic mapy, który w oparciu o zabytki archeologiczne przedstawia skupiska ludności skandynawskiej w epoce Wikingów, obejmujące poza samą Skandynawią ich enklawy pośród plemion ugro-fińskich, bałtyjskich, pomorskich i połabskich.

Jak długo wgłąb późnego średniowiecza przenikały wśród Słowian północno-zachodnich uchwytne archeologicznie wikińskie, a dalej ogólnie - skandynawskie wpływy kulturowe jest pytaniem otwartym, jak dotąd nie zachęcającym polskich historyków do badań. Najstarszym na Pomorzu zabytkiem wozu kołowego są jego XII-wieczne fragmenty pochodzące ze Szczecina. Archeologowie uznają, że wóz ten miał koła niemal identyczne z kołami wozu umieszczonego w łodzi z Oseberg, datowanej na AD 834.

Wóz szczeciński nie jest jedynym, który na naszych ziemiach posiadał koła tzw. typu skandynawskiego, to jest o wysokich felgach, których poszczególne fragmenty zwane dzwonami łączone były z piastą dwiema okrągłymi w przekroju szprychami; bez żelaznych obręczy na kołach i piastach. Podobny typ koła w warstwie datowanej na XIII wiek znaleziono w Kołobrzegu. Dalsze tego rodzaju zabytki znajdowane są w Meklemburgii i w niemieckiej części Pomorza. Oto stara fotografia wozu z Oseberg.

Wymieńmy jeszcze, poza skandynawskimi artefaktami z wczesnośredniowiecznego Pomorza, głęboko schowanymi w lokalnych muzeach, przykłady publicznie dostępnych zabytków z okresu postwikińskiego na Pomorzu. Wśród kamiennych chrzcielnic zwracają uwagę: granitowa czara chrzcielnicy typu gotlandzkiego z końca XII wieku w kościele św.  Mikołaja w Grudziądzu; podobna chrzcielnica z przełomu XIII/XIV wieku w kruchcie kościoła WNMP w Chełmnie; w kościele w Górsku koło Torunia; XIII-wieczna w kościele NMP w Koszalinie, z tego samego wieku w kościele w Reczu koło Choszczna, Małkocinie koło Stargardu, Mechowie i Tetyniu koło Pyrzyc oraz z kościoła we Wrzosowie koło Szczecina i z Lubiany koło Choszczna (dwie ostatnie obecnie w Muzeum Narodowym w Szczecinie). Bogato zdobiona XIII-wieczna gotlandzka chrzcielnica (zachowała się jej czasza) trafiła także do kościoła św. Wojciecha i św. Stanisława w Wilamowie koło Łodzi. Z uwagi na charakterystyczny na czaszy gotlandzki ornament arkadkowy, występujący w części wymienionych wyżej kościołów na Pomorzu, także chrzcielnicę z kolegiaty w Kruszwicy z XII wieku należałoby moim zdaniem zaliczyć to tej samej grupy pomników.

Zdania historyków są podzielone, czy i w jakim stopniu zabytki te są wyrobami miejscowymi, czy też są bezpośrednimi importami z Gotlandii. Dla chrzcielnicy kruszwickiej istnieje pogląd, że nie może to być wyrób z Gotlandii, bowiem wykonany został z granitu, który nie był tam typowym surowcem dla tego rodzaju wyrobów (był nim zaś wapień i piaskowiec). Nie można jednak całkiem zgodzić się z takim wyjaśnieniem, bowiem chrzcielnice granitowe, sprowadzane z Gotlandii, spotykane są we wschodniej Jutlandii (na przykład w kościele Nørre Tranders w Aalborgu, w którym zabytek ten pochodzi z początków XII wieku, tak zresztą jak kruszwicki).

Jedne ze starszych rzeźb drewnianych w Polsce są pochodzące z końca XIII wieku dwie Madonny tronujące z Gardna koło Kołbacza (obecnie w muzeum w Szczecinie). Jeżeli datowanie tych zabytków jest prawidłowe, to mogą wskazywać na przepływ impulsów kulturowych z Pomorza na Gotlandię - jeżeli uwzględnimy znaczne podobieństwo pomiędzy niżej zestawionymi rzeźbami drewnianymi, z której ta z Gardna (pierwsza z lewej) jest najstarsza, podczas gdy trzy pozostałe pochodzą z XIV wieku (kolejno: Gardno, Hangvar, Tofta, Bro). Od AD 1240 Gardno należało do zakonu cysterskiego w Kołbaczu, będącego filią duńskiego opactwa w Esrum w diecezji Roskilde. I to nie z Niemiec ani Polski, ale z Danii przyszedł na Pomorze pierwszy ruch monastyczny. Fakt ten wskazywałby na nadal trwające - już poza okresem wikińskim - silne związki kulturowe między Skandynawią a Pomorzem. Założone przez mnichów z Clairvaux opactwo w Esrun dało początek pomorskiej odnodze klasztorów cysterskich: Kołbacz (1173), Oliwa (1186), Marianowo i Bukowo (1248), Mironice (1278), Bierzwnik (1280).

Nie istnieją dowody archeologiczne, które by pozwalały zidentyfikować źródła i wyodrębnić okres, w którym wśród elit plemiennych na ziemiach polskich nastąpiłaby dostatecznie wielka akumulacja bogactwa i władzy, tworząca podłoże ekonomiczne i polityczne do powołania do życia w połowie X wieku państwa polskiego bez zasadniczego udziału zewnętrznego, jak utrzymuje nasza historiografia. A co więcej, państwo polskie miałoby powstać nie tylko w oparciu o niezidentyfikowane archeologicznie własne siły ekonomiczne i organizacyjne, ale wbrew potężnym sąsiadom, jakim było Cesarstwo Niemieckie, Księstwo Czesko-Morawskie, Ruś Kijowska i last but not least - wikińska Skandynawia. Dominują natomiast dowody, że ten udział zewnętrzny, konkretnie skandynawski trwał i narastał w X wieku, jeszcze przed nagłym (w kryteriach historycznych) i jakby znikąd pojawieniem się na scenie Mieszka I.

Czyż zasygnalizowane wyżej przykłady budowania przez Wikingów własnych struktur władzy, efektywniejszych od dotychczasowych, lokalnych w wielu innych miejscach Europy można dalej w nieskończoność, na karcie polskiej historii pod rubryką "Polska Piastów" zaopatrywać w stempel "nie dotyczy"? Czy można nie zauważać, że przyjmując chrzest w 966 roku Mieszko I (którego Gerhard z Augsburga, współczesny mu kronikarz niemiecki nazywał Dux Wandalorum) kontynuował strategię zdobywania i legitimizowania wobec Cesarstwa władzy politycznej poprzez chrzest, tak jak wszyscy poprzedzający go wodzowie wikińscy? Jak w 826 roku Harald Klak, którego ojcem chrzestnym w Moguncji był Ludwik I Pobożny, cesarz karoliński? Jak wspomniani wyżej Rorik z Dorestad (AD 860), Gotfrid (AD 882) i Rolf (AD 911)? Jak Harald Sinozęby (AD 955) i jak Olga (Helga) Kijowska (AD 957)?

Harald Sinozęby, zanim po śmierci swojego ojca został królem Danii w 958 roku, zapewne wielokrotnie bywał wśród Słowian połabskich i pomorskich, w tym w kontrolowanym przez duńskich Wikingów Wolinie. Zły okres dla miasta zaczął się, gdy Harald powierzył władztwo nad Wolinem awanturniczemu (jak się miało okazać) Styrbjörnowi, jarlowi (wodzowi) Fionii (drugiej co do wielkości wyspy duńskiej), który to emporium handlowe zamienił w siedzibę piratów, atakujących statki i porty w tej części Bałtyku. W 970 roku Harald, już jako król Danii i Norwegii, poślubił Tofę - księżnę z rodu wspomnianych wyżej Nakonów, córkę Mściwoja, a wnuczkę księcia obotryckiego Nakona. Sam Nakon zmuszony był prawdopodobnie przyjąć chrzest w 955 roku, po przegranej bitwie nad rzeką Reknicą. Nakon został wymieniony przez Ibrahima ibn Jakuba jako jeden z czterech wielkich władców Słowian: "Kraje Słowian ciągną się nieprzerwanie od Morza Syryjskiego (Śródziemnego) po Ocean ku północy (...) Królowie ich są obecnie czterej: król Bułgarów (Piotr I) i Buislaw (Bolesław I Srogi), król Pragi i Krakowa, i Mesko (Mashaqu), król Północy i Nakon (Naqun) na końcu Zachodu". Zwraca uwagę brak wymienionych wareskich Rusów jako Słowian. Tak więc widoczne jest wzajemne przenikanie się kulturowe, polityczne, a nawet rodzinne między Wikingami, Połabianami i Pomorzanami.

Ilustracja obok przedstawia akt chrztu normandzkiego Wikinga Rollona w 915 roku, źródło: Book of History, 1915. Swoje wikińskie imię Hrólfr zamienił na chrzcie na imię Robert, a w historiografii utrwaliło się zlatynizowane od Rolfa (Hrólfr) imię Rollo. Chociaż jest to wyobrażenie niemal nam współczesne, zastanawia zawarta w nim bizantyjska oprawa ceremonii:  Franco, arcybiskup Rouen (Rothomagensis archiepiscopus) z bizantyjsko wyglądającą brodą oraz tzw. podwójny krzyż. Czyż taką, bliższą mu kulturowo, zamówił sobie Rollon? Jak wiemy, Karol Wielki uznawał noszenie brody przez księży za przejaw "barbarzyńskości", a synod opatów w Akwizgranie w 816 roku wprowadził nakaz golenia się mnichów co dwa tygodnie. Starochrześcijański zwyczaj noszenia brody przenikał do kościoła katolickiego nadal, mimo ponawianych prób zakazu, m.in. przez papieża Grzegorza VII, aż po wiek XVI. Podwójny krzyż, tzw. krzyż patriarchalny, został wprowadzony do tradycji kościoła ortodoksyjnego w VIII wieku.  Utrwalony m.in. w herbach Słowacji i Węgier, w nawiązaniu do misji chrystianizacyjnej Cyryla i Metodego. Został on "spopularyzowany" w kulturze zachodnioeuropejskiej w XV wieku, znany dzisiaj jako "krzyż lotaryński", tylko dlatego że rycerz o normańskim pochodzeniu, książę lotaryński Godfryd z Bouillon, jako zdobywca Jerozolimy w pierwszej wyprawie krzyżowej, przyjął ten rodzaj krzyża do swych insygniów.

W godle państwowym Węgier umieszczony jest również wizerunek korony św. Stefana, jaką ofiarował, urodzonemu w Polsce, królowi Węgier Gejzy I (ilustracja obok) cesarz bizantyjski Michał VII Doukas (Dukas) w AD 1075. Portrety ofiaroczyńcy i ofiarobiorcy z inskrypcjami w języku greckim zostały utrwalone na emaliowanych plakietkach w dolnej części korony. Gejza nazwany tam został jako "Geabitras, król Turków". Tak Bizantyjczycy nazywali Węgrów od czasu, kiedy takim mianem (gr. Τουρκίαc) obdarzył ich w połowie X wieku cesarz Konstantyn VII w swoim dziele o zarządzaniu państwem (o którym jeszcze wspomnimy).

Trzeba pamiętać, że Gejza I został królem Węgier dzięki politycznemu i wojskowemu wsparciu przez Bolesława Szczodrego. Król polski, tak jak i węgierski, dążyli do osłabienia wpływów cesarstwa niemieckiego w Polsce i na Węgrzech. Niemcy mieli w naszym kraju oparcie prawdopodobnie w biskupie krakowskim Stanisławie ze Szczepanowa, którego konflikt z królem miał zakończyć się upadkiem władzy królewskiej w Polsce, ujściem Bolesława Szczodrego na Węgry i osłabieniem pozycji politycznej Polski w Europie. To Cesarstwu mogło zależeć na usunięciu silnego i niezależnego króla polskiego od władzy, a politycznie jeszcze wtedy silnie od cesarzy uzależniony Watykan - poprzez biskupstwo krakowskie, mógł pomóc w realizacji tego celu. Jeszcze trzydzieści lat po śmierci biskupa Stanisława Gall Anonim nazywał go traditor episcopus ("biskup zdrajca" - a więc chodziłoby o zdradę narodową raczej, niż zwykłą nielojalność czy niezgodę z monarchą), aby dopiero bez mała po dwóch wiekach, na zamówienie biskupa krakowskiego Jana Prandoty, została napisana o nim świetlana legenda, będąca podstawą uczynienia go w AD 1253 świętym kościoła katolickiego.

Wzbudzony w następnych wiekach przez polski kościół kult św. Stanisława - jako memento, przestroga przed pozbywaniem kleru udziału we władzy politycznej w kraju, stał się silnym instrumentem kontroli przez Kościół władzy królewskiej w Polsce. Zwróćmy uwagę, że konkurujący od połowy XI wieku z Gnieznem o prymat w polskim Kościele Kraków pozbawiony był atutu miasta z relikwią. Jeszcze pod koniec XII wieku biskupi krakowscy nie widzieli w zmarłym w AD 1079 Stanisławie męczennika i kandydata na świętego, skoro dla podniesienia prestiżu Krakowa sprowadzili tam w AD 1184 relikwię św. Floriana. Dopiero po wykreowaniu Stanisława przez Kadłubka na bohatera Kościoła i opisaniu wcześniej nigdzie nie odnotowanych "szczegółów" cudów, jakie nastąpiły po jego śmierci (pilnowanie ciała przez cztery krążące orły, zrośnięcie się obciętych członków itd.), dały podstawę do dalszego ubarwiania tej postaci i przydawaniu mu kolejnych świętych cech. Wywołany kult św. Stanisława pozwolił uczynić katedrę krakowską z grobowcem świętego pierwszą świątynią Polski, "ołtarzem Ojczyzny" (ara Patriae) i przez wiele wieków głównym celem pielgrzymek.

I to nie bardziej rzeczowa i faktograficzna Kronika Galla Anonima, ale pół-baśniowe dzieło "Mistrza" Wincentego Kadłubka stało się dla kolejnych polskich historyków, od Długosza po wiek XIX, najważniejszym dla wczesnego średniowiecza kanonem polskiej historiografii. Nie przeszkodziły zawarte tam fantazje o toczonych przez Polaków walkach ze starożytnymi Gallami i Rzymianami, mile łechtające dusze tych którzy szukają opisów heroizmu naszych legendarnych przodków. O jego "wartości" przesądził zawarty w niej wątek o biskupie Stanisławie, a zwłaszcza wymyślona, a opisana przez niego z precyzją naocznego świadka, mimo że dzieliło go od tych wydarzeń conajmniej 115 lat, boska ingerencja po jego zgonie w obronę poćwiartowanych zwłok, dającą podstawę "dokumentacyjną" dla zbudowania przyszłej legendy kanonizacyjnej.

Do dzisiaj niektórzy poważni historycy opisując tą historię, wplątują własne przekonania religijne w pozornie naukowe dywagacje - dokładnie tak, jak to uczynił przyszły biskup Kadłubek. W istocie jego opus to przybierające formę dydaktyczno-alegoryczną dzieło literackie, o ograniczonej wartości przekazu historycznego. Tak oto nie naukowa rzetelność badawcza, ale "patriotyczne" postawy historyków dopisywały przez wieki - "sprzedawane" jako fakty, kolejne mity, legendy i anegdoty "wzbogacające" naszą historiografię, a zaciemniające i fałszujące polską historię. Oto stare, a w oczach wielu z nas prawdziwe, Kadłubkowe przedstawienie kresu życia biskupa Stanisława (źródło: Kurier Żuromiński).

Po kanonizacji biskupa Stanisława i dorobieniu się przez Kraków "swojego" świętego, konkurencja Krakowa z Gnieznem o prymat polityczny w kościele polskim trwała dalej. Po wyborze biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego na kardynała, w liście z dnia 28 lipca 1449 adresowanym do polskiego episkopatu papież Mikołaj V zaznaczył: "Zaświadczam, że kościół Krakowa nie będzie w niczym uprzywilejowany wobec kościoła Gniezna, przeciwnie, jestem zadowolony że synody arcybiskupie w Gnieźnie jako pierwsze będą wyrażały swój pogląd .... na honor stolicy apostolskiej kardynał ... nie będzie w żaden sposób uprzedzony do kościoła w Gnieźnie, ani dawał preferencji kościołowi w Krakowie".

Gwoli ścisłości należy dodać, że przystrajanie przez Kadłubka historii Polski kuriozalnymi wątkami związanymi z Juliuszem Cezarem czy Aleksandrem Wielkim nie odbiegało zbytnio od trwającej od Karola Wielkiego zachodnioeuropejskiej tradycji poszukiwania przez kronikarzy - dla przydania większej wagi opisywanym miejscom i wydarzeniom, faktycznych lub zmyślonych ich związków z Cesarstwem Rzymskim. Nota bene, ta naginająca fakty i artefakty do łacińskich korzeni średniowieczna narracja przeżywa dziś u nas prawdziwy renesans, ciesząc się wśród historyków dużym "popytem". Stąd nic dziwnego, że Kadłubek jest ciągle dla nich "Mistrzem".

W podobny sposób Ebon w "Vitae Ottonis", opisujący w swojej kronice z lat 1150-tych podróż Ottona z Bambergu na Pomorze, zniekształcił nazwę Wolin, albo raczej Wołyń - na Iulin, dla udowodnienia rzymskiego rodowodu miasta: "Beatissimo patre nostro Ottone pot primum gentis Pomeranicae apostolatum ad sedem propriam feliciter reverso, duae ex nobilissimis civitatibus, id est Iulin et Stetin, invidia diaboli instigante ad pristinas idolatriae sordes rediere hac videlicet occassione: Iulin a Iulio Cesare condita et nominata ...", czyli: "Gdy już nasz najbardziej błogosławiony ojciec Otton, po zakończeniu pierwszej podróży apostolskiej do ludów Pomorza, szczęśliwie powrócił do swej siedziby biskupiej (AD 1125), dwa najznamienitsze miasta, Wolin i Szczecin, wzbudzone zawiścią szatana, powróciły do swego poprzedniego, plugawego bałwochwalstwa, w następujących okolicznościach: Iulin, założony przez Juliusza Cezara i nazwany jego imieniem ...". Ta wymyślona, ahistoryczna nazwa Iulin jeszcze przez dwa kolejne stulecia pojawiała się w dokumentach, ostatni raz w AD 1347 ("Genealogia christianitatis ducum Stetiniensium"), a na wspomnianej wyżej mapie Carta Marina, nawet jeszcze w AD 1539. Powyżej alegoryczne przedstawienie Ottona z Bambergu w antyczno-greckiej scenerii (Mätthaus Rader, Bavaria Sancta 1714, miedzioryt).

Korona Gejzy I, a nie św. Stefana - jak ją się nazywa w wykreowanym micie, mimo że przez historyków sztuki dzielona jest na część starszą (corona graeca) i młodszą (corona latina), to faktycznie w całości jest produktem sztuki bizantyjskiej, poza samym krzyżem na jej zwieńczeniu, dodanym w późniejszym średniowieczu. Nazywana przez Węgrów Szent Korona (święta korona) nie ma ona historycznie nic wspólnego ze św. Stefanem, królem Węgier z lat 1001-1038 (przedstawianym w ikonografii z krzyżem patriarchalnym w dłoni). Legenda o jej "świętości" wynikła z silnej tradycji średniowiecznej, która uzasadniała tak zwane "boskie prawa władcy" (z łaski Bożej, łac. Dei gratia), o czym jeszcze będziemy mówić. Mit o związku tej korony ze św. Stefanem powstał z potrzeby połączenia pierwszego świętego węgierskiego z najdoskonalszym, najcenniejszym insygniem królewskim, jaki posiadał ten kraj. Na podobnej zasadzie, wbrew faktom historycznym (do czego jeszcze powrócimy), nasi historycy nazywają XII-wieczne puchary z Trzemeszna jako "kielichy Dąbrówki" (tej z X wieku).

Czyż przytoczone tutaj związki węgiersko-bizantyjskie, a poprzez powiązania polityczne polskich władców z węgierskimi oddziałowujące także na Polskę, nie potwierdzają obejmowania tych ziem do końca XI wieku (do schizmy kościołów chrześcijańskich) silnymi wpływami kulturowymi Orientu?

Oto poniżej (źródło: "Le trésor de l'abbaye de Sainte-Croix de Poitiers avant la Révolution", 1882) klasyczne bizantyjskie symbole: wizerunek krzyża greckiego (równoramiennego) oraz krzyża patriarchalnego (podwójne ramiona) na staurotece, czyli relikwiarzu, z opactwa Świętego Krzyża w Poitiers, o którym jeszcze wspomnimy. Relikwia Krzyża Prawdziwego została podarowana temu zakonowi w AD 567 przez cesarza Bizancjum Justyna II. W heraldyce kościoła katolickiego symbol krzyża patriarchalnego służy do dzisiaj, oczywiście zwany krzyżem lotaryńskim, jako godło biskupie.




Z odkrytych na Ostrowiu Tumskim reliktów hipotetycznym baptysterium wraz z fragmentem misy baptyzmalnej (podobne ślady, wydaje się bardziej miarodajne, znaleziono na Ostrowie Lednickim) można przypuszczać, że chrzest katolicki Mieszka I, jeżeli nie miał wcześniej miejsca w Ratyzbonie, mógł odbyć się Poznaniu lub na Ostrowiu Lednickim, w całkiem podobnej scenerii jak Rollona w katedrze w Rouen (źródło: Poznań.pl, wizualizacja poniżej: Piotr Walichnowski).

Nie należy jednakże wykluczać, że Mieszko został ochrzczony w obrządku słowiańskim (ortodoksyjnym) już w wieku siedmiu lat, w którym to roku jak zapisał Gall Anonim, "odzyskał wzrok", co można tłumaczyć jego oświeceniem przez chrzest. W homilii z dnia 11.04.2009 papież Benedykt XVI wspomniał, że "Wczesny Kościół opisywał Chrzest jako 'fotismos', czyli Sakrament oświecenia, jako przesłanie światła ...". Fotismos to słowo greckie, a więc papież nawiązywał do ortodoksyjnej tradycji Kościoła. Gall dodaje: "Zaiste ślepą była przedtem Polska, nie znając ani czci prawdziwego Boga, ani zasad wiary, lecz przez oświeconego Mieszka i ona także została oświeconą".

Benedyktyni, z których wywodził się zapewne ten galijski kronikarz, sam siebie opisujący jako "tułacz w drodze" (exul apud vos et peregrinus), mógł oprzeć swoją metaforę na greckiej tradycji wczesnochrześcijańskiej. Z niej to narodził się ruch benedyktyński, a także nurt reformatorski w Kościele, zainicjowany przez papieży - Benedyktynów Leona IX i wspomnianego wyżej Grzegorza VII. Mnich-pustelnik św. Benedykt - założyciel w połowie VI wieku pierwszego wielkiego ruchu monastycznego, był pod silnym wpływem św. Bazylego Wielkiego z Kapadocji, dzisiaj zwanego ojcem monastycyzmu wschodniego. W epilogu do swojego spisu zasad zakonu benedyktyńskiego (Regula Benedicti) nakazał swoim mnichom nie tylko czytanie Biblii i wyznań ojców Kościoła, ale i "reguły naszego świętego ojca Bazyla" (regula sancti patris nostri Basilii). Dzisiaj istnieje katolicki zakon zwany Zgromadzeniem św. Bazylego.

Podobną jak u Galla metaforę o odzyskaniu przez Mieszka I wzroku użył wcześniej Nestor w swojej kronice, pisząc iż po chrzcie wspomnianej wyżej księżny kijowskiej Olgi w Konstantynopolu w AD 957 patriarcha Poliekt (Polyeuctus) miał do niej powiedzieć: "Jesteś błogosławioną wśród kobiet ruskich, ponieważ kochasz światło i porzuciłaś ciemności" (Блaгocлoвeнa ты в жeнax руcкиx, якo вoзлюби cвѣтъ, a тьму ocтaви).

W 966 roku mogła się więc odbyć powtórna ceremonia chrztu, tym razem już w obrządku łacińskim. Fakt ten tłumaczyłby, dlaczego w AD 965 Mieszko I mógł wziąć ślub z chrześcijanką Dobrawą Przemyślidką - bowiem sam być może także był już chrześcijaninem, ochrzczonym już jako kilkuletnie dziecko w obrządku ortodoksyjnym. XII-wieczny Rocznik Świętokrzyski opisujący okres AD 948-1136 potwierdza to następująco: "Tenże Mieszko, syn Siemomysła, przez siedem lat był ślepym poganinem zanim nie został ochrzczony ..." (Iste Meszko, filius Semislai, pagani fuit cecus septem annis ante baptismum ...). Chociaż Gall pisze dalej o pogańskiej przeszłości już dorosłego Mieszka, nie musi to przeczyć, że Mieszko był ochrzczony w obrządku słowiańskim, bowiem po schiźmie w Kościele kronikarze o obrządku rzymskim tak między innymi oceniali swoich wschodnich "braci chrześcijan": "falsi christiani" (fałszywi chrześcijanie - tak samo, jak Luther określał później katolików), "intolerabiles barbaros Sclavorum pertaesa ritus" (nieznośny i męczący barbarzyński obrządek słowiański - z kroniki klasztoru benedyktyńskiego w Brauweiler z około AD 1080). Oto romańska krypta opactwa w Brauweiler (źródło: Romanische Schätze). W tym klasztorze została pochowana w AD 1063 matka Kazimierza Odnowiciela, Rycheza Lotaryńska.

Zważmy, że w średniowieczu praktykowane były wielokrotne chrzty tej samej osoby, w zależności od oczekiwnych skutków politycznych danego chrztu. Niech przykładem tutaj będzie trzykrotny chrzest księcia litewskiego Witolda (Witautas). Pierwszy raz został ochrzczony przez Krzyżaków (szukając u nich wsparcia przeciwko Władysławowi Jagielle) w AD 1382 i przybrał wtedy imię Wigand, takie same jak współczesny mu Wigand z Marburga, strażnik herbowy i kronikarz tego zakonu. Drugi raz, po pogodzeniu się z Jagiełłą, przyjął chrzest w obrządku ortodoksyjnym w Wilnie w AD 1384, przyjmując imię Aleksander. Chrzest został powtórzony w Polsce w AD 1386, kiedy razem z Jagiełłą i innymi książętami litewskimi został po raz trzeci ochrzczony przez gnieźnieńskiego arcybiskupa Bodzantę.

Kulminacją wrogiej postawy kościoła rzymskiego wobec wyznania prawosławnego był wsparty przez papieża Grzegorza IX, w ramach tak zwanych krucjat północnych, atak na Księstwo Pskowskie i Księstwo Nowogrodzkie, zakończony klęską Krzyżaków w bitwie na Jeziorze Pejpus (Czudzkim) w AD 1242, po której kościół prawosławny dodał księcia Aleksandra Newskiego, zwycięzcę tej bitwy, do pocztu swoich świętych. W stanie takiej, trwającej przez średniowiecze wrogości Rzymu wobec chrześcijan wschodnich nie należy się dziwić, że do naszych czasów przetrwało w łacińskiej strefie kulturowej niewiele zabytków pisanych, potwierdzających obecność kościoła słowiańskiego, zwłaszcza wśród ludów, gdzie została ona później zastąpiona obrządkiem rzymskim.

Kolejne odkrycia archeologiczne w Polsce odsłaniają coraz więcej kontekstów skandynawskich z okresu powstania państwa Piastów, które coraz mocniej wskazują, że tereny polskie w epoce Wikingów nie były wyjątkiem - czysto słowiańską oazą, lecz poddane podobnej penetracji kulturowej Skandynawów, jaka miała miejsce wśród wszystkich pozostałych plemion w obrębie basenu Morza Bałtyckiego oraz wśród państw basenu Morza Północnego.

Nie należy gubić z pola widzenia faktu, że w okresie wędrówek ludów pewna część plemion nordyckich nie opuściła swoich siedlisk w Prusach, na Pomorzu i na Połabiu  i mniej lub bardziej wymieszała się etnicznie i kulturowo z przybyłymi tam w VI-VII wieku plemionami słowiańskimi. W wydanym w końcu VI wieku, na zamówienie (a być może przez niego samego) cesarza bizantyjskiego Maurycego podręczniku wojennym Strategikon (którego niepewnego autora niektórzy historycy nazywają w mylący sposób "Pseudo-Maurycym"),  mowa jest o Słowianach, jako o ludach które - nie tak jak inne narody, zatrzymują jeńców wojennych na stałe, ale "wyznaczają im określony czas, po którym pozostawia się ich woli, czy zechcą wrócić do swoich z pewnym wynagrodzeniem, czy pozostać na miejscu jako wolni i przyjaciele". Być może jest to obraz trochę wyidealizowany, tym nie mniej sygnalizuje pewną otwartość Słowian na obcych, sugerującą ich zdolność współżycia z nimi, a zapewne też i wzajemnego mieszania etnicznego.

Do ilustracji obok pozwolę sobie przytoczyć cytat autora blogu, który ją zamieścił (forgive me his Russian): "Interesting approach! You often see Viking ship being pulled on tree trunks, which has virtually never happened! In southern Europe, near the Black Sea, their ships were pulled on carts! This required the help of the local population! Which clearly shows, that rather than beeing pirates and raiders, as so called "historians" (fuck 'em!!!) want us to believe, they had trade agreements with the people whose countries they were travelling through!". Autor słusznie zwraca uwagę na fakt, iż istniała konieczność współpracy Wikingów z lokalnym ludem w miejscach przemieszczania dużych łodzi na płozach. Nie można jednak wykluczyć - uwzględniając ich doświadczenie i pomysłowość, że w niektórych miejscach przewłok o twardym podłożu, jak przy porohach Dniepru, używano także toczących się bali. Opisując wyprawę Waregów na Konstantynopol w 941 roku, uczestniczące w niej okręty Nestor  nazywa skedia, czyli po nordycku łodzie, które można ślizgać po ziemi.

Z drugiej strony, nadużywając wagi doniesień pozostawionych przez chrześcijańskich mnichów i kronikarzy o Wikingach jako piratach, brutalnych, prymitywnych i żądnych krwi i bogactwa barbarzyńcach, przez Thietmara określani m.in. jako "psy nieczyste", "jaszczurczy pomiot", a pomniejszając cywilizowaną stronę Skandynawów, jaka w źródłach pisanych i archeologicznych zdecydowanie dominuje nad tą pierwszą, polscy historycy malują od lat nieuczciwy naukowo, komiksowy obraz w rodzaju "Wikinga z rogami". Dlatego nie ma w naszej historiografii zbyt wiele miejsca na koegzystencję i współpracę między Słowianami i Wikingami, która także funkcjonowała - nie na wyimaginowanej zasadzie "jak równy z równym", bo takiej równości nie było i być nie mogło, ale na zasadzie respektowania drugiej strony. Cesarz bizantyjski Konstantyn VII Porfirogeneta w swoim traktacie "De administrando imperio" w AD 952 pisał, że Słowianie są jednocześnie trybutariuszami i sprzymierzeńcami Rusów. Stawianie Wikingów wyłącznie w opozycji do Słowian, a pomijanie ich wzajemnej symbiozy kulturowej i etnicznej, jaka z pewnoscią także miała miejsce, stworzyła pożywkę do czarno-białych, a więc nienaukowych, teorii normańskich i słowiańskich.

Trzeba jednak Thietmarowi oddać, że mimo swego ostrego temperamentu kronikarza, przy którym nazywał "Longobardów dzikich", "Danów dzikich", "Greków ze zwykłą chytrością", "Rzymian z ich słowami kłamliwymi", to stać było go na samokrytycyzm i ludzkie przyznanie się do słabości: "Otom jest nędznik popędliwy bardzo i nieskory do dobrego, zazdrośnik szydzący z drugich i sam na szyderstwo zasługujący ..." Swoją kronikę pisał w pierwszym rzędzie jako biskup, a nie Niemiec - jak mu niesłusznie chyba przypisuje się czasami w polskiej historiografii. Trudno mieć pretensje, że reprezentował interes Kościoła, i to w czasach kiedy nawet papież podlegał władzy cesarskiej. Pamiętajmy, że w historii Polski, tak jak i każdego innego kraju, interes Kościoła nie zawsze był tożsamy z interesami poszczególnych krajów, bez względu na to czy przewodził Kościołowi cesarz czy papież.

Thietmar wyraźnie uważał się za Saksona, która była - możnaby powiedzieć w dzisiejszych kategoriach, jego "małą ojczyzną". Odróżniał swój kraj od zachodnich nacji Cesarstwa, które i ich kraje między sobą także zawsze rozdzielał: Alamania-Szwabia, Frankonia, Lotaryngia, Alzacja, Burgundia, Fryzja, Karyntia. Mając wyraźnie na myśli te wspomniane kraje, pisze o "zuchwałych i niegodziwych poczynaniach ludzi z Zachodu", przytaczając zaraz dowody na to, jak złe były działania konkretnych ludzi z Alamanii, Alzacji i Lotaryngii. O Saksonii natomiast pisał tak: "[Król Henryk II] ... odwiedził Saksonię, ten rajski ogród tonący w kwiatach, jak często nazywał ów kraj dla jego poczucia bezpieczeństwa i pełni życia."

Oto z boku alegoryczna scena w stylu bizantyjskim przedstawiająca koronację Henryka II przez ... Chrystusa, zawarta w Sakramentarzu św. Henryka II z AD 1002-1014. Zgodnie z bizantyjskim wizerunkiem Boga uosabia go postać tzw. Chrystusa Pantokratora w mandorli, z głową otoczoną nimbem krzyżowym, który umieszcza koronę na głowie króla. Typowe dla sztuki bizantyjskiej jest przedstawianie wizerunku Chrystusa żyjącego i ubranego w szaty, podczas gdy po schiźmie w Kościele od końca XI wieku coraz częściej, szczególnie w sztuce gotyckiej i renesansu, przedstawiano Chrystusa cierpiącego, ukrzyżowanego, półnagiego i umarłego. O charakterystycznych cechach ikonografii bizantyjskiej, powszechnych w europejskiej sztuce wczesnego średniowiecza będziemy tutaj jeszcze mówić.

Thietmar nie był moim zdaniem ani "niemieckim nacjonalistą", ani "Polakożercą", jakimi to łatkami obdarzają go co bardziej "patriotyczni" historycy. Jeden tylko raz w swojej kronice dokonał kwalifikacji Polaków jako tych, których "... słowo posiada małą lub żadnej zgoła nie ma wartości". Zważmy, że nie wahał się oceniać krytycznie  tak swoich germańskich współbratymców, jak i Słowian, Włochów, Greków czy Skandynawów - przecież też Germanów, ani nawet samego siebie.

Rozumiał obiektywne powody sprzeciwu Słowian wobec cesarstwa ottońskiego jak ten, kiedy "Ludy, które po przyjęciu chrześcijaństwa podlegały naszym królom i cesarzom płacąc im trybut, doznawały wielkiego ucisku, wskutek buty (łac. superbia) księcia Teodoryka, jak jeden mąż schwyciły za broń" (w AD 983). I dalej: "Nasze bowiem grzechy przydawały nam strachu, a im męstwa" (nostra etenim facinora nobis formidinem et his suggerebant validam mentem)Jako kronikarz i jako człowiek był moim zdaniem dużo bardziej rzeczowy i wiarygodny, mimo wielu przytaczanych "cudów", niż na przykład nasz "Mistrz Wincenty" Kadłubek (ale to już czas rodzącej się świadomości narodowej). W całej Kronice tylko raz pojawia się słowo Niemcy i to dotyczące nie państwa, ale ludzi - dla odróżnienia ich od (mówiących po włosku, bowiem ich germański język lombardzki pod koniec pierwszego millenium, od czasów ich inwazji na Italię w AD 568, już w tym kraju wymarł) Longobardów. Jeszcze wiek później nasz Gall Anonim ani raz nie użył słowa Niemcy dla określenia kraju; zawsze chodziło o ludzi innych niż Polacy. To nie był jeszcze czas i miejsce w historii Europy na nacjonalizm, o czym wiedzą rzetelni, uczciwi historycy.

Pierwsze pojawienie się w kronice Thietmara, tak zresztą jak i w innych źródłach historycznych z przełomu X/XI wieku, określenia naszego kraju nie wiąże się jeszcze z nazwą państwa lub jego ludności, chociaż kronikarz tak precyzyjnie określa inne od dawna osiadłe i zidentyfikowane słowiańskie plemiona, jak na przykład Łużyczan i Słupian, ale mówi o "Mieszku wraz z jego poddanymi" ("... Miseconem quoque cum sibi subiectis"). To władca identyfikował nasz świeżopowstały kraj, a nie jego ludność. W czasach Mieszka I nie wiedziano prawdopodobnie jak nazwać jednym słowem mieszankę różnych plemion i ludów, nad którymi panował ten władca. Zostali oni dopiero wymienieni w epitafium na grobowcu Bolesława Chrobrego: Słowianie, Goci i Polanie, do czego jeszcze wrócimy. Oto fragment Kroniki, z wykonanej szczęśliwie fotokopii manuskryptu w 1905 roku. Oryginalna księga spłonęła w czasie bezsensownego (żeby nie powiedzieć - barbarzyńskiego)  bombardowania Drezna przez aliantów w 1945 roku.

Niech przykładem innego niż z chrześcijańskiej perspektywy opisu Wikingów, będzie cytat z "Księgi cennych klejnotów" z lat 903-913 Ahmada ibn Rustaha, perskiego geografa i astronoma, który po wizycie na Rusi pisał m.in. o Waregach, że są odważni i lojalni wobec siebie, noszą się czysto, lubią bufiaste spodnie, ciasne poniżej kolan, zajmują się handlem skórami i futrami, za które pobierają opłaty w monecie. I dalej: "Dobrze traktują swoich niewolników, noszą wspaniałe ubrania, ponieważ wkładają wielki wysiłek w swój handel. Posiadają wiele miast. Mają nastawienie jedne z najbardziej przyjaznych wobec cudzoziemców i wobec tych, którzy szukają (u nich) schronienia".

W anglo-saksońskich kronikach mówi się o osiedlających się w Anglii Wikingach jako o "dziwakach czystości", ponieważ myją się raz w tygodniu, podczas gdy tubylcom wystarczała kąpiel raz lub dwa razy do roku. Mimo opinii negatywnych o czystości Wikingów, jakie przytaczają czasami historycy, warto pamiętać że o ich higienie może świadczyć fakt, że w ich epoce - kiedy regularnie, dużymi falami przemieszczali się w wyprawach wojennych i szlakami handlowymi od Bliskiego Wschodu po krańce Szkocji, Europa nie zaznała epidemii na taką skalę, jak w okresie wypraw krzyżowych. Już wcześniej, w Regensburgu (Ratyzbona, za Rzymian Castra Regina) - stolicy europejskiego handlu z Orientem w wyniku epidemii dżumy w 1094 roku, w ciągu 12 tygodni zmarło ponad osiem tysięcy ludzi. Nie powstrzymało to dynamicznego rozwoju miasta. Już pół wieku później powstał być może wówczas najdłuższy most kamienny w Europie, łączący Regensburg m.in. z Pragą i dalej z Orientem. Oto rysunek mostu już z czasów nowożytnych, bez dwóch średniowiecznych wież. Regensburg miał drewniany most pływający na łodziach (mocowany na kotwicach i linach) już w roku 792, kiedy Karol Wielki zbudował go do szybkich wypraw przeciwko atakującym Hunom.


Czasami zbyt pośpiesznie i po megalomańsku wyrokujemy, że u zarania swojej obecności nad Łabą, Odrą i Wisłą Słowianie wchłonęli "z butami" resztki skandynawskich tubylców, czyli zeslawizowali ich kompletnie na długo przed pojawieniem się Wikingów. Miałoby z tego jakoby wynikać, że dominujący liczebnie Słowianie nie mogli w szerokim zakresie przyjmować od miejscowych Skandynawów nowych dla nich elementów kulturowych. Pierwsze kontakty Słowian w plemionami nordyckimi (Gotami i Gepidami) miały miejsce już w III-V wieku, kiedy to ich drogi skrzyżowały się na Wołyniu i Podolu, w trakcie migracji tych pierwszych nad Morze Czarne, a tych drugich ku Bałtykowi. Pomorzanie i Połabianie zetknęli się w VI-VII wieku w południowym pasie nadbałtyckim z resztkami Gotów, Gepidów, Burgundów, Wandalów i Langobardów, którzy nie wywędrowali na południe i zachód Europy.

Pojawienie się wśród nadbałtyckich Słowian w końcu VIII wieku Wikingów i - w tym samym okresie, słowiańskich kobiet i rzemieślników (ceramika typu Feldberg) w Skandynawii, mogło mieć charakter konfrontacyjny (niewolnicy, jeńcy wojenni) lub być akceptowane przez obie strony (dobrowolna współpraca). Na pokojowe współżycie Słowian i Normanów na ziemi skandynawskiej zdają się wskazywać toponimy słowiańskie (na przykład nazwy z przedrostkiem Vind-, od Vindland, oznaczającym ziemie Połabian i Pomorzan), występujące na duńskich wyspach Ærø, Langeland, Lolland, Sjælland i Tåsinge, a także prawdopodobnie na Bornholmie (Grødby, o którym powiemy niżej). Nie ma jednakże śladów nazw słowiańskich w Skanii.

Skandynawską obecność wśród północno-wschodniej Słowiańszczyzny potwierdza jeszcze w XII wieku Gall Anonim, pisząc "Ziemia słowiańska ... ciągnie się od Sarmatów, którzy zwą się też Getami, aż do Danii i Saksonii". Niektórzy historycy wydają się nie rozumieć, dlaczego kronikarz mówi o Getach-Gotach - ludach ich zdaniem dawno już roztopionych w zamierzchłej przeszłości. Z kolei niemal współczesny Gallowi normandzki kronikarz Robert z Torigni widział związek Wikingów ze Scytami, odnotowując pod rokiem AD 876: "Pochodzący z Danii Normanowie, którym przewodził Rollon, przybyli z dolnej Scytii i najechali morzem ..." (Northmanni origine Dani duce quodam Rollon enomine a Scitia inferiore egressi atque per Oceanum vecti ...).

XVII-wieczna polska szlachta, szukając uzasadnienia swojej odrębności nie tylko majątkowej ale i rodowodowej od pańszczyźnianych chłopów, uznawanych przez nią za potomków prostych Słowian, przejęła z kroniki Jana Długosza "Annales seu cronici incliti regni Poloniae" i spopularyzowała pogląd o swoim tylko (podczas gdy kronikarz mówił o wszystkich Polakach) sarmackim pochodzeniu. Sarmaci opisani zostali przez greckich i rzymskich geografów jako lud bitnych, wojowniczych koczowników. Był to prawdopodobnie związek indoeuropejskich plemion o podobnej formie życia, zajmujących do IV wieku n.e. stepy czarnomorskie (skąd wyparli wcześniejszych Scytów, a i częściowo wymieszali się z nimi), po czym "rozmył się" w historii. Po IV wieku pozostały "widoczne" z tych plemion tylko Alanowie. Oto mapa europejskich ludów w basenie Morza Czarnego na początku okresu wędrówek ludów (źródło: geocurrents.info).


Jak dobrze Skandynawowie potrafili integrować się z tubylcami w swych nowych ojczyznach świadczy porównanie opisu tego ludu zamieszkującego Normandię w "Historii Normanów" Amatusa z Monte Cassino z 1080 roku z "Księgą Rogera" al-Idrisiego z 1155 roku. Ten pierwszy opisuje ich następująco: "... na końcu Francji jest równina pełna lasów i owoców rozmaitych. W tym wąskim miejscu zamieszkuje pełno ludzi bardzo żywotnych i silnych, którzy kiedyś zamieszkiwali wyspę zwaną Nora i dlatego sami nazywają się Normanami, czyli ludźmi Północy". ["... en la fin de France estune plane plene de boiz et de divers frut. En celui estroit lieu habitoit grant multitude de gent molt robuste et forte laquel gent premerement habiterent en une ysulle qui se clamoit Nora, et pour ce furent clamez Normant, autresi comme home de Nore" - odpis starofrancuski z XIV wieku, przypis mój].

Trzy pokolenia później, al-Idrisi, nadworny geograf Rogera II, normańskiego króla Sycylii, nazywa Normandię już tylko jako kraj Francuzów ("Ard Normandia al-Afrang"). Kilkaset tysięcy skandynawskich Longobardów przybyło w AD 568 do Italii i zawładnęli znaczną częścią tego kraju, ustanawiając na kilka wieków Regnum Langobardorum. Wcześnie przyjęli chrześcijaństwo (zrodzony w Bizancjum arianizm), powszechnie przyjmowali lokalny język, rzymskie tytuły władzy, nazwiska i tradycje. Już w VIII wieku - za czasów ich kronikarza Pawła Diakona, nie mówili innym jak lokalnym, łacińskim dialektem rusticam romanum.

Podobnie musiała wyglądać absorbcja lokalnego języka i zwyczajów przez przybyłych z Rusi do Wielkopolski wareskich Polan. Za czasów Mieszka I kraju naszego nie nazywano jeszcze Polską, a narodu Polakami, ale po prostu jako "poddanych Mieszka", "kraj Mieszka", "Sclavia", "Sclavania", "Sclavensis provincie" lub "civitas Schinesghe". Samo polskie słowo "państwo" wywodzi się zresztą od słowa "pan", czyli władca, właściciel tego państwa. Nazwy Palani, Poliani, Polani, Poleni pojawiły się w różnych źródłach historycznych w mniej więcej tym samym czasie około roku 1000 - jakby wówczas ustanowione lub nadane. W XII wieku za Galla Anonima byliśmy już tylko "krajem Polan", "Polską", chociaż jeszcze w XIII-wiecznej "Vita sancti Stephani" slatynizowane "terra Poliensi" zdradzało pochodzenie od prasłowiańskiego słowa "polje" - tak, jak do dzisiaj jest wymawiane przez Słowian wschodnich i południowych. Jeszcze w średniowiecznej Polsce mówiło się "w Polszcze", podobnie jak we współczesnym rosyjskim "w Polsze". Nie stoi więc etymologia słowa "Polska" w opozycji do dwóch źródłosłowów: od "polje" - jako bezleśnej równiny, stepu i od "Poljanie" - jako plemienia żyjącego w takiej ekumenie. Słowo "polować" pochodzi od łapania, łowienia (we wnyku, sidle) zwierząt na polu.

Opisując około AD 1113 historię ponownego (po ich wcześniejszym wygnaniu) przybycia ze Szwecji w AD 862 Waregów-Rusinów do Słowian Nestor podkreślił, że nie byli oni (już nie byli) Szwedami, co wskazywałoby że wzajemne obcowanie waresko-słowiańskie, które poprzedziło przybycie Rurika w owym roku na Ruś, musiało trwać wcześniej przez kilka pokoleń, aby Waregowie przestali być uważani za Szwedów, zapewne między innymi z uwagi na umiejętność porozumiewania się ze Słowianami w ich języku.

Przykładem pokojowego współżycia, zakończonego pełną asymilacją obcych elit rządzących z podbitymi ludami jest powstanie w I połowie XIII wieku nad dolną Wołgą pierwszego państwa tatarskiego, tak zwanej Złotej Ordy, ze stolicą w Saraju. Po wybiciu lokalnych elit rządzących, osiadły tam wraz z kilkoma tysiącami wojowników i ich rodzin mongolski chan Batu stanowili nieliczną warstwę władców wśród kilku milionów rodzimych tureckojęzycznych plemion Kipczaków (Połowców) i Bułgarów. Aby ze swoją niewielką grupą rządzącą utrzymać w posłuszeństwie podbitą ludność, pozyskiwał wśród nich autorytet nie siłą, ale tolerancją i poszanowaniem dawnych lokalnych praw i obyczajów. Już pod koniec XIII wieku bizantyjski historyk Jerzy Pachymeres i arabski historyk  Shibab al-Umari pisali o obcowaniu etnicznym i kulturowym tamtejszej arystokracji mongolskiej z podbitymi Turkami, przyjmującej stopniowo nawet lokalny język i islamską religię. W ten sposób zaczął powoli tworzyć się nowy naród zwany Tatarami, którzy za kolejnego chana Berke zerwali już zupełnie zależność polityczną od wielkich chanów mongolskich.

W swojej kronice wspomniany mnich Amatus zwraca uwagę na szybką asymilację Normanów wśród Włochów, głównie poprzez związki małżeńskie. Oto rekonstrukcja wyglądu klasztoru benedyktynów Monte Cassino w XI wieku, kiedy to dzięki darom książąt normańskich Ryszarda I z Kapui i Roberta Guiscarda z Apulii i Kalabrii, został on znacznie rozbudowany, a jego kościół udekorowany przez mistrzów bizantyjskich i konsekrowany w 1071 roku (z książki A. Pantoni « Le vicende della basilica di Montecassino attraverso la documentazione archeologica », Montecassino 1973).


Leon z Ostii, mnich odpowiedzialny za bibliotekę klasztorną i kronikarz tego klasztoru, autor "Chronicon monasterii Casinensis" i przyjaciel opata Dezyderiusza - przyszłego papieża Wiktora III, potwierdził w swojej kronice, że do opactwa przybyła z Konstantynopolu kolonia artystów ("Legatos interea Constantinopolim ad locandos artifices destinat"), którzy dekorowali wnętrza odbudowanego klasztoru. Dezyderiusz, który zanim przyjął to imię w klasztorze, miał na imię Laufer, pochodził ze starej, longobardzkiej dynastii książęcej Landufildów, a więc prawdopodobnie miał skandynawskich przodków.

Z kolei, jak dobrze Słowianie potrafili asymilować w swojej ekumenie obcych przybyszów, nawet tych którzy dominowali nad nimi militarnie lub kulturowo, potwierdza fakt że tureckie plemię Bułgarów, przybyłe pod koniec VII wieku znad dolnego Dniepru i Donu na zajęte przez Słowian Bałkany, już w IX wieku przyjęło język starosłowiański jako swój język narodowy. Język starocerkiewny zrozumiały był wówczas wśród wszystkich Słowian i przyjmowany jako język rodzimy. Zważmy, że inaczej niż w kościele łacińskim, w obrębie wpływów kościoła bizantyjskiego, którego językiem "urzędowym" był grecki, mogły swobodnie rozwijać się kościoły, nazwijmy je proto-narodowe, prowadzące liturgię i wydający pisma w lokalnych językach, na przykład w słowiańskim, armeńskim, gruzińskim, syryjskim czy koptyjskim. Z tego powodu Kodeks Nowogrodzki, najstarszy zabytek rękopiśmiennictwa ruskiego pochodzi już z przełomu X/XI wieku, podczas gdy w Polsce "łacińskiej" najstarszym dokumentem polskiej prozy są o ponad trzy stulecia młodsze niż ruski pomnik Kazania Świętokrzyskie.

Po chrystianizacji kraju w 865 roku, za Symeona I Wielkiego, Bułgaria stała się pierwszym w świecie słowiańskim centrum literatury i kultury. Była pierszym krajem, który wprowadził pismo do języka słowiańskiego, a także ustanowił go wspólnym dla państwa i kościoła (liturgia). Pamiętajmy, że nie tylko Słowianie i Węgrzy, ale także Saksoni, Turyngowie czy Fryzowie nie pozostawili po sobie śladów pisma przed przyjęciem chrześcijaństwa. Tłumaczone przez Bułgarów z greckiego na głagolicę, a później cyrylicę, teksty chrześcijańskie rozpowszechniane były w całym świecie Słowian (m.in. tak zwane szkoły piśmiennicze w Wielkim Presławiu i w Ochrydzie). W połowie swego panowania Symeon I porzucił turecki tytuł chana, aby przyjąć najpierw godność kniazia (księcia), a u szczytu potęgi Bułgarii tytuł cara (cesarza). To z Ochrydy pochodził św. Klemens, zeslawizowany Bułgar, bliski współpracownik greckich braci Cyryla i Metodego, który towarzyszył im w misji chrystianizacyjnej w Morawach, Czechach i w Pannonii, a także w wyprawie na Krym po szczątki innego św. Klemensa, papieża Klemensa I. Obydwaj Klemensi są świętymi katolickimi i prawosławnymi.

Wracając do zarania powstania państwa polskiego wiemy, że w połowie X wieku plemiona przyszłego państwa Piastów sąsiadowały od wschodu i od północy z innymi Słowianami, którzy już od conajmniej stu lat znajdowali się w obrębie intensywnych oddziaływań wikińskich. Były to rodzące się, już w pewną z domieszką kulturową i etniczną  skandynawską, proto-narody Rusów, Pomorzan i Połabian.

Potwierdzeniem tej interakcji słowiańsko-skandynawskiej są na przykład popularne u Słowianek wschodnich (od VIII wieku) i później zachodnich, ale także spotykane w Skandynawii, kabłączki skroniowe w wikińskich grobach szkieletowych. Kabłączki, o różnych wielkościach i formach, mocowane były do paska z tkaniny lub skóry, do nakrycia głowy, albo wplecione we włosy. Noszone były także w przekłutych uszach (zausznice). Powyższe zdjęcie przedstawia rekonstrukcję paska z kabłączkami z grobów w Dziekanowicach i na Ostrowie Lednickim, pow. Gniezno (źródło: Faktopedia.pl).  Daje ono dowód na to, że chowane w pierwszym wieku państwa polskiego na skandynawskich cmentarzach Słowianki były z Wikingami lub Waregami w związkach małżeńskich. Brak krzyżyka lub innych atrybutów chrześcijańskich w grobie wskazywałby na kontynuowanie pochówku w obrządku pogańskim.

Pod koniec życia saksoński kronikarz, mnich benedyktyński Widukind z Korbei (925-973) żalił się, że co prawda nawróceni już "Duńczycy przyjmują, że Chrystus jest bogiem, ale uznają że są jeszcze inni, potężniejsi od niego bogowie" ("Danis affirmantibus Christum quidem esse deum, sed alios eo fore maiores deos"). Historycy stwierdzają że Szwedzi w głębii prowincji Svealand (na zachód od Uppsala) przyjęli chrześcijaństwo dopiero na początku XIII wieku. Potwierdzeniem żywotności lokalnej kultury pogańskiej w Skandynawii jest fakt przetrwania ustnych podań i poezji skaldów od początków epoki Wikingów, aż po ich spisanie w okresie XIII-XIV wieku (chociaż nie jest wykluczone, że część z tych sag była wcześniej spisana, a pisemne zabytki nie dotrwały do czasów nowożytnych). Oto ilustracja z manuskryptu "Flateyjarbók" (czyli "książki o płaskiej wyspie"), przedstawiająca zabicie dzika oraz morskiej bestii. O nordyckich bestiach-smokach już mówiliśmy, o dzikach jeszcze powiemy.


Czy może z tych głębokich tradycji wynika, że Islandczycy są uznawani dzisiaj za najbardziej "rozczytanych" na świecie? To oni piszą, publikują i sprzedają najwięcej książek na jednego mieszkańca. A może zamiłowanie do czytania to tylko skutek długich polarnych wieczorów? To ze skandynawskich sag czerpał inspirację William Shakespeare, największy twórca w historii literatury anglosaskiej. W swoim "Hamlecie" na zbudowany przez Eryka Pomorskiego, syna księcia słupskiego Warcisława VII, zamek Kronborg przeniósł on postać duńskiego księcia Amletha ( Amlóði). Zamek Kronborg jest jednym z pięciu pomników kulturowych w Danii, zaliczonych do tzw. dziedzictwa światowego UNESCO. Tak oto wspólne ślady po elitach pomorsko-skandynawskich stały się tłem szekspirowskiego poematu.  Poeta wprowadził także nordyckie pojęcie "wyrd" jako losu ludzkiego do sztuki teatralnej "Macbeth". Słowo to, pochodzące od protoindoeuropejskiego *wert, oznaczało w języku starosłowiańskim *gódnota, czyli godność, moc charakteru.

Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden przykład stemplowania bez zmrużenia oka przez naszych historyków jako "słowiańskie" pozostawionych w naszych ziemiach śladów kultury materialnej Wikingów. Słynne, pochodzące z XII wieku Drzwi Gnieźnieńskie zawierają w osiemnastu tak zwanych kwaterach kolejne sceny z życia św. Wojciecha. Dziesiąta z kolei przedstawia chwile jego przybycia łodzią do Prusów, gdzie na brzegu oczekują go uzbrojeni Prusowie. Oto pełna fotografia tej sceny.


W wielkim dziele pod redakcją Gerarda Labudy, zatytułowanym "Historia Pomorza" (Poznań 1969) umieszczona jest poniższa fotografia, w której nie opisano nawet jakie wydarzenie historyczne ta scena odtwarza, natomiast wykonano zbliżenie na łódź i zadekretowano jako przedstawiającą X-wieczną "łódź polską". Stojący na brzegu wojownicy wyposażeni są w tarcze, które przez naszych pisarzy dziejów  uznane są również za "słowiańskie" - w odróżnieniu od tarcz okrągłych, które jakoby tylko ich zdaniem stosowali Wikingowie.


Niestety istniejące źródła pisane i archeologiczne nie pozwalają zidentyfikować, jak wyglądała słowiańska, a tym bardziej polska łódź klepkowa z końca X wieku, jeżeli pominiemy wszystkie odkopane łodzie wikińskie z okresu wczesnego średniowiecza, a skrzętnie zaklasyfikowane jako słowiańskie. W wydanym przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku w 2010 roku opracowaniu W. Ossowskiego "Przemiany w szkutnictwie rzecznym w Polsce Studium archeologiczne", traktującym m.in. o historii łodzi klepkowych w Polsce, w całym tekście zapobiegliwie ominięto słowa "łódź wikińska". Łodzie klepkowe w rozumieniu naszych specjalistów pojawiły się w polskich rzekach out of the blue, czyli - zgodnie z cokolwiek swawolnym wyjaśnieniem tam zawartym: "w 997 roku na rozkaz Bolesława Chrobrego".

Jak głęboko utrwalona jest wśród polskich historyków szkutnictwa potrzeba pomniejszania roli Wikingów w uczeniu Słowian morskiego rzemiosła (czyż jest naprawdę czego się "wstydzić"?), nawet za cenę ryzykowania prestiżem naukowym, niech świadczy jeszcze jeden fakt dotyczący wspomnianego wyżej badacza, który w opracowaniu "Z badań nad wrakami fromborskimi" zakwestionował wikiński rodowód odkrytej we Fromborku w 1895 roku łodzi, a także jej pochodzenie z przełomu VI/VII wieku, na podstawie fałszywych śladów, na jakie natrafił na byłych (AD 1895) ogródkach działkowych w dzisiejszym parku między ul. Dworcową i ul. Parkową. W oparciu o błędnie ustaloną lokalizację znaleziska z 1895 roku dotarł on tam do drewnianych szczątków, uznając je za pozostałość tej łodzi, chociaż pochodziły one z zaledwie 20/60-letnich drzew, które "wydatowano" metodą radiowęglową jako pochodzące z XV-XVII wieku.

W ten oto sposób, inaczej niż prof. Johannes Heydeck, który miał okazje badać tą łódź bezpośrednio (zniszczoną w bezsensownym bombardowaniu - tzw. "moral bombing", przez Anglików ludności cywilnej Królewca 31 sierpnia 1944, tak jak wcześniej Drezna i Szczecina), a także widział liczne inne łodzie wikińskie (w tym te z Nydam i Gokstad, o których powiemy niżej), nasz badacz, bez przyjęcia właściwej metody ustalenia lokalizacji wraku statku, opierając się na "paliku z zaciosami" wykopanym w dość przypadkowym miejscu, o którym nawet nie wspomniał, czy mógł być częścią jakiegoś statku, a nie na przykład faszyny, zawyrokował że ani nie była to łódź wikińska, ani tak stara jak oceniło w 1896 roku gremium badaczy z królewieckiego Altertumsgesellschaft Prussia.

Według naszego historyka datowanie podłoża (tzw. spągu) wykopu o głębokości 170 cm, na poziomie którego miała znajdować się łódź, "wskazuje na późnośredniowieczną / nowożytną metrykę osadów". Problem tylko w tym, że na ślady łodzi badacz nie natrafił, a ocenił wiek osadów, bez wskazania jaką metodą to ustalił,  na ten sam okres jak palik z zaciosami. Stwierdzony przez autora wiek osadów spągowych wydaje się - bez informacji o sposobie jego obliczenia, niewiarygodny, bowiem trzeba byłoby przyjąć że tempo sedymentacji w tym miejscu w ciągu ostatnich pięciu wieków wynosiło 3.4 mm rocznie, czyli musiałoby być około trzykrotnie wyższe od średniego dla Zalewu Wiślanego.

Na podstawie dostępnej w internecie literatury pozwolę sobie zaproponować na poniższej mapie (nieocenione źródło: Geoportal.gov.pl) najbardziej prawdopodobne miejsce odkrycia wraku statku wikińskiego (pod literą B), w odróżnieniu od miejsca żmudnych i zbędnych wykopów archeologicznych z 2002 roku (litera A).



Nie ma tu miejsca na pełną ocenę krytyczną metody jaką przyjął nasz badacz, ani źródeł na jakich się oparł w wyborze miejsca, gdzie spodziewał się dotrzeć do szczątków wraku, jakie ewentualnie mogły jeszcze pozostać w ziemi. Dość powiedzieć, że za punkt wyjścia do ustalenia lokalizacji  przyjął rycinę z widokiem Fromborka z początków XX wieku, której plan znajdował się poza kadrem faktycznego miejsca znaleziska. Widoczny tam obok pasących się krów stóg siana przyjął za budynek z mapki prof. Heydecka, wykonanej przez geodetę biskupstwa fromborskiego. Poza tym nie wyjaśnił dlaczego odrzucił informację J. Heydecka, że wszystkie drewniane elementy statku zostały wyciosane siekierą, nie nosiły żadnych śladów użycia piły, co wskazuje na znaczny wiek zabytku. Przyjął on, niestety "z sufitu", że wiek wraku jest zgodny z wiekiem wykopanego palika oraz ustalił, że "ujawnia (on) wiele istotnych podobieństw" do XVI/XVII-wiecznych łodzi odkrytych w Tolkmicku. W ten oto sposób, wygrzebując z ziemi odpowiedni dla udowodnienia "naszej prawdy" palik, zdołał przesunąć wiek statku o całe tysiąclecie. To chyba rekordowe "osiągnięcie" naszej archeologii, jeżeli chodzi o zakwestionowany w stosunku do "obcych" ustaleń wiek zabytku.

Żaden ze specjalistów od nautyki i architektury okrętu nie pokusił się do tej pory o rzeczowy opis wczesnośredniowiecznej klepkowej "łodzi słowiańskiej", która dostatecznie odróżniałaby się od łodzi wikińskiej. Oczywiście łódź wikińska uszczelniona mchem i z pasami poszycia łączonymi klinowanymi kołkami - co ma jakoby determinować, że staje sie ona słowiańską, nie jest poważniejszym argumentem, aniżeli gdyby auto Volvo wyposażyć w polskie uszczelki i spawy, aby uznać że jest ono autem polskim. Innym naciąganiem jest deklarowanie, że Wikingowie używali do uszczelnienia włosia zwierzęcego, podczas gdy Słowianie - mchu.

Mech jako środek uszczelniający kadłuby łodzi znany był w już w starożytności, a bliżej naszych czasów u Celtów, no i wśród samych Wikingów (oprócz sierści i smoły). We wczesnym średniowieczu stosowany był na południowym i wschodnim wybrzeżu Bałtyku (który zamieszkiwali Słowianie, Skandynawowie i Bałtowie), ale także u ujścia Renu. Dębowe wręgi i klepki poszycia z końca VIII wieku, wydobyte z New Fresh Wharf, Londyn łączone były kołkami klinowanymi i miały także na sobie uszczelnienie z mchu.

Dodajmy, że w Anglii nie odkryto większych, porównywalnych do znajdowanych w Skandynawii, Niemczech i Flandrii wraków statków, które możnaby uznać za wyprodukowane na Wyspach - nie tylko w epoce Wikingów, ale i w następnym okresie hanzeatyckim. Czyżby Anglicy, przecież tak naprawdę "nauczeni morza" przez Wikingów,   w owych czasach byli w mniejszym stopniu narodem morskim, niż - jak by to wynikało z "dokonań" naszych historyków - nadbałtyccy Słowianie? Także poszukujący swojej dawnej tożsamości Rosjanie coraz częściej uznają swoje w części wareskie korzenie, tak jak na tym sentymentalnym obrazie z porzuconą wikińską łodzią (Wsiewołod Iwanow).


Wracając do "słowiańskich kołków", w oparciu o dostępne fakty, historycy opierający swój warsztat zawodowy na zasadach naukowych, a nie ideologicznych, winni najpierw zgodzić się co do tego, że mchu i kołków używano we wczesnośredniowiecznym szkutnictwie na wybrzeżach południowego Bałtyku częściej, aniżeli włosia i żelaznych nitów. W Skandynawii również stosowane były drewniane kołki, z tym że częściej z jałowca, podczas gdy po pomorskiej stronie przeważały kołki z sosny. Dopiero potem należałoby zastanawiać się nad tego przyczynami: na przykład gorsze właściwości pomorskiej rudy darniowej wobec skandynawskiej - do produkcji żelaznych nitów o wysokiej jakości, albo też sprzyjający wzrostowi jałowca ostrzejszy klimat skandynawski i tamtejsze tereny podgórskie, bez śpieszenia się z przyklejaniem szkutnikom łatki etnicznej.

Na tej podstawie, a raczej bez żadnej podstawy,  nasi historycy wydają kolejne dzieła o osiągnięciach szkutnictwa słowiańskiego w okresie wczesnego średniowiecza, podczas gdy pomorskie łodzie klepkowe i statki zaczęto budować dopiero w późniejszym średniowieczu (od XII wieku), po trzech wiekach obcowania ze skandynawską sztuką korabniczą - już wówczas o ponad tysiącletniej tradycji. Trzeba przyznać, że wylansowane przez naszych ekspertów  "kołki słowiańskie", a zatem i wczesno-średniowieczne statki słowiańskie, zostały bez naukowej weryfikacji przyjęte za fakt także wśród niektórych zachodnich badaczy Słowiańszczyzny.

Najstarsza skandynawska łódź klepkowa, o poszyciu tzw. stykowym, pochodzi z około 300 roku p.n.e., a najstarsza na świecie łódź klepkowa o poszyciu nakładkowym - takim, jakim pierwsi udoskonalili i upowszechnili Wikingowie, jest łódź z Nydam w Danii, datowana na AD 320. W Polsce natomiast odkryto dotychczas przeszło 330 i dalej znajdowane są kolejne łodzie jednopienne, czyli dłubanki - znane na naszych (i nie tylko) ziemiach od czasow prehistorycznych, aż po XVII wiek, jak jedna z ostatnio odkrytych w Starym Bublu nad Bugiem. Dłubanki, zwane przez Wikingów holk, przewożone były na drakkarach w ich wyprawach do niedostępnych dla tych wielkich okrętów brzegów i spuszczone na wodę pozwalały penetrować płytsze akweny.

Oto wizerunek łodzi wikińskiej w epickim obrazie Wiktora M. Wasniecowa zatytułowanym "Waregowie", który przedstawia przybycie w 862 roku Ruryka do wschodnich Słowian. Ten rodzaj łodzi wikińskiej nasza literatura historyczna  przywłaszczyła sobie od dawna jako łódź "typowo słowiańską". Przybyli Wikingowie wyposażeni są w charakterystyczne dla nich hełmy-szyszaki i podłużne tarcze. Wikingowie oczywiście używali również tarcz okrągłych, ale te były jeszcze antycznego (rzymskiego) pochodzenia.


Wikińskie tarcze o kształcie migdała (migdałowate), zwane także normańskimi, utrwalone zostały na pochodzącym z XI wieku i wykonanym w Bizancjum relikwiarzu tzw. Krzyża Prawdziwego (obecnie w zbiorach Muzeum Ermitaż w Petersburgu) oraz na XII-wiecznym tzw. kielichu królewskim (tzw. drugi kielich Dąbrówki) z Trzemeszna, w detalu sceny walki Dawida z Goliatem. Obydwa wyobrażenia zestawione są na poniższej ilustracji.

Historycy sztuki uznają, że na relikwiarzu bizantyjskim przedstawiajacym sceny biblijne z ukrzyżowania Chrystusa rzymski żołnierz posiada strój i atrybuty Warega - żołnierza wspomnianej wyżej gwardii wareskiej. To prawdopodobnie właśnie z Bizancjum rozprzestrzenił się ten typ tarczy na wareską Ruś i poprzez Normanów - na frankijską Europę. Normański typ tarczy widoczny jest także na XIII-wiecznej pieczęci gdańskiego Mściwoja II, namiestnika książąt krakowskich; podobnie jak i na pieczęciach (z podobnego okresu) księcia Leszka Białego i księcia Henryka II Pobożnego.

Nie wiadomo czemu drugi kielich z Trzemeszna nazwano królewskim, mimo że jest o niższej wartości artystycznej od pierwszego. Tak samo przyjęło się w sięgającej XVII wieku tradycji uważać obydwa kielichy jako dar księżnej Dąbrówki, żony Mieszka I, gdyż nadal nazywane są nie tylko przez kreujących mity "pospolitych" dziennikarzy, ale i (quelle horreur!) przez historyków, jako tzw. kielichy Dąbrówki, mimo że pochodzą z XII wieku i z Dąbrówką nie mogą mieć nic wspólnego.

Mniej znany, pierwszy kielich Dąbrówki, wykonany został w tak zwanej technice złotniczej niello, przedstawia sześć scen z Nowego Testamentu, a na jego podstawie wyryto cztery figury cnót kardynalnych z podpisami: Iusticia (sprawiedliwość), Temperancia (wstrzemięź-liwość), Fortitudo (męstwo) i Prudencia (mądrość). Technika grawerowania niello, chociaż powstała w Egipcie dużo wcześniej, rozkwitła w X-XIII wieku w bizantyjskiej strefie kulturowej, szczególnie zaś na Rusi Kijowskiej. Tamtejszych złotników sławił bizantyński XII-wieczny poeta Jan Tzetzes.

Przykładem sztuki złotniczej w technice niello jest poniższa, pochodząca z Kijowa srebrna zawieszka. Zabytek o rozmiarach 51-55-16 mm, datowany jest na XI-XII wiek i należy do zbiorów nowojorskiego Metropolitan Museum of Art. Przedstawia on sylwetkę gryfa (połączenie lwa i orła), o którym będziemy tutaj wiele mówić.

Historycy sztuki uznają, że do pierwszego kielicha z Trzemeszna należała także patena (talerz), z wygrawerowaną główną sceną ukrzyżowania oraz ośmioma scenami ze Starego Testamentu na obwodzie. Patena ta stanowi obok dwóch kielichów trzeci element skarbu, który z uwagi na jednolitość genezy kulturowej powinien zwać się Skarbem Trzemeszeńskim. Jean-Pierre Caillet, francuski historyk sztuki, tak się wyraził o tej patenie: "... Ukrzyżowanie z pochodzącej z Trzemeszna (Polska) pateny każe w oczywisty sposób myśleć o X-wiecznej, powstałej w Konstantynopolu patenie z katedralnego skarbu w Halberstadt." [Paolo Piva (red.) "L'arte medievale nel contesto 300-1300 Funzioni, iconografia, tecniche", Milano 2006].

Jest jeszcze jeden, pochodzący z bazyliki w Trzemesznie ważny zabytek ruchomy, zwany kielichem św. Wojciecha. Legenda mówi, że biskup przed wyprawą do Prusów  odprawiał w Trzemesznie nabożeństwa  z użyciem tego mszalnego kielicha. "Bardziej patriotyczni" historycy skwapliwie za legendą przyznają, że może on rzeczywiście pochodzić z X wieku, ci "mniej patriotyczni" uznają, że pochodzi on dopiero z przełomu XII/XIII wieku, a więc nie ma nic wspólnego z osobą św. Wojciecha. Ta niezwykła czara wykonana jest z ciemnoniebieskiego agatu, w całości oprawionego w złoto. Nodus kielicha ozdobiony jest wygrawerowanymi motywami roślinnymi, tak zwanymi arabeskami, oplatającymi pół nagiego człowieka (pewni nasi historycy przypuszczają, że "pigmeja" ??? - zdziwienie moje), lwa, strusia i innego ptaka. Arabeski, jako forma ornamentyki plecionej z motywami roślinnymi, charakterystyczne były nie tylko dla sztuki hellenistycznej, celtyckiej, a później rzymskiej, ale znalazły kontynuację w sztuce arabskiej (stąd nazwa), bizantyjskiej i wikińskiej. César García de Castro Valdés, odpowiedzialny za dziedzictwo kulturowe hiszpańskiej Asturii, uznaje trzemeszeński kielich za "produkt bizantyjski" (Anales de Historia del Arte, 2014).

Jakim środowiskom artystycznym przypisują nasi historycy wykonanie skarbu z Trzemeszna? Ano: mozańskiemu, środkoworeńskiemu, angielskiemu, bawarskiemu bądź polskiemu. Wiążą "automatycznie" przechowywane w Europie zachodniej zabytki z lokalnym miejscem ich wytworzenia, ignorując intensywne przepływy kulturowe z Bizancjum, jakie miały miejsce w epoce karolińsko-ottońskiej (handel, dary, rabunki, ściąganie artystów bizantyjskich przez władców i elity Europy, emigracja tamtejszych artystów, zwłaszcza wymuszona prześladowaniami w czasach tzw. ikonoklazmu). Z góry przyjęte nastawienie na udowadnianie za wszelką cenę "łacińskości" zabytku nawet tam gdzie jej nie ma, albo istnieje tylko w pewnym stopniu, nie ma nic wspólnego z postawą naukową, jakiej oczekiwalibyśmy od każdego historyka - profesjonalisty.

W pracy "La cathédrale de Reims son histoire son architecture sa sculpture ses vitraux" Hans Reinhardt (1963), analizując w katedrze Marii Panny w Reims rzeźby pochodzące z początku XIII wieku, w tym postać Boga w scenie Sądu Ostatecznego w południowym portalu katedry, wyraził o wykonawcy tej rzeźby następującą opinię: "Nie ulega wątpliwości, że artysta musiał znać cały szereg dzieł z najlepszego okresu sztuki hellenistycznej". Bardzo zbliżony do rzeźby z Reims jest wizerunek Chrystusa wyryty na staurotece (relikwiarzu) z klasztoru benedyktyńskiego w nadmozelskim Mettlach (foto obok: Zentralinstitut für Kunstgeschichte, Munich).

Postać z drugiego trzemeszeńskiego kielicha uosabiająca Goliata z normańską tarczą, jest możliwą wizualizacją XII-wiecznego rycerza z Polski. Podobnie jak opisana wyżej scena z Drzwi Gnieźnieńskich, przedstawiająca - według "Dziejów Polski" (PWN 1993) - wyposażonych w takie tarcze "wojów pieszych z czasów Bolesława Chrobrego". I tym razem można chyba dodać za naszymi historykami - polskich rycerzy "w tradycji wikińskiej".

Spójrzmy na szczegóły jeszcze jednej "tarczy piastowskiej", jaką utrwalili bizantyjscy mistrzowie w fasadzie opactwa św. Idziego w prowansalskim Saint-Gilles. Scena przedstawia, tak jak na kielichu z Trzemeszna, walkę Dawida z Goliatem (foto: Ella Pronk, Amsterdam 2013).


Zestawianie  "tarcz słowiańskich" z wzorami bizantyjsko-normańskimi brzmi jednak jak herezja dla tych historyków, którzy w kielichu "królewskim" z Trzemeszna nie tylko nie widzą wpływów ani ze Wschodu, ani z Północy, bowiem w mozole ustalili że wykonawca tego dzieła przybył z Prüfening do Trzemeszna, gdzie je zrealizował. Dlaczego stamtąd i dlaczego miało ono powstać w Polsce?

Wyjaśnił to zachodnim czytelnikom "Journal of the Warburg and Courtauld Institutes" (1971) Piotr Skubiszewski: "It must be remembered that there were connections between Prüfening and Poland in the twelfth century". W jakim zakresie istniały bezpośrednie i szczególne relacje klasztoru w Prüfening z Polską, poprzez które miałby w Trzemesznie powstać ten kielich i to inspirowany właśnie stamtąd, a nie z dziesiątek lub setek innych miejsc w Europie? Czy miałoby wystarczyć, że w Prüfening powstał pierwszy z trzech (napisany prawdopodobnie przez mnicha Wolfgera) żywotów Ottona z Bambergu, założyciela tamtejszego klasztoru i przez znaczną część życia związanego z Polską? W 24-stronicowej analizie ikonograficznej, ale już nie kulturowej tego zabytku nie wskazał żadnego historycznego, bądź archeologicznego źródła, eliminującego inne możliwe podłoża lub kierunki jego kreacji. W tej zasadniczej kwestii odesłał czytelników do ... przedmowy do "Monumenta Poloniae Historica" z 1966 roku, nie cytując z niej ani jednego słowa, ani żadnego faktu.

Jeszcze jeden wizerunek tarczy w kształcie migdała, zbliżonej do wyżej wskazanego XI-wiecznego relikwiarza Krzyża Prawdziwego z Bizancjum, przedstawia powyższy fragment jednej z kart (f. 18v) tak zwanego Złotego Kodeksu Pułtuskiego (Codex aureus pultoviensis) z drugiej połowy XI wieku. Przedstawia on króla Heroda z rzymskimi wojownikami wyposażonymi w tarcze bizantyjsko-wikińskie.

O tym, że wspomniana tradycja postwikińska trwała w Polsce jeszcze w ciągu XII wieku, świadczy wiele zabytków, np. pochodzący z pierwszej połowy tamtego wieku, wykonany z poroża, krążek do gry planszowej z inskrypcją runiczną, że należy on do Jona, a więc do osoby z chrześcijańskim rodowodem imienia. Napis zawiera wyraz "tafl", który oznacza zarówno grę, jak i pionek do gry. Mógł być częścią wikińskiej gry planszowej, zwanej Hnefatafl. Znaleziony został na grodzisku w Kałdusie - przez półtora stulecia (od początku XI do połowy XII wieku) jednym z ważnych centrów wojskowo-politycznych pierwszych Piastów, grodu będącym protomiastem Chełmna, który historycy niechętnie eksponują ze względu na dominację na tym terenie zabytków skandynawskich.


Oto poniżej ilustracja wikińskiej misy drewnianej z Kałdusa (rys. Helena Michel). Na czterech przeciwległych końcach wmontowane są cztery ozdobne okucia z pozłacanej blachy brązowej, nawiązujące do mitologicznego drzewa życia (Yggdrasil), a w środku misy okrągła plakietka z wyobrażeniem niezidentyfikowanego zwierzęcia (zapewne hybrydy kilku zwierząt). Otaczająca szyję plecionka może oznaczać jego rolę sakralną, jeżeli przyjąć interpretację historyków podobnego motywu u zwierząt rzeźbionych na kapitelach normańskich XI-wiecznych kościołów w Anglii.

Motyw plecionki wokół szyji ptaka przytacza Władysław Duczko w pracy "Viking Rus: Studies on the Presence of Scandinavians in Eastern Europe" (2004). Widoczny on jest również na obrazie wspomnianego wyżej W. Kandinskiego z wołżańskimi łodziami,  ozdobionymi jeszcze na przełomie XIX/XX wieku, na szczycie wysokiej stewy dziobowej, jak w tradycji i w stylu wikińskim, głowami zwierząt.

Eksponowanie Gdańska jako miasta "stołecznego", a pomniejszanie metropolitalnej roli Kałdusa odbywa się ze szkodą dla prawdy historycznej. Kiedy bowiem na początku XI wieku w Kałdusie, najbardziej na północ wysuniętym stołecznym grodzie Piastów - w odróżnieniu od Gdańska, uznawanego za taki, Bolesław Chrobry rozpoczął budowę kamiennej, trójnawowej bazyliki, gród w Gdańsku - wedle naszej aktualnej wiedzy archeologicznej, jeszcze nie istniał (o czym mówię poniżej). Jej rozmiary (długość 37 metrów, szerokość 17 m, grubość murów fundamentowych 2 metry) wskazują, że była tam planowana siedziba biskupia, być może mająca zastąpić upadłe około 1005 roku biskupstwo w Kołobrzegu. Budowę przerwano prawdopodobnie w 1038 roku, w trakcie tzw. reakcji pogańskiej i nigdy jej nie ukończono. Funkcje centrum polityczno-religijnego po niedokończonym Kałdusie przejął Płock, który od 1079 roku stał się siedzibą Władysława Hermana, a pół wieku później rozpoczęto tam wznoszenie bazyliki katedralnej. Słowo bazylika pochodzi od greckiego Βασιλεύς (król) i pierwotnie oznaczało pałac królewski.

Biorąc pod uwagę stwierdzoną na podstawie badań paleoekologicznych koncentrację uprawy ziemi w X-XII wieku wokół centralnych ośrodków władzy Piastów za stołeczne w tym okresie można uznać następujące miasta: Łęczyca, Poznań, Gniezno, Kruszwica, Kalisz, Kałdus, Płock, Kraków, Wiślica i Sandomierz.

Historycy na ogół pomijają stołeczną rolę Łęczycy/Tumu - "przeniesionej stolicy", jak ją określił Gall Anonim, pierwszego w Polsce państwowej ośrodka parlamentarnego - centrum wieców ludowych (colloquia generalia) i spotkań piastowskich książąt dzielnicowych. Prawdopodobnie na przełomie X/XI wieku powstał tam jeden z pierwszych, być może drugi po Międzyrzeczu, a pierwszy murowany, klasztor benedyktyński w Polsce. Pod posadzką dzisiejszej kolegiaty tumskiej, dokładnie w jej osi, znajdują się resztki fundamentów jednonawowego kościoła klasztornego, z absydą od strony wschodniej.

To w Łęczycy odbyły się jedne z pierwszych w Polsce synodów kościelnych z udziałem legata papieskiego, jak na przykład ten z AD 1188 uchwalający zbiórkę pieniędzy na trzecią krucjatę, czy ten z AD 1197, kiedy to kardynał Piotr z Kapui w imieniu papieża Innocentego III nakazał polskim księżom odprawić posiadane konkubiny, a małżeństwa laickie usankcjonować w kościele. Jeszcze za arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka Kietlicza (1199-1219), według niektórych źródeł (Adolphe Charles Peltier "Dictionnaire universel et complet des conciles", Paris 1846), "Księża, którzy w większości byli żonaci lub w konkubinacie, na mocy dekretu (biskupa Henryka) zostali zobligowani do złożenia przysięgi o porzuceniu swoich żon i konkubin".

Część historyków skłania się do poglądu, że pierwsze opactwo tego najstarszego zakonu w Polsce zostało wzniesione na górze Łysiec, czyli Łysej Górze w AD 1006, a kolejne  powstało w 1044 roku w Tyńcu. Ilustracja obok przedstawia widok na Łysą Górę  ("Tygodnik Ilustrowany" 1887, Nr 246). Nawiasem mówiąc Jan Długosz uznał Łyśca (595 metrów nad poziomem morza) w Górach Swiętokrzyskich za główną, czyli najwyższą górę w Polsce: "Królestwo Polskie ... posiada wiele skalistych i ziemnych wzniesień, spośród których opiszemy te najbardziej znaczące. Z powodu jej renomy i rozgłosu wymienimy w pierwszym rzędzie Kalwarię (Łyśca), a uważamy ją ponad wszystkie inne jako księcia gór" ("Polonicum Regnum ... habet tamen quam plures montes tam saxeos quam terreos, quorum insigniores describemus. Pro sui autem fama et celebritate Calwariam proponemus omnibus et principem, ut est, aliorum constituemus"). 

Interesujące jest  pochodzenie słowa Tyniec. Chociaż wywodzi się ono od celtyckiego *dūnon, oznaczającego ścianę lub palisadę, to jednak nazwa ta nie przetrwała w małopolskim Tyńcu po Celtach, ale po Czechach. To celtyckie słowo, przekształcone później w łacińskie dunum, po kilkunastu wiekach od odejścia Celtów przekształciło się w Czechach w "tyn" ("týn"), a w Szwajcarii w "thun" (Thun to nazwa miasta w kantonie Berno). To po Celtach - jako ówczesne Lugidunum dzisiejsza Legnica odziedziczyła swoją nazwę, podobnie jak francuski Lyon od Lugdunum. W średniowieczu oznaczało ono przestrzeń chronioną, odgrodzoną, na przykład teren dla obcych kupców przybyłych do miasta, za którego ochronę płacili miastu tak zwany "popłatek". "Tyniec" ("Týnec") natomiast to staroczeskie zdrobnienie słowa "tyn". Obydwa występują w ponad trzydziestu nazwach miejsc geograficznych w Czechach i na Morawach oraz w sześciu nazwach na Dolnym Śląsku i Małopolsce. Nawiązaniem do miejsca odgrodzonego wydaje się być również etymologia miasta Płocka, pochodząca prawdopodobnie od słowa "płot", z pierwotnie dodaną końcówką -sk, którego stare nazwy brzmiały jako Płocsk, Płocsko, przekształconą później w końcówkę -ck.

I to z południa, być może z założonego w 1032 roku klasztoru w Sazawie (Sázava), o którym będziemy dalej mówić, należałoby się spodziewać przybycia w AD 1044 nazwy klasztoru tynieckiego, jeżeli ona tam już nie istniała od czasów państwa Wielkich Moraw. Benedyktyński klasztor w Sazawie, celebrujący liturgię w obrządku słowiańskim, był prawdopodobnie założycielem opactwa w Tyńcu. Brak zachowanego w Polsce dokumentu fundacyjnego tego drugiego klasztoru oraz w Watykanie śladu jego konsekracji przez papieskiego legata fakt taki by potwierdzał. Dopiero z około AD 1124 pochodzi pierwszy pisemny ślad istnienia klasztoru, kiedy chodziło o wyszczególnienie posiadłości w jego władaniu. Przy okazji zwróćmy uwagę, że za patrona jednego z najstarszych kościołów w Krakowie obrano imię św. Benedykta - patrona opactwa tynieckiego.

Klasztor łysogórski został zupełnie zniszczony przez Tatarów w 1259. Kroniki klasztorne powołują się na jego związki z klasztorami benedytyńskimi w czeskiej Sazawie, włoskim Monte Cassino i francuskim Cluny. Liturgia w tynieckim zakonie (jak i prawdopodobnie w innych wczesnych zakonach benedyktyńskich w Polsce) prowadzona była na początku w języku polskim, ale po rozłamie chrześcijaństwa na obrządek łaciński i narodowy, wraz z rozpoczęciem pierwszej krucjaty pod sam koniec XI wieku, opat - "heretyk" w klasztorze w Tyńcu został usunięty, a msze w języku polskim zostały zaprzestane. Oto cenny zabytek tynieckiego opactwa z okresu wschodnio-chrześcijańskiego, jakim są wykonane ze złota w stylu grecko-bizantyjskim kielich i patera, datowane na pierwszą połowę XI wieku (foto: Fundacja Chronić Dobro, benedyktyńska kultura i duchowość).














Patena tyniecka zdobiona jest krzyżem greckim oraz wyłaniającą się z obłoków ręką boską. Wspomniany wyżej motyw ikonograficzny Manus Dei jest charakterystyczny dla symboliki bizantyjskiej, która rozpowszechniła się we wczesnośredniowiecznej Europie. Bibliothèque nationale de France (Gallica) zawiera wiele manuskryptów z wizerunkiem wynurzajacej się z niebios boskiej dłoni, obdarzającej błogosławieństwem władców świeckich i kościelnych. Oto kilka przykładów przywołanych w rozdziale dotyczącym sztuki bizantyjskiej we Francji z książki "L'art national étude sur l'histoire de l'art en France", Henri de Cleziou 1883.

Prowadzący liturgię w języku słowiańskim benedyktyni klasztoru Sázava (przechowującym m.in. relikwie prawosławnych świętych  Borysa i Gleba) zostali zmuszeni w 1097 roku do jego opuszczenia, "... a  książki w ich języku zostały całkowicie zniszczone i rozrzucone" (... et libri linguae eorum deleti omnino et disperditi - Kosmas z Pragi). Biorący udział w AD 1115 w przeniesieniu na Ruś relikwii Borysa i Gleba Nikifor I, metropolita kijowski, pisał do księcia Wołynia Jarosława (1072-1123), syna  Światopełka II Michała, że "książę sąsiaduje z ziemią lacką, a ci co na niej żyją, przyjęli naukę łacińską i odstąpili (podkreślenie moje) od apostolskiej cerkwi".

Jak ważną rolę spełniały książki już w czasach Nestora, a więc półtora wieku przed Mnichem Sazawskim, wskazują słowa tego pierwszego: "Wielki bowiem bywa pożytek z nauki książkowej; przez księgi bowiem napomniani i pouczani jesteśmy o drodze do pokuty, mądrość bowiem zyskujemy i wstrzemięźliwość przez słowa ksiąg, gdyż te są rzekami napawającymi wszystek świat, są źródłami mądrości; w księgach bowiem jest głębina niezmierzona, przez nie wszak w smutku pocieszani jesteśmy, one są wędzidłami wstrzemięźliwości". Według periodyku "Göttingische Anzeigen von gelehrten Sachen" z 28 lutego 1801 roku już około AD 1180 w Smoleńsku, w którym pół wieku wcześniej powstała siedziba biskupia, utworzona została szkoła - zapewne przez księcia Dawida Rościsławicza (1140-1197), w której uczono greki i łaciny. Księgozbiór przyszkolnej biblioteki z czasem osiągnął liczbę ponad tysiąca książek, który w całości spłonął podczas mongolskiej inwazji w AD 1274. Potwierdzeniem rozwijającej się na Rusi już od XI wieku umiejętności czytania i pisania są wspomniane wyżej tak zwane gramoty, będące w równym stopniu źródłami archeologicznymi co i historycznymi, których odkryto już ponad tysiąc.

Oto makieta zrekonstruowanej bizantyjskiej czteroabsydowej rotundy pod wezwaniem św. Prokopa w XI-wiecznym klasztorze w Sazawie. O rotundach jako budowlach charakterystycznych dla bizantyjskiej architektury kościelnej, znanej w Czechach, Małopolsce, Wielkopolsce i na ... Bornholmie, powiemy więcej poniżej.

Wiele lat wcześniej czeski król Wratysław II, którego żoną była Świętosława (w Czechach jako Swatawa), siostra Bolesława Szczodrego, bezskutecznie zabiegał u papieża Grzegorza VII o pozostawienie liturgii w "lingua Sclavonica". W odmownej decyzji z 1080 roku papież określił inicjatywę króla jako "daremną zuchwałość" (vane temeritati). Wpływy kościoła ortodoksyjnego z liturgią narodową musiały sięgać Słowian Łużyckich, bowiem według Wolfganga D. Fritza źródła historyczne wskazują pośrednio, że biskup Merseburga nakazał w XI wieku spalić wszystkie książki w języku słowiańskim, a te w owym czasie były zapewne księgami liturgicznymi.

Zastanawiające jest, że z zachowanych pisanych źródłach historycznych, nie tylko zresztą w Polsce, ale w archiwach watykańskich i w całej Europie, w odróżnieniu do nawet starszych kościołów ottońskich i karolińskich, nie są znane jakiekolwiek wzmianki o wezwaniach świętych, pod którymi powstały pierwsze w Polsce kościoły, tak zresztą jak nie ma tamże żadnych śladów wskazujących na czas, miejsce i obrządek, w jakim przyjął chrzest Mieszko I, jeden z wielkich władców, z którym układało się Cesarstwo Niemieckie. Nie można nie zauważyć szczególnie dobrych stosunków, jakie łączyły Mieszka I z cesarzową - regentką Teofanu, w czym mógł być pomocny ich wspólny być może ortodoksyjny rodowód ich wyznania. Czyżby patronami tych kościołów były osoby uświęcone przez kościół bizantyjski, tak jak i starosłowiańska była ceremonia chrztu Mieszka I ? Czyżby ślady te miały zostać usunięte z katolickich dokumentów po rozłamie w chrześcijaństwie w II połowie XI wieku? Sam Gall Anonim w swojej Kronice podkreślał, że "Nigdy bowiem słowa i rycerskie czyny Rzymian czy Gallów nie byłyby tak powszechnie znane po świecie, gdyby pisane świadectwa nie przechowały ich ku pamięci i naśladowaniu potomnych".

Zagadkowe luki w archiwach watykańskich nie pozwalają też zidentyfikować dat i imion pierwszych biskupów misyjnych, a więc delegowanych przez papieża, w najstarszym okresie ewangelizacji Polski piastowskiej. O drugim biskupie misyjnym, który zastąpił Jordana około AD 982-984 (a przed Ungerem po roku 1000) nie wiedzielibyśmy nic, gdyby nie krótka wzmianka w kronice Jana Długosza o niejakim Tymoteuszu, prawdopodobnie mnichu benedyktyńskim. Imię to nosił także grecki święty Timóteos, które oznaczało "szanujący Boga" lub "szanowany przez Boga". Czyż drugi biskup misyjny nie mógł być wyznawcą tak popularnego (przed schizmą) wśród Benedyktynów kościoła ortodoksyjnego? Niemiecki (jak się zdaje) biskup Unger zastąpił nieznanego dzisiaj poprzednika, zapewne w wyniku decyzji cesarza Ottona III zaraz po Zjeździe Gnieźnieńskim. Trudno sobie inaczej wyobrazić, aby po śmierci pierwszego biskupa Jordana około AD 982-984 Polska została pozostawiona bez żadnego biskupa misyjnego do czasów objęcia stanowiska przez Ungera po roku tysięcznym.

Niestety o tych ważnych sprawach, kto przewodził Kościołowi w Polsce w tamtym dwudziestoleciu, ani o roku przejęcia po Jordanie misji chrystianizacyjnej w Polsce, ani o roku jej zakończenia przed Ungerem, ani tym kto i kiedy zastąpił Ungera, dostępne źródła milczą. Zwróćmy uwagę, że w piewszych stu latach istnienia dwóch diecezji utworzonych w tym samym AD 968 - w Magdeburgu i Poznaniu, w tej pierwszej znane są imiona i dokładne lata kierowania diecezją przez wszystkich ośmiu biskupów, podczas gdy dla Poznania nie znamy pewnych imion i lat z nimi związanych dla żadnego z biskupów, a nawet ich liczby. Czyż nie chodziło o biskupów co prawda delegowanych przez Rzym, ale związanych "ideologicznie" z kościołem wschodnim w obrządku (języku) słowiańskim, o których informacje po schiźmie Kościołów nie były już warte zachowania?

Pod niezmiennym od AD 960 wezwaniem św. Cyriaka istnieje kościół w saksońskim Gernrode, ufundowany przez margrabiego Gerona. Był on pierwotnie zbudowany, w sposób typowy dla architektury bizantyjskiej, jako trojnawowa bazylika z bocznymi emporami, inspirowany architekturą wyżej wspomnianego kościoła św. Demetriusa w Salonikach.  Wspólny dla kościoła rzymskiego i ortodoksyjnego patron był zapewne Grekiem, na co wskazuje jego imię Kyriakos, oznaczające po grecku "związany z Bogiem, boski". Dodajmy, że starosłowiańska nazwa kościoła brzmiała црькb, czyli dzisiaj "cerkiew", a w języku angielskim "church" i pochodziła od greckiego słowa κυριακός (kyriakos). Zwróćmy uwagę, że bazylika w Gernrode ma charakterystyczną dla architektury bizantyjskiej krótką nawę, która całkowicie dominuje również w polskich kościołach romańskich - i tym je chyba najbardziej odróżnia od długich naw kościołów nadreńskich, z którymi tak uporczywie nasi historycy szukają wszelkich analogii.

Bizantyjskie formy architektoniczne, jakimi są obok rotund trojnawowe bazyliki, były najstarszymi w Polsce kamiennymi budowlami sakralnymi - dziś już w pierwotnej formie nie istniejącymi. Mogły one wyglądać mniej wiecej jak ta zachowana w szwabskim Kleincomburg (przełom XI/XII wieku), z charakterystycznymi dla tych form kolumnami i tzw. kapitelami kostkowymi.


O trwałości wschodnich zwyczajów  religijnych w polskim kościele, nawet po wyeliminowaniu języka słowiańskiego z liturgii, świadczy następująca uwaga Jana Długosza we wspomnianych wyżej Rocznikach z końca XV wieku o tak zwanym przedpościu: "Był zaś zachowywany w całym Królestwie Polskim od początku przyjęcia wiary i aż do dnia dzisiejszego ściśle przestrzegany, stary na wzór pierwotnego Kościoła i obrządku, którego Kościół wschodni nie zarzucił, obwarowany sankcjami prawnymi zwyczaj zaczynania czterdziestodniowego Postu od niedzieli Siedemdziesiątnicy i kontynuowania go aż do Wielkiejnocy."  Lud polski widocznie odrzucił przyznaną mu na synodzie we Wrocławiu w AD 1248 przez legata papieskiego Jakuba Pantaleona (przyszłego papieża Urbana IV) dyspensę na spożywanie mięsa aż do środy popielcowej w czterdziesiątnicy. "W zamian" za ten oferowany przywilej prosił legat o przekazanie papieżowi w najbliższych trzech latach trzeciej części wszystkich dochodów kościoła polskiego. Ośmiu biskupów uczestniczących w synodzie diecezji: Gniezna (abp Pełka), Krakowa (wspomniany Prandota), Poznania (Boguchwał), Lubusza (Nanker), Wrocławia (Tomasz), Płocka (Andrzej), Włocławka (Michał) i Chełmna (Henryk) zgodziło się odprowadzić do Watykanu jedną piątą przychodów.

Jeszcze w czasach Władysława Jagiełły, zapewne dla uzasadnienia swojej ekspansji terytorialnej Krzyżacy nazywali Polaków poganami, co wskazuje na kontynuowanie na Mazowszu słowiańskiej tradycji kościelnej, którą wcześniej Gall Anonim nazywał "falsi christicolis" (fałszywi chrześcijanie)

Kolegiata w Tumie jest  najcenniejszym zabytkiem architektury romańskiej w Polsce. Stoi ona na resztkach pierwotnego kościoła klasztornego pod wezwaniem św. Marii (abbatia Sancte Marie in castello Lancicie, według pierwszej wzmianki z 1136 roku).  Klasztor przeniesiono około AD 1140 do Mogilna, a na jego miejscu pobudowano bazylikę, dodając do poprzedniego patronimu imię św. Aleksego - mnicha czczonego głównie w rusko-bizantyjskim obszarze kulturowym.  To tam, obok Płocka, z okresu Polski wczesnośredniowiecznej zachował się (niestety, dość zniszczony), XII-wieczny fresk z postacią Chrystusa Pantokratora w mandorli, w otoczeniu Marii Panny, Jana Chrzciciela i czterech tetramorfów - klasyczny przykład sztuki bizantyjskiej. Interesujące jest podobieństwo kompozycyjne tumskiej postaci Chrystusa z jego wyobrażeniem na późniejszym o stulecie fresku w bazylice św. Franciszka z Asyżu, autorstwa Cimabue. Artysta ten, prekursor floreńskiego renesansu, w oparciu o tradycje bizantyjskie zaczął wprowadzać w malarstwie elementy sztuki gotyckiej - co widać na poniższym zestawieniu obrazu Chrystusa z Tumu (z lewej) i z Asyżu (z prawej). XII-wieczne polichromie o bizantyjskich motywach znajdowane są w kościołach w Danii, m.in. w Kirke Hyllinge.

Niektórzy historycy sztuki zwracają uwagę na podobieństwo architektoniczne portalu tumskiego z nieco starszym północnym portalem katedry w Lund, a obydwa związane stylistycznie ze sztuką lombardzką, u nas myląco nazywaną "włoską".

W połowie XII wieku al-Idrisi, arabski geograf na dworze normańskiego króla Sycylii Rogera II wymienił Łęczycę pod nazwą N(u)grada (Nowogród) - taką samą, jak nazwa pierwszej wielkiej stolicy Waregów na Rusi. Uzasadnienie dla pierwotnego nazwania Łęczycy Nowym Grodem jest jak najbardziej logiczne, jeżeli przyjmiemy że zakładali ją dotychczasowi mieszkańcy Tumu, analogicznie zresztą do Waregów, którzy wyprowadzając się z Rurikowa Gorodiszcza do tuż obok założonego grodu, także nazwali go Nowym Grodem.


Warto zwrócić uwagę na fakt, że tak zwany kult maryjny, chociaż znany już był wśród pierwszych chrześcijan, został usankcjonowany w Bizancjum przez Sobór Efeski w AD 431, od kiedy zdefiniowano św. Marię jako Matkę Bożą. To w kościele ortodoksyjnym utrwaliła się maryjna weneracja i rozpowszechniła się maryjna ikonografia. W kościele łacińskim kult maryjny pojawił się wraz z nadawaniem kościołom wezwania św. Marii dopiero w IX wieku, a począł rozwijać się tak naprawdę od XII wieku. Najbardziej emblematyczne europejskie kościoły przyjmujące wezwanie św. Marii konsekrowane były (po przebudowie wcześniejszych kościołów z innymi patronami) stosunkowo późno: Mariendom w Spirze 1061, Santa Maria w Trastavere (Rzym) 1143, Notre-Dame w Tournai 1171, Notre-Dame w Paryżu 1182, Notre-Dame w Laon 1235, Notre-Dame w Chartres 1260, Notre-Dame w Amiens 1269.

Pochodzący z V wieku kościół Santa Maria Antiqua w Rzymie, pod tym wezwaniem od AD 640, zawiera najstarszy fresk Matki Boskiej jako królowej,  namalowany w stylu bizantyjskim, tak jak figury innych świętych na ścianach tego kościoła, zamurowanego na początku IX wieku w czasach wspomnianego wyżej ikonoklazmu, czyli niszczenia ikon świętych z powodów religijnych. Czczenie Marii z Nazaretu jako Matki Bożej usankcjonował w kościele Cyryl z Aleksandrii, który na pierwszym soborze w Efezie w AD 431 zabiegał i uzyskał przyjęcie dla św. Marii tytułu Theotokos, co oznacza w języku starocerkiewnym Bogurodzicę, a więc kogoś więcej niż tylko matkę Chrystusa, jak dotychczas przyjmowano. Te same bizantyjskie impulsy, dla uczczenia zakończenia soboru, przyczyniły się do rozpoczęcia w tym samym roku budowy bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Jej nawa podtrzymywana jest przez 36 kolumn z greckiego marmuru (z wyspy Paros), podczas gdy wewnętrzny łuk tryumfalny przedstawia w bizantyjskim stylu narodziny Chrystusa, a mozaika w absydzie koronację Matki Boskiej. Starszym od tych budowli jest zbudowany w IV wieku ortodoksyjny kościół św. Marii z Syjonu w etiopskim mieście Aksum, który przyjął Matkę Boską za patronkę prawdopodobnie po 431 roku. Do dziś we Włoszech i Albanii istnieje wyznanie katolicko-bizantyjskie, sięgające tradycji z VI wieku.

Na fotografii obok (foto: HEN-Magonza, 2014) mamy wspaniałą pamiątkę po nieistniejącej już pierwotnej, IV-wiecznej Bazylice św. Piotra w Watykanie. Jest to bizantyjska mozaika o wysokości 260 cm, przedstawiająca Matkę Boską (z dodaną prawdopodobnie w XVII wieku barokową bordiurą z dwoma świętymi). Krótka historia tego dzieła spisana została po łacinie na marmurowej płycie poniżej mozaiki: "Ten stary obraz Matki Boskiej przechowywany w Bazylice Watykańskiej nad świętą bramą oratorium, stworzony przez papieża Jana VII w roku zbawienia 703 i do dzisiaj z wielkim pietyzmem religijnym czczony, został zabrany z gruzów, kiedy to Bazylika dla uzyskania formy bardziej cesarskiej była w trakcie burzenia, aby cześć wobec niego nie została w żaden sposób pomniejszona, został przetransportowany z Rzymu na tutejszy ołtarz w AD 1609". Papież Jan VII, greckiego pochodzenia, sprawował swój pontyfikat w latach 705-707, a więc można sądzić że mozaikę ufundował w tym okresie. Umieszczona została nad ołtarzem w dobudowanej specjalnie do bazyliki watykańskiej, także dziś nie istniejącej, kaplicy pod wezwaniem św. Marii przy Żłóbku (łac. Sancta Maria ad Praesepe). Była ona również pierwotną patronką wspomnianej wyżej bazyliki Matki Bożej Większej (wł. Santa Maria Maggiore) w Rzymie. Płytę z mozaiką Matki Boskiej przewieziono do Florencji faktycznie około roku 1596, gdzie w kościele św. Marka znajduje się do dziś.

Matka Boska, z otwartymi ramionami w geście modlitwy, ma na głowie bizantyjski diadem, ozdobiony rubinami i perłami, z którego na ramiona spływają sznury kamieni szlachetnych. Ubrana w tunikę do stóp i jasnoczerwone obuwie. Głowa otoczona jest złotym nimbem. Na szyji spoczywa kolia z dwoma rzędami białych i czerwonych brylantów. Oryginalna płyta (bez bordiury) nosi ślady przecięcia w połowie, zapewne koniecznego dla jej transportu z Rzymu do Florencji. Na poniższej ilustracji zestawione są fragmenty VIII-wiecznej mozaiki z Bazyliki Watykańskiej z wizerunkiem Matki Boskiej (z lewej strony) i VI-wiecznej mozaiki z na wskroć bizantyjskiej bazyliki San Vitale (św. Witalisa) w Rawennie, z wyobrażeniem cesarzowej Teodory, małżonki cesarza Justyniana I Wielkiego (z prawej).


Jeżeli się uwzględni opinie o jej wcześniejszym aktorstwie i rozwiązłym życiu, jakie na temat cesarzowej Teodory wyrażali współcześni jej Jan z Efezu i Prokop z Cezarei, powyższa wizualizacja w nimbie świętości w katolickim kościele w Rawennie wydać się może dla niektórych czytelników świętokradztwem. Fakt ten jako jeden z tysięcy poświadcza siłę i zakres bizantyjskiego dziedzictwa kulturowego nie tylko we wschodniej i środkowej, ale i w karolińsko-ottońskiej Europie.

W ikonografii bizantyjskiej, w przeciwieństwie do zachodnioeuropejskiej, nimb nie był zarezerwowany do przedstawiania w nim tylko Boga, proroków czy innych osób świętych. Przedstawiano w nim również zoomorficzne symbole świętych, a także wyróżniano nimbem współczesnych władców, dostojników oraz postacie biblijne - te niekoniecznie o przymiotach "świętych".

Przykładem jest miniatura z tak zwanej Apokalipsy bamberskiej, manuskryptu Apokalipsy św. Jana z początku XI wieku. Przedstawia ona Nierządnicę z Babilonu, św. Jana i anioła - wszystkich w nimbie. Ilustracja ta jest "zmodernizowaną" kopią widzenia nierządnicy z Babilonu przez św. Jana, jaki przedstawia starsza o dwa wieki miniatura z Apokalipsy z Valenciennes, z tą jednakże różnicą, że w tej ostatniej wielka prostytutka ("la grande prostituée") nie ma nad głową nimbu, którego istnienia nie sugeruje zresztą opis tej sceny w Nowym Testamencie. U nierządnicy "bamberskiej" dodany został poza nimbem, zgodnie z opisem testamentowym, róg pitny w dłoni. Bamberska miniatura nosi zatem wyraźne piętno sztuki bizantyjskiej.

Jannic Durand, główny konserwator dziedzictwa kulturowego we Francji, pisał tak: "Starożytny rodowód Bizancjum, jego cywilizacja, bogactwo i splendor jego sztuki fascynowały wyobraźnię średniowiecznego Zachodu. To nie pozbawione zawiści zauroczenie widoczne jest w całym wczesnym średniowieczu ..., czy w czasach renesansu karolińskiego, a zwłaszcza w okresie X-XII wieku. Właśnie w Bizancjum poszukiwało źródeł swej tożsamości imperium Karola Wielkiego, a po nim Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego" ("Sztuka średniowiecza", 2007).

Historyk sztuki George Henderson z Uniwersytetu w Cambridge, w swoim zbiorze esejów ("Wczesne średniowiecze", 1984), zauważył: "Jeżeli Konstantynopol w XII wieku był wzorem doskonałości kulturowej, to w jaki sposób musiały się do niego odnosić we wczesnym średniowieczu barbarzyńskie narody zachodniej Europy, dla których był synonimem nieprzerwanej ciągłości Cesarstwa Rzymskiego? Ta chęć partycypowania w świetnej klasycznej kulturze chrześcijańskiej stanowi jedną z wielkich motywacji wczesnośredniowiecznego społeczeństwa na Zachodzie". Opinia, chociaż w pewnym stopniu subiektywna, ukazuje jednak zasadniczy kierunek przepływu kulturowego we wczesnym średniowieczu: od "mistrza" z Bizancjum do "ucznia" z Europy wschodniej i zachodniej.

Spójrzmy jeszcze na poniższy fragment z powstałego około AD 870 Sakramentarza Karola Łysego, uważanego za klasyczny przykład karolińskiej sztuki iluminacyjnej. Sztuka ta przez rzeczowych historyków sztuki na Zachodzie (nie brakuje też tych z "łacińską" megalomanią), uznawana jest jako powstała pod wpływami bizantyjskimi. W polskiej Wikipedii, czerpiącej z dorobku naukowego polskiej historiografii, hasło "Sztuka karolińska" nie zawiera ani  pół słowa wzmianki o wływie sztuki bizantyjskiej na tak zwany "renesans karoliński", ukrywając ten wpływ pod słowem "wczesnochrześcijański", w rozumieniu "łaciński". Powróćmy więc do rzeczonego sakramentarza, aby zauważyć bez trudu ten "niewidzialny" dla polskich historyków sztuki składnik bizantyjski.


Ta IX-wieczna miniatura, tak jak wcześniejsza z wizerunkiem tancerki Teodory w nimbie świętości, nie przedstawia żadnych świętych Kościoła, chociaż jest częścią księgi liturgicznej z modlitwami. Za wzorcami przybyłymi z Bizancjum "łacińscy" władcy w Europie skrzętnie przyjęli ideę o świętych źródłach władzy, aby ją potwierdzić w tej "karolińskiej" iluminacji. Przedstawia ona zachodniofrankijskiego króla Karola Łysego, w otoczeniu arcybiskupów z Trewiru i Reims, wszystkich w nimbie świętości. Z niebios wynurza się ręka boska, wkładająca koronę na głowę władcy. A więc nie tylko wyraźna jest bizantyjska forma obrazu (ustawienie postaci, ich ubiory, inkrustowane księgi, kamienie szlachetne w koronie, boska ręka w chmurach - tzw. Manus Dei, złote nimby władców - tutaj świeckich i kościelnych, ale nie świętych Kościoła), ale także jego ideowe przesłanie - boskie pochodzenie władzy.

Późniejszy o dwa wieki wizerunek Matki Boskiej z Bazyliki św. Piotra w Watykanie, jeżeli chodzi o sylwetkę i postawę oraz strój i ozdoby, w znaczącym stopniu uosabia cesarzową Teodorę z Bazyliki św. Witalisa w Rawennie, przedstawioną zresztą także w nimbie świętości. W podobnej konwencji przedstawione są również cesarzowe bizantyńskie Zoe oraz Irena Węgierska, córka króla węgierskiego św. Władysława i sama przyszła święta, obie na XI/XII-wiecznych mozaikach w bazylice Hagia Sophia w Konstantynopolu.

Oto z lewej strony, inspirowany ikonografią bizantyjską, wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem (hodegetria), utrwalony w witrażach z Chartres z początków XIII wieku, od kiedy to romańskie freski na ścianach kościołów zaczęły być zastępowane obrazami na gotyckich witrażach. Przedstawia on Marię Pannę w koronie z aureolą, stylem zbliżonej do jej powyższego pierwowzoru z VIII-wiecznej mozaiki, trzymającej na kolanach młodego Chrystusa w aureoli krzyżowej.

Nad nimi unosi się zsyłający promienie gołąb - bizantyjski symbol Ducha Świętego. Naczynie liturgiczne w kształcie gołębia, służące do przechowywania eucharystii, tak zwane peristerium (gołębica eucharystyczna),  w ortodoksyjnych kościołach jeszcze dzisiaj bywa zawieszane przy ołtarzu. Dwa takie naczynia, wykonane ze złota i ozdobione perłami, ofiarował bazylice watykańskiej cesarz bizantyjski Konstantyn I Wielki. W średniowieczu znane było także w obrządku łacińskim, chociaż później w obydwu kościołach przeważały pojemniki o innych kształtach (wieży kościelnej, czary, ozdobnego pudełka w kształcie budowli, zwanego cyborium itd), dzisiaj w tzw. puszce.

Przy głowie Marii Panny widoczne są kołysane przez aniołów (już poza obrębem ilustracji) dwie kadzielnice. Ten rodzaj przyborów jest jednym z najstarszych w liturgii chrześcijańskiej, wywodzącym się jeszcze z tradycji pogańskiej. Być może najstarsze znane jej przedstawienie utrwalone zostało na VI-wiecznej mozaice w ostrogockiej bazylice św. Witalisa w Rawennie. Przedstawia ona cesarza Justyniana I Wielkiego ze swoim dworem i diakonem trzymającym kadzielnicę.

Dodajmy, że chociaż kult maryjny w Polsce znalazł swój najbardziej uznany wyraz w powstałej prawdopodobnie na przełomie XIII/XIV wieku pieśni "Bogurodzica", to jednak do tego czasu dominował nadal w Polsce kult św. Wojciecha jako patrona Polski, zastępowany rodzącym się wtedy kultem św. Stanisława ze Szczepanowa jako głównego patrona, którego rosnąca gloryfikacja nakładała się z równolegle trwającą konkurencją biskupstwa krakowskiego z gnieźnieńskim o polityczny prymat w Polsce. "Rywalizację hagiograficzną", jak ją nazwał Gerard Labuda, który święty jest "świętszym" wygrał "swój", a przegrał "obcy" patron.

Dopiero w 1656 roku król Jan Kazimierz w słynnych ślubach lwowskich ogłosił Matkę Boską jako "Królową Korony Polskiej", uznaną do dziś za główną patronkę naszego kraju. W owym czasie, poza ikoną częstochowską były w Polsce jeszcze dwie inne "oficjalne" ikony Marii: Matka Boska Trocka i Matka Boska Kodeńska. Ten pierwszy obraz, prawdopodobnie podarowany w AD 1384 przez cesarza bizantyjskiego Manuela II z okazji wspomnianego wyżej chrztu księcia litewskiego Witolda w rycie prawosławnym, został w trakcie przebudowy kościoła gotyckiego w Trokach na styl barokowy, przemalowany. Witold cieszył się wielkim uznaniem w Bizancjum za podejmowane przez niego wypady wojenne na wspomnianą wyżej Złotą Ordę - islamskiego przeciwnika zagrażającego zarówno Litwie, jak i Bizancjum. Druga ikona została prawdopodobnie namalowana na początku XVII wieku w Hiszpanii, skąd miał przywieźć ją do Polski Mikołaj Sapieha.

Istnieje też przekaz, uznawany dzisiaj tylko za legendę, że ten ostatni obraz, zwany wcześniej Matką Boską z Gwadelupy, został przez Mikołaja Sapiehę skradziony w AD 1630 w Watykanie, z prywatnej kaplicy papieskiej, po jego audiencji u papieża Urbana VIII. Opisuje to Jan Fryderyk Sapieha w wydanej przez siebie w latach 1720-1721 dwutomowej książce "Monumenta Antiquitatum Marianarum". Czyny te, już w bardziej zaowalowany sposób, wychwalał jezuita Atanazy Kierśnicki (1678-1733), kaznodzieja królewski (dzisiejszy doradca i rzecznik prasowy w jednym, a więc "twarz" ówczesnego rządu i państwa), w swoim panegiryku na cześć rodu Sapiehów, zatwierdzonym do druku przez biskupa poznańskiego Jana Joachima Tarło i wydanym w AD 1727 "Wolnym głosie mów niedzielnych".

Pisał tam: "Słyszał niegdy świat polski i palemoński [ziemie rodu Sapiehów, którego założycielem według tego autora miał być mityczny bóg grecki Palemon - przypis mój]  za Urbana ósmego Papieża ... głośno brzmiące okrzyki: Non est inventus qui daret gloriam nisi alienigena [z Ewangelii św. Łukasza 17:18 "Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę, tylko ten cudzoziemiec" - przypis ten i następne moje]. Przybył do Kodnia z obcych narodów Gość Wielki ... Przybył z chwalebną łask ekstraordynaryjnych, niezwyczajnych faworów, cudownych sukcesów kawalkadą: Venerunt omnia bona pariter cum illa [wszystkie dobra wraz z nim przybywają]... nim ten gość pożądany, Gwadelupeńskiego Rytratu [rytu] istotny abrys [zarys], w Siedmiogórnej Całego Chrześcijaństwa Metropolii [czyli Rzymu] ... Ten obraz, bohatyrskiemi cnotami wysłużony, dowcipną i odważną dzielnością z Transalpińskiego Kraju [Włoch] przeniesiony [podkreślenia moje], otrzymawszy w Kodeńskim Hrabstwie indigenat [obywatelstwo], stał się osobliwym Sapieżyńskich prerogatyw zaszczytem." Rycina Teodora Strzelbickiego z XVIII wieku w opisie potwierdza to samo wydarzenie.

Po tej kradzieży papież miał go ekskomunikować, co nie przeszkodziło ludowi nadać magnatowi za tą "zasługę" przydomek "Pobożny". Opisane w książce, pełnej mitomaństwa, pustosłowia i niedorzeczności wydarzenia wskazują, że mogły one zostać zmyślone. Chełpienie się grabieżami, pieniactwem, zajazdami i rozbojami, a przy tym składanie  nadętych, religijnych i patriotycznych deklaracji, cechowały upadek moralny szlachty i elit politycznych Polski w XVII-XVIII wieku. Autor zapewne oczekiwał - i chyba w jego chorej epoce się nie mylił, że ta zuchwała kradzież - zmyślona czy nie, z której "skorzystali" przecież wszyscy wierni w Polsce, zaimponuje rodakom i podniesie prestiż nie tylko wychwalanego rodu, ale i państwa polskiego.

Jakże pasuje do tych zdegenerowanych czasów w Polsce, z pewnością sowicie opłacone "kadzenie" księdza Kierśnickiego, skierowane do Jana Fryderyka Sapiehy: "Kto skompediowane w Tobie, Jaśnie Wielmożny Kasztelanie, od Boga i natury dary bez żadnej przywary, dowodniej ogłosi?" Ten polski mąż stanu i "patryota", ze skompediowanymi w nim bez żadnej przywary darami od Boga, w 1733 roku zdradził ojczyznę, kiedy najpierw podpisał elekcję wybranego przez sejm polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego, aby zaraz zostać przekupionym przez Fryderyka Augusta II za obiecane stanowisko kanclerza litewskiego i przejść na jego stronę. Ten książę Saksonii, już jako August III, został wybrany na króla Polski przez pozasejmowy, a więc prawnie nieważny, ale wsparty siłą wojsk nieprzyjacielskich wiec. Inna sprawa, że i papież Klemens XII wspierał kandydaturę tego protestanckiego księcia licząc (nadaremno, jak się miało okazać), że po jego przechrzczeniu na katolicyzm cała rządzona przez niego Saksonia porzuci protestantyzm. Pomimo braku wyboru przez sejm elekcyjny ani zatwierdzenia przez sejm koronacyjny August III Sas został koronowany na króla Polski w AD 1734 przez biskupa krakowskiego Jana Aleksandra Lipskiego. Zostawmy ten ciemny okres w historii chylącej się ku upadkowi ojczyzny, niestety niedostatecznie samokrytycznie oceniony przez naszą historiografię.

Kult maryjny od samego początku wprowadzenia chrześcijaństwa na Rusi miał w tamtejszym kościele bardzo silne uznanie. Oto przykład tego kultu i jednocześnie mistrzowskiej sztuki złotniczej na Rusi na przełomie XII/XIII wieku. Jest to pochodzący z Riazania, wysadzany kamieniami szlachetnymi złoty naszyjnik z medalionami w emalii komórkowej, przedstawiającymi Matkę Boską, św. Irenę i św. Barbarę (źródło: "La Sainte Russie au Louvre", 2010).


Prekursorem uznania Matki Boskiej Częstochowskiej jako protektorki Polski wydaje się być Grzegorz z Sambora (1523-1573), zwany z racji swojego pochodzenia Wigilancjuszem Rusinem, który wydał w Krakowie w 1568 roku po łacinie poemat "Częstochowa", w którym wychwala patronkę klasztoru na Jasnej Górze i jej ruską ikonę: "Lecz pieśń ma wstecz się cofnąć i powiedzieć musi, jak obraz w Jasnej Górze znalazł się aż z Rusi" (przekład Wincenty Stroka, Kraków 1896) .

Jeszcze starszym, niż fresk z Chrystusem Pantokratorem w kolegiacie w Tumie jest ten sam motyw główny (w tym gwiazdy na nieboskłonie) we fresku w absydzie romańskiej Kaplicy Mnichów (podlegającej opactwu w Cluny, o którym wspomnę jeszcze poniżej) w Berzé-la-Ville, powstałym między latami 1109 i 1120. Polichromie z tej kaplicy uznawane są przez historyków jako najdonioślejszy przykład sztuki bizantyjskiej w Burgundii. To ikonografia bizantyjska, biorąc inspirację z 66 rozdziału Księgi Izajasza (Caelum sedes mea, terra autem scabellum pedum meorum niebo jest moim tronem, a ziemia podnóżkiem),  stworzyła pewien "standard" przedstawiający Chrystusa Pantokratora na tle nieba i z Ziemią  u jego stóp.

Artyści bizantyjscy przybywali do południowej Francji zapewne drogą morską, przez Morze Sródziemne, do portów Prowansji. Przykładem tego jest dokument, który stwierdza że w AD 1040 biskup Tulonu (Toulon) Deodatus osiedlił przy kościele w Auriol, przy ujściu Rodanu, kolonię greckich mnichów ("Anno MXL testi fuit donationis de Auriol monachis graecis"). Nie jest wykluczone, że wizerunek tumskiego Chrystusa został przyniesiony przez benedyktyńskich artystów z tej dalekiej burgundzkiej prowincji. Oto fragment fresku (foto: Juliette Rollier).


Zatrzymując się w naszych rozważaniach na chwilę w Prowansji, należącej wówczas politycznie i kulturowo do Królestwa Burgundii, przypomnijmy wywodzący się stamtąd kult greckiego św. Idziego, patrona klasztoru benedyktyńskiego w Saint-Gilles-du-Gard. Rozwinął się on w Polsce po "cudownych narodzinach" Bolesława Krzywoustego w AD 1086,  za sprawą wypromowanego przez Galla Anonima (być może pochodzącego z Prowansji), albo raczej przez tego króla, wstawiennictwa jego ojca Władysława Hermana  u św. Idziego. Kronikarz barwnie opisał historię cudu, w tym podróż posłów polskich do Francji: " Wnet posłowie się wybrali, przez kraje, których nie znali; kiedy Galię już przebyli, do Prowansji wnet trafili..."). Pomysłodawcą zwrócenia się do zakonu Saint-Gilles i wniesienia tam darów był biskup poznański Franko, którego historycy uważają za Francuza, prawdopodobnie pochodzącego z zakonu w Cluny, klasztoru-matki dla Saint-Gilles. Odilon, opat zakonu w Cluny i przyszły święty (pol. św. Odylon), bardzo aktywnie promował rozwój sieci klasztorów kluniackich w Europie; sam biskup Notker, na listowne życzenie współczesnego mu Odilona, założył pięć opactw benedyktyńskich w Lotaryngii.

Legenda narodzin Bolesława Krzywoustego za wstawiennictwem św. Idziego z Prowansji przekonała króla Węgier, wspomnianego wyżej Władysława I (i przyszłego świętego), którego matką prawdopodobnie była Adelajda, córka Mieszka II Lamberta i który spędził w Polsce dzieciństwo, do zaproszenia mnichow ze sławnego klasztoru w Saint-Gilles, aby założyli w Somogyvar opactwo benedyktyńskie. Otwarcie nastąpiło w AD 1091, a król przekazał  klasztor mnichom z prowansalskiego klasztoru-matki "po wsze czasy". Faktycznie przebywali tam do około 1240 roku. To mnichom z Prowansji Węgry zawdzięczają powstanie na ich ziemiach pierwszych upraw winorośli (mogła być uprawiana na tych ziemiach przez Rzymian). Historycy przyjmują, że to właśnie z klasztoru w Somogyvar przybył do Polski z dworem Bolesława Krzywoustego Gall Anonim. Król nasz odbył tam w 1113 roku pielgrzymkę pokutną za oślepienie swego brata, księcia Zbigniewa. Polski król spotkał się wówczas zapewne z królem Węgier Kolomanem Uczonym, który wspierał Krzywoustego w jego walkach ze Zbigniewem na Mazowszu w AD 1107. O szerokim wykształceniu króla węgierskiego z uznaniem wypowiadał się nasz Gall Anonim.

Kościół klasztorny w Saint-Gilles przyjął wezwanie tego patrona w IX wieku i zapewne po tym czasie nastąpiła jego rozbudowa, przeprowadzona prawdopodobnie z udziałem greckich budowniczych i artystów. Dalsze zmiany architektoniczne w formie tak zwanej sztuki romańsko-prowansalskiej przyniósł wiek XII, jednakże bizantyjski styl budowli pozostał niezatarty. Przytoczmy tutaj opinię, jaką wyraził w XIX wieku francuski historyk sztuki Prosper Mérimée: "Fasada Saint-Gilles to nec plus ultra (łac. szczyt doskonałości) sztuki bizantyjskiej". Nie jest to wszakże opinia, z którą łatwo byłoby się rozprawić "zamazywaczom" śladów kultury bizantyjskiej w Europie i w Polsce, bowiem autorytet autora tych słów został uwierzytelniony nadaniem nazwy "Base Mérimée" dla centralnej bazy danych narodowego dziedzictwa kultury w dziedzinie architektury we Francji. Oto scena obmycia stóp apostoła Szymona Piotra (pukającego się w głowę) przez Chrystusa, na fasadzie opactwa Saint-Gilles (źródło: France-Romane, Chez-Alice).


Na stronach Wikipedii, stającej się dzisiaj probierzem aktywności i stanu "ducha intelektualnego" w poszczególnych krajach hasło "architektura romańska", tak jak i wiele innych haseł związanych z aspektami społeczno-kulturowymi, pada ofiarą pozanaukowej ideologizacji, "naciąganej" interpretacji. Zbudowany na czterech filarach (kultura antyczna, cywilizacja bizantyjska, renesans karoliński, elementy nordyckiej kultury ludowej) styl romański w architekturze został w polskiej Wikipedii jak kurza chatka postawiony "na jednej nodze" - na tradycjach starożytnego Rzymu, bez żadnego odniesienia do jej korzeni także bizantyjskich i nordyckich. Od początków VI wieku na gruzach rzymskiego imperium w jego zachodnich prowincjach powstały królestwa "barbarzyńskie": Anglo-Saksonów w Brytanii, Franków i Burgundów w Galii, Wizygotów w Iberii, Wandalów w Afryce i Ostrogotów w Italii. To cesarstwo bizantyjskie broniło wtedy spadku kulturowego po Rzymianach. To sztuka bizantyjska, a nie żadna inna, stworzyła w Europie pomost kulturowy pomiędzy czasami antycznymi i średniowieczem.

Osiągniecia cywilizacyjne antycznego Rzymu nie przetrwałyby w tradycji europejskiej przez kilka wieków "barbaryzmu" i zerwanych tradycji kulturowych w okresie wędrówek ludów, gdyby cesarz Konstantyn I Wielki (przenosząc w IV wieku stolicę cesarstwa do Konstantynopola) oraz jego następcy, zwłaszcza wspomniany Justynian I Wielki, nie uchronili tego dorobku. Bizancjum stało się nie tylko depozytariuszem kultury antycznej, ale ją rozwinęło i znacznie wzbogaciło o greckie tradycje antyczne i o koloryt orientalny. Dopiero tak przetworzona, "zmodernizowana" antyczność rozpoczęła od VI wieku swój pochód z Bizancjum przez Rawennę, Lombardię, Toskanię do Europy zachodniej (Nadrenia, Burgundia, Katalonia itd.), jako już odrębna kultura bizantyjska.

Od końca VI wieku wymienione prowincje włoskie, tak zresztą jak i cała Italia, były we władaniu dwóch cywilizacji - ostrogockich Lombardów i greckich Bizantyjczyków. Po zawładnięciu bizantyjskiej Aleksandrii przez Muzułmanów w AD 642 liczni tam artyści greccy wyeimigrowali do Rzymu. Jeżeli więc nasi historycy mówią o wpływach włoskich, italskich czy łacińskich we wczesnośredniowiecznej Polsce i Europie, to próbują tym samym fałszywie wskazywać na  kontynuację tak mile widzianych a nieistniejących, antycznych "wpływów rzymskich", a  przykryć faktyczne oddziaływanie kulturowe w tym okresie Lombardów i Bizantyjczyków. Oto pochodząca z włoskiej Wikipedii mapa podziału politycznego i cywilizacyjnego Italii pod koniec VI wieku. W następnych wiekach zmieniała się ona na korzyść Cesarstwa Niemieckiego (na północy) i Wikingów (na południu), a ze stratą dla Lombardii i Bizancjum.

To z Lombardii, jak oceniają historycy, pochodzi najstarszy w Polsce, datowany na około AD 800, manuskrypt zwany Praedicationes. 107 pergaminowych stron z licznymi inicjałami plecionkowymi, motywami zoomorficznymi (ptaki, ryby, głowa potwora, gryf) oraz cała strona z symbolami czterech ewangelistów, miałoby być pisanych ręką irlandzkiego mnicha. Oprócz kazań postnych zawarte są w tym zabytku opisy kamieni szlachetnych jako amuletów i ich dobroczynnych właściwości, a także zaklęcia magiczne i egzorcyzmy dotyczące pogody. To z Bizancjum przyszła do wczesnośredniowiecznej Europy "moda" na ozdabianie biżuterią odzieży, koron, krzyży, relikwiarzy, okładek ksiąg itd. Już św. Epifaniusz z Salaminy w IV wieku pisał o ochronnych cechach tych kamieni. W chrześcijańskim Bizancjum uznawano, że kamienie te bronią właściciela przed demonami. XI-wieczny Michał Psellos pisał o leczących właściwościach kamieni szlachetnych.

W spisie inwentarza biblioteki kapitulnej w Krakowie, sporządzonej za czasów biskupa Maurusa w AD 1110 widnieją dwa tomy prawa lombardzkiego. Wyraz maurós w starogreckim oznaczał osobę o ciemnej karnacji skóry. Imię biskupa Maur  (łac. Maurus) sugeruje, że mógł on mieć arabski lub murzyński rodowód, a pochodzić bardziej z wielorasowego i chrześcijańskiego Bizancjum (w tym z Afryki), niż na przykład z muzułmańskiej Hiszpanii. Już pod koniec X wieku chrześcijaństwo wśród Arabów egipskich było tak powszechne, że biskup koptyjski Severus ibn al-Muqaffaʿ pisał dla nich księgi liturgiczne w języku arabskim. To z Egiptu lub Etiopii mógł pochodzić Maurus, wcześniej prawdopodobnie mnich benedyktyński, a później biskup krakowski. Lombardzkie księgi prawnicze w jego zbiorach, również wskazują na południowy i wschodni raczej niż zachodni kierunek tych kontaktów.

Niektórzy są jednak zdania, że Maurus pochodził z południowej Francji, a rękopis Praedictiones przywiózł do Polski w połowie XI wieku  przybyły prawdopodobnie z Burgundii lub Nadrenii, Aaron, arcybiskup Krakowa. Indywidualny grób i szczątki biskupa Maurusa zachowały się do dziś w krypcie św. Leonarda na Wawelu, więc nie ma przeszkód technicznych, aby zbadać jego DNA. Tylko czy naukę polską stać na podjęcie "ryzyka" badań genetycznych, jeżeli okazałoby się, że jeden z najstarszych polskich biskupów, a bardziej ogólnie - intelektualistów (wykonał spis książek w bibliotece katedralnej w Krakowie; pierwszy taki znany w Polsce) mógł być .... "Murzynem"?

Nie powinno to jednak przydawać "ujmy" historii chrześcijaństwa w Polsce, jeżeli zważymy że najbardziej adorowane chyba insygnium władzy dynastii Piastów, jakim jest kopia Włóczni świętego Maurycego uosabia kult pierwszego świętego Murzyna, rzymskiego legionisty z III wieku. Jego powyższe wyobrażenie z około AD 1250 pochodzi z katedry św. Maurycego w Magdeburgu, która otrzymała imię tego patrona za powstałym tam w AD 937 pod tym wezwaniem klasztorem benedyktyńskim. Tym bardziej, że rzymski senator Ekwicjusz (Equitius) w AD 512 nadał swojemu synowi afrykańskie imię Maura, który potem - jako św. Maur, wszedł do historii jako pierwszy, wielki uczeń samego św. Benedykta z Nursji, założyciela zakonu.

Interesującym jest fakt, że w późniejszych wiekach, po zerwaniu więzi między kościołem rzymskim i bizantyjskim i od czasów wypraw krzyżowych, Europa zachodnia skończyła z tolerancją rasową, zasadniczo kontynuowaną w wielonarodowym cesarstwie bizantyjskim. Już współczesny powstaniu magdeburskiej rzeźby św. Maurycego franciszkanin Bartłomiej Anglik w swoim dziele "De Proprietatibus rerum"doszedł do wniosku, że ludzie z Afryki są "tchórzliwego serca" (mimo, że św. Maurycy był patronem żołnierzy) i "podstępni". Chociaż zrodzony w Bizancjum ruch monastyczny przyjął w Europie w formule zakonu benedyktyńskiego czarne habity, to czerń, w tym czerń skóry człowieka, od wspomnianych czasów staje się stopniowo w Europie kolorem wyrażającym szatana, demona i człowieka potępionego.

Oto powyżej przykład wczesnych wpływów bizantyjskich w głębii państwa zachodniofrankońskiego już na przełomie VI/VII wieku. Ilustracja (foto: Antiquité Tardive, 2006) przedstawia pochodzącą z Limons (Puy-de-Dôme), datowaną na ten okres, ażurowaną zapinkę (fibulę) o średnicy 63 mm. Wykonana jest ze złota tak zwaną metodą wosku traconego i wysadzana granatami. Przedstawia w środku głowę Chrystusa, a na obrzeżach motywy przeplatane i zoomorficzne (gryfy, smoki, twarze?) oraz greckie litery Alfa i Omega, a także literę R, razem tworzące tak zwany Chrystogram, czyli monogram Chrystusa. Symbolika ta wywodzi się ze słów Apokalipsy św. Jana: "Jam jest alfą i omegą, początkiem i końcem, mówi Pan Bóg ..." (Ego sum α et ω, principium et finis, dicit Dominus Deus...") i dalej: "A na szacie i na biodrze swym ma wypisane imię: Król królów i Pan panów" (Et habet in vestimento et in fœmore suo scriptum: Rex regum, et Dominus dominantium).

Można powiedzieć, że sztuka romańska, karolińska, ottońska, mozańska, reńska, ruska, piastowska itd. to córki sztuki bizantyjskiej, podczas gdy ich ojcami - "roznośnikami" byli w znacznej mierze Ostrogoci, Longobardowie, Wenecjanie, Wizygoci, Normanowie (ci z Normandii), Waregowie oraz artyści i mnisi greccy, za pośrednictwem których przez całe stulecia dokonywał się transfer kulturowy z Bizancjum do Europy. Bizantyjsko-antyczny styl w architekturze został nazwany romańskim dopiero w XIX wieku - w dobie narodzin archeologii antycznej i mody w kulturze (malarstwo, literatura, rzeźba) na neoklasycyzm, a także rodzenia się w tym okresie narodowych szowinizmów.

Określenie "sztuka romańska" powstałe w analogii do języków romańskich, jest pojęciem umownym, w żadnym przypadku tożsamym ze "sztuką łacińską", tak jak nazwa "sztuka gotycka", chociaż pochodzi od Gotów, nie jest "sztuką gocką". Tak jak romanizm to nie latynizm. Tych oczywistości nie przyjmuje część historyków, dla których sztuka romańska jest po prostu sztuką "łacińską", koniec, kropka. Sam kościół katolicki umieścił św. Cyryla i św. Metodego wśród oficjalnych sześciu "Patronów Europy". Nadawanie dzisiaj stylowi romańskiemu cech wyłącznie "łacińskich", czy "europejskich", a tym bardziej przeciwstawianie go kulturze bizantyjskiej, jest daleko idącym uproszczeniem, antynaukowym pozbawianiem faktów ich różnorakich kontekstów, sprzyjającym dychotomii myślenia i jest wulgaryzacją historii kultury.

Trudno zaprzeczyć, że najważniejsza świątynia katolicka na świecie - bazylika św. Piotra w Watykanie, powstała z inicjatywy i można by rzec na "odchodne", przez cesarza Konstantyna I Wielkiego. W AD 319 rozpoczęto burzenie rzymskiej budowli, tak zwanego Circus Vaticanus (cyrku zbudowanego przez cesarza Kaligulę), na którego miejscu w latach 322-326 powstała chrześcijańska bazylika, całkowicie przebudowana dopiero w XVI wieku. W trakcie jej budowy cesarz Konstantyn I przedstawia w AD 324 projekt nowego miasta o nazwie Constantinopolis, które zbuduje w zaledwie sześć lat, aby przenieść do niego stolicę cesarstwa w AD 330. Od tego cesarza i od Konstantynopola rozpoczęła się, znaczona budową licznych kościołów pod wpływem architektury bizantyjskiej ekspansja chrześcijaństwa, tak w Europie zachodniej jak i wschodniej. Oto wnętrze starej bazyliki watykańskiej, tak jak je widział pod koniec XV wieku Jean Fouquet, z motywami architektonicznymi rzymskimi oraz dodanymi w kolejnych wiekach bizantyjskimi, a nawet gotyckimi (stroje postaci są już renesansowe).


W Anglii synonimem stylu romańskiego jest tamtejsza architektura normańska. Nieprzypadkowo - styl ten przynieśli na wyspy potomkowie Wikingów z Normandii. William Zdobywca zatrudnił przy budowie słynnej Twierdzy Londyńskiej (Tower of London) normańskiego architekta Gundulfa, przyszłego budowniczego katedry i biskupa Rochester. Kamień wapienny (tzw. kamień z Caen) do wykładania wnętrz twierdzy Gundulf sprowadzał w latach 1070-tych morzem z Normandii. Także inne "flagowe" pomniki architektury w Wielkiej Brytanii, jak katedra w Canterbury czy opactwo Westminster budowane były przez Normanów w tym samym okresie z częściowym użyciem kamienia z Caen. Daje to pojęcie, jak solidnych już wówczas statków morskich używali Normanowie dla transportu tak znacznych ilości budulca.

Termin "romański" powstał w architekturze dopiero w XIX wieku. Wcześniej używano innych określeń, na przykład "styl przedgotycki", "styl bizantyjski", "styl z okrągłymi łukami". To w dobie rodzących się w XIX wieku nacjonalizmów rozpoczęła się między włoskimi i francuskimi historykami dyskusja, a właściwie "przepychanka", czy romanizm narodził się we Francji, czy w Italii. Bizancjum - stała inspiracja i źródło dla rozwoju idei "romańskich" w sztuce, jako organizm polityczny w niebycie, nie miał wtedy w wielu kręgach historyków i nie ma wśród nich do dziś, "prawa do obrony".

Inny, jeden z cenniejszych w Polsce zabytków wczesnośredniowiecznej sztuki orientalnej, jakim jest srebrna, pozłacana czara włocławska (zdjęcie poniżej) z połowy X wieku jest zdaniem naszych ekspertów prawdopodobnie wyrobem "szwabskim", z uwagi na "uproszczenie reliefów" (P. Skubiszewski 1965). Prof. A. Buko w pracy " Bodzia: A Late Viking-Age Elite Cemetery in Central Poland" (Leiden 2014) nie wyklucza, że czara powstała w "Dolnej Lotaryngii (możliwe że w Sankt Gallen)".

Moim zdaniem P. Skubiszewski, autor dzieła "Czara włocławska", nieprawidłowo formułuje zagadnienie: "jaki udział w powstaniu czary odegrała tradycja, a jaki inwencja". Przeciwstawienie takie wydaje się z gruntu wadliwe, bowiem indywidualizująca tą czarę inwencja X-wiecznego artysty - jako inspiracja, wyrastała i nie mogła daleko odbiegać od znanych artyście z tradycji wrażeń artystycznych. Autor czary nie mógł więc zastosować środków wyrazu artystycznego niezrozumiałych jego współczesnym mecenasom i użytkownikom sztuki. Dopiero powstała w XX wieku sztuka współczesna oddzieliła artystę od rzemieślnika - dekoratora i poprzez nieograniczoną tradycją i konwencjami inwencję artystyczną dała mu prawo swobodnej interpretacji świata. Skłonność do interpretacji historii "oczami dzisiejszymi" jest jednym z większych wyzwań, zagrożeń, przed jakimi stoją w pełni świadomi badacze historii.

Uderzająca jest nie tylko płytkość argumentu o "uproszczonym reliefie" - jakby technika ta występowała wyłącznie w Szwabii, ale i precyzowanie konkretnego miasta, bez choćby cienia uzasadnienia. Pomijam już, że Dolna Lotaryngia to historyczne Niderlandy, Fryzja i Północna Nadrenia, a więc dość odległa od przywołanego przez profesora St. Gallen w Szwajcarii. Historycy z innych krajów, np. z Czech, zwracają uwagę na cechy zasadnicze, jakim jest ikonografia i starotestamentowy motyw narracyjny zabytku (uwidoczniony m.in. obóz Madianitów i wielbłąd), z których wywodzą że czara włocławska ma cechy liturgiczne bliskie kościołowi prawosławnemu, a więc jest zapewne pochodzenia bizantyjskiego. Zadziwiająca jest łatwość, z jaką niektórzy badacze potrafią "precyzować" środowisko i miejsce powstania pewnych zabytków.


W kontekście przytaczanych tutaj licznych przykładów obecności sztuki bizantyjskiej w Polsce wczesnopiastowskiej symptomatyczne jest, że w polskiej Wikipedii pod hasłem "Sztuka przedromańska w Polsce" ani razu nie pada słowo Bizancjum lub bizantyjski. A przecież przenikające w tamtym okresie z Bizancjum do Polski wpływy kulturowe pozostawiły dzisiaj bardzo widoczne ślady, jakimi są relikty architektury bizantyjskiej - znacznie powszechniej dostrzegalne, niż przywoływane tutaj, a zwykle niedostępne dla publiczności artefakty i wzmianki w zapisach kronikarskich.

W reliktach przedromańskiej kaplicy przyległej do palatium książęcego w Poznaniu, w warstwach datowanych na okres XI-XIII wiek, znaleziono ponad 230 szklanych kostek (tzw. tessera) będących pozostałością po mozaice ściennej. W większości pokryte one były złotą folią zabezpieczoną przezroczystą warstwą glazury. Badacze oceniają, że kostki mozaiki mogły pochodzić z warsztatów kijowskich, znanych z takiej z XI-XII wieku, zapożyczonej z Bizancjum technologii produkcji. W tynku kaplicy odkryto pozostałości fresku z zawartością bardzo drogiego naturalnego barwnika ultramaryny (lapis lazuli), sugerując że mógł on pochodzić z prowincji Badachszan w Afganistanie.

Tym nie mniej ogólnie, na podstawie przeprowadzonej przez badaczy "studiów porównawczych" wynikałoby, że kaplica powstała pod wpływem sztuki "karolińsko-ottońskiej". Ważnym tego dowodem miałoby być m.in. kilka fragmentów kościanej oprawy po szkatułce-relikwiarzu, sugerujących podobieństwo relikwiarza z Poznania do takiego z kościoła św. Andrzeja w Kolonii, a także do innych zabytków zachodnich. Pomimo że autorka (H. Kóčka-Krenz "Pre-Romanesque Palatial Chapel in Poznań", Quaestiones Medii Aevi Novae, 2010), przyznaje że z uwagi na niewielką ilość fragmentów "niemożliwym jest odtworzenie wyglądu" relikwiarza z Poznania, to swoje generalizujące wnioski zdecydowała się oprzeć na zaledwie 3-procentowym udziale kościanych płytek z Poznania w powierzchni relikwiarza z Kolonii - i to jeszcze zawartych w mało charakterystycznych fragmentach z ornamentyką kilku figur geometrycznych.


Widoczne (ilustracja powyżej) na tych kawałkach koła wykonane zostały zapewne cyrklem, tak jak podobne krążki często spotykane na przykład na wikińskich grzebieniach. Inny fragment wijącej się taśmy oplatającej kółka jest często spotykanym motywem w ornamentyce bizantyjskiej i wikińskiej. Trzecim z najbardziej widocznych elementów są ... kropki. Nie podejmuję się ocenić, czy to właśnie one miałyby przesądzać o karolińsko-ottońskiej proweniencji tego zabytku. Przeprowadzonych tzw. "studiów porównawczych" nie można więc nie ujmować w cudzysłów z uwagi na fakt, że nie były to w pierwszym etapie studia, które miałyby prowadzić do wytypowania takiego, a nie innego zabytku - punktu odniesienia, aby w drugim etapie dokonać porównania z nim resztek relikwiarza poznańskiego. Wykraczającą poza warsztat naukowy ekstrawagancją wydaje się już sam pomysł badania związku relikwiarza - zabytku ruchomego (w śladowych 3-procentowych resztkach), z architekturą budowli w której zabytek znaleziono.

Porównajmy zresztą sami ornamenty krążkowe z Poznania z tymi poniżej, utrwalonymi na kościanych elementach ozdobnych siodła jeździeckiego, pochodzących z wikińskiego cmentarzyska z Małego Kaup koło Wiskiauten (Sambia). Ilustracja pochodzi z artykułu W. Kułakowa "Ausgrabungen des frühmittelalterlichen Gräberfeldes Kleine Kaup im Zeitraum von 2008 bis 2013", Materiały do archeologii Warmii i Mazur, 2015.


Jednakże nie tylko te drobne elementy ozdobne, ale i bardziej istotne elementy sztuki figuratywnej, jak np. wizerunek lwa (motywu par excellence orientalnego) na karneolu, półszlachetnym kamieniu znalezionym w poznańskiej kaplicy, nie można uznać za reprezentatywne wyłącznie dla sztuki "łacińskiej" - dla zbudowania ogólnego uzasadnienia o karolińskim lub ottońskim rodowodzie tej kaplicy.

Tak jak do Polski przenikały z Moraw i Rusi trendy bizantyjskie, tak równolegle - wraz z powstaniem saksońskiej dynastii Ottonów (Ludolfingów) wyraźnie wzrosły idące z Konstantynopola wpływy kulturowe w Niemczech. Wszyscy trzej cesarze cesarze z tym imieniem utrzymywali ożywione kontakty z Bizancjum i zależną od niego Wenecją. Jak bardzo byli zafascynowani tamtejszą sztuką świadczyć może m.in. fakt, że wizerunki Ottonów, jakie zachowały się do dzisiaj przedstawiają tych cesarzy w bizantyjskich, długich do stóp tunikach. Otton III, syn bizantyjskiej cesarzowej Niemiec Teofano (Theophanu), jeszcze w AD 997 prosił swego mentora Gerberta, przyszłego papieża Sylwestra II, aby ten wykorzeniał "saksońskie prostactwo" (saxonicani rusticitatem). Cesarzowej Teofanu historycy przypisują wprowadzenie w Europie łacińskiej widelca do zastawy stołowej (przyjmującego się zresztą wolno przez kolejne wieki). Wcześniej znany w czasach antycznych jako jeden z przyborów kuchennych, ale nie stołowych.

A o trafności i ważności tak poszukiwanego przez niektórych historyków, nawet w pojedyńczych kropkach i kółkach, "łacińskiego ideału", czyli oryginalności sztuki karolińskiej, jej endemiczności i "czystości" od wpływów pozałacińskich niech poświadczy te oto bizantyjskie sklepienie kaplicy katedry w Akwizgranie (Aachen), owoc pracy całej kolonii artystów greckich, którą założył w stolicy Cesarstwa Karol Wielki. Klasyczne kopuły bizantyjskie różnią się od wcześniej znanych kopuł rzymskich, że podparte są nie na okrągłym murze, ale na czterech - na planie kwadratu (lub np. ośmiu - na planie oktagonalnym) filarach, spiętych łukami. Poświęcona w AD 804 akwizgrańska świątynia pod wezwaniem Matki Bożej ("Sanctæ Dei Genitricis"), jest najstarszą w Europie północnej katedrą i najstarszym kościołem w tej części Europy pod wezwaniem św. Marii, której szczególna wobec innych świętych weneracja przybyła do Europy z Bizancjum.

Zastanawiając się nad płonnymi próbami naszych historyków odseparowywania kultury łacińskiej od bizantyjskiej, a wręcz ich przeciwstawiania przychodzi na myśl biblijne ostrzeżenie, że pochylając się nad drobnym źdźbłem (kropki na resztkach szkatułki) w poszukiwaniu Graala można potknąć się o niedostrzeżoną belkę (katedra w Aachen). Przywołana interpretacja fragmentów szkatułki poznańskiej jest podręcznikowym przykładem wspomnianego wyżej skrzywienia konfirmacyjnego, wynikłego z dążenia badacza do potwierdzenia przyjętych przez niego oczekiwań, aniżeli do ich weryfikacji.

Częściową repliką oktagonalnej  kaplicy pałacowej w bazylice akwizgrańskiej (w terminologii bizantyńskiej bazylika ma znaczenie architektoniczne, a nie związane z określoną hierarchią wśród innych kościołów) był m.in. konsekrowany przez wspomnianego wyżej papieża Leona IX w AD 1049 kościół św. Piotra i Pawła w nadreńskim Ottmarsheim, a także zbudowany przez lotaryńskiego biskupa Notkera (o którym powiemy jeszcze niżej) w latach 980-987 kościół kolegiacki św. Jana Ewangelisty  w Liege (Liège), gdzie od 1008 roku spoczywają jego szczątki. Oktagonalną formę świątyni bizantyńskiej miał wspomniany wyżej relikwiarz św. Wojciecha z 1113 roku z Gniezna, "komisyjnie" zniszczony w AD 1494.


Najważniejsza polska ikona, jakim jest sprowadzony z Rusi Halickiej do Polski około 1378 roku, a pochodzący z połowy XIII wieku, wspomniany wyżej jasnogórski obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z Dzieciątkiem Jezus, według najnowszych badań naszych naukowców,  ma nie być w żadnym wypadku, jak utrzymywała większość starszych badaczy, pochodzenia rusko-bizantyjskiego, ale dziełem powstałym - jakże by inaczej, "w kręgu sztuki łacińskiej".

Wbrew jednak tym zarzekaniom, bo przecież nie naukowym wywodom, nikt nie kwestionuje faktu, że obecne malowidło nałożone zostało w 1434 roku na oryginalne dzieło ikonografii bizantyjskiej i ten fakt wskazuje na jego rzeczywiste kulturowe pochodzenie. Prawdopodobnie po XV wieku obraz ulegał dalszym korektom, bowiem jeszcze przytoczony wyżej Grzegorz z Sambora w swoim poemacie "Częstochowa" z 1568 roku opisał fragment ikony następująco: "Ręka prawa na piersi - w lewej Syna trzyma patrząc nań, wzajem ku niej on zwrócon oczyma, prawą rączką z swą Matką najdroższą się pieści, gdy w lewej zgiętej jabłko złociste się mieści". Tym "jabłkiem" było zapewne tak zwane złote jabłko królewskie, bizantyjski symbol władzy i panowania, widoczny na przykład w dłoniach archaniołów Gabriela i Michała na mozaice w bazylice Santa Maria Assunta di Torcello w Wenecji (o czym będziemy jeszcze mówić).

Na dzisiejszej ikonie i jej kopiach zamiast "złocistego jabłka" widoczna jest w ręku Jezusa książeczka do nabożeństwa. Niektórzy historycy tłumaczą nieistniejące na obecnym obrazie jabłko powstałe tylko w fantazji poety, chociaż ceniona przez większość historyków sztuki wierność i sugestywność opisu zdaje się przeczyć zarzucanemu zmyśleniu autora akurat w tym właśnie szczególe. Starsze bizantyjskie wyobrażenia Matki Boskiej z Dzieciątkiem, jak na przykład na mozaice w narteksie X-wiecznego kościoła Matki Boskiej (Theotokos) greckiego klasztoru św. Łukasza (Hosios Lukas), przedstawiają Jezusa ze zwojem, a nie z książką w ręku.

Przedstawiona obok hodigitria w formie reliefu na płytce z kości słoniowej została wykonana pod koniec X wieku w Konstantynopolu i była własnością biskupa Bertholda z lotaryńskiego Toul. Asystował on w koronacji w AD 1002 w Moguncji wspomnianego już króla Henryka II przez arcybiskupa Willigisa (ci dwaj ostatni przyszli święci Kościoła). Płytka zawiera ujęte w medalionach popiersia św. Marii z Dzieciątkiem (ten w nimbie krzyżowym), Jana Chrzciciela oraz apostołów Piotra, Pawła i Tomasza, z ich imionami w języku greckim. Na obwodzie widnieje napis po łacinie: "Na zamówienie biskupa Bertholda załączony jest i przyozdobiony z należnym honorem cały tekst Ewangelii" (Presulis imperiis Bertoldi clauditur omnis textus Evangelii reditimus honore decenti). Płytka o wymiarach 14 x 11 cm służyła więc jako ozdoba drewnianej zapewne okładki Biblii. Fotografia pochodzi ze strony Deutsche Digitale Bibliothek.

Ikona sama w sobie jest bizantyjsko-greckim stylem w sztuce, w VI-wiecznej tradycji ortodoksyjnej odwołującej się aż do św. Łukasza jako pierwszego wykonawcy ikon; tak jak wizerunek Matki Bożej w formie "Czarnej Madonny" wskazuje na jej pierwotne korzenie orientalne. Być może pierwowzorem dla nieznanego oryginalnego obrazu Madonny, przykrytego XV-wieczną "częstochowską" wersją była o podobnych rozmiarach i proporcjach ikona Matki Bożej (grec. Theotokos) z Włodzimierza Wołyńskiego, datowana na sam początek XII wieku.

Przylegająca do palatium (pałacu książęcego w formie bazyliki) na Ostrowie Lednickim rotunda zbudowana była na planie krzyża greckiego. Poniżej zestawione są fotografie ruiny kaplicy palatialnej z około roku 1895 (z lewej strony) oraz częściowa rekonstrukcja murów (niestety, niezbyt udana) w stanie aktualnym (z prawej strony). Wyeksponowany został krzyż bizantyjski, odwzorowany od małych krzyżyków z brązu znalezionych na wyspie. Przypomina on wiele innych takich krzyżyków na terenie Polski, a przede wszystkim Rusi z epoki Wikingów i z okresu postwikińskiego. Na aktualnym zdjęciu ruin kaplicy wklejone zostały krzyżyki bizantyjskie, zawieszane na piersiach jako tak zwane pektorały. Ten z lewej strony pochodzi z Sątoczna nad rzeką Guber na Mazurach, wykonany jest z pozłacanego mosiądzu, datowany na XI-XII wiek. Ten z prawej jest częścią większego skarbu, datowanego na XII wiek, z z zespołu grodzisk Horodna-Horodyszcze (Gorodna-Gorodiszcze) koło Sanoka w Bieszczadach. W okresie od VIII do XIII wieku grody te położone w zakolu Sanu, rozbudowane zostały do jednego z największych granicznych warowni Rusi Kijowskiej, broniącej tzw. Wrót Węgierskich.


Charakterystyczne dla architektury bizantyjskiej rotundy, zwłaszcza z "przyklejonymi" do nich absydami, pojawiły się w najstarszych budowlach sakralnych w Polsce - np. w kaplicach palatiów książęcych w Gieczu, Wiślicy i Przemyślu, w Łeknie koło Wągrowca - najdalej na północ położonej rotundzie w Polsce, w trzech rotundach wawelskich, w tym w cztero-absydowej Rotundzie św. Feliksa i Adaukta.

Przedstawiona poniżej ilustracja rekonstrukcji tej ostatniej rotundy (z widoczną od południowego wschodu piątą absydą w formie aneksu) oparta jest na wynikach badań archeologiczno - architektonicznych, przeprowadzonych w 1917 roku przez Adolfa Szyszko-Bohusza. Uważał on, że bryła wawelskiej rotundy wyraźnie nawiązuje do tradycji budownictwa bizantyńskiego, przeniesionej do Małopolski za pośrednictwem Państwa Wielkomorawskiego. Na terenach tego państwa, obejmujących dzisiejsze Czechy, Morawy, Słowację, Małopolskę, Śląsk, niewielką część Austrii i Łużyce znanych jest 85 rotund lub ich reliktów. Architektura krakowskiej cztero-absydowej rotundy, w formie tzw. tetrakonchos, miała ten sam charakter budowli, co bizantyjska świątynia we wspomnianym wyżej klasztorze w Sazawie. Największą w Polsce z tego okresu jest Rotunda św. Prokopa w Strzelnie. Zwróćmy uwagę, że patronem strzelneńskiego kościoła jest Prokop z Sazawy, czeski święty, założyciel benedyktyńskiego klasztoru w Sazawie, przestrzegającego liturgii starosłowiańskiej. Nie tylko wspólny patron łączył niektóre romańskie kościoły w Polsce i w Czechach, ale i także rotundowa architektura, znana na przykład z XI-wiecznego kościoła grodowego w Tyńcu nad Sazawą.

Pamiętajmy że sztuka romańska w Europie, w tym w Niemczech zwana tam karolińską i ottońską, wyrosły pod silnym wpływem m.in. sztuki bizantyjskiej, a ta ostatnia z kolei czerpała z kultur antycznych (rzymskiej, greckiej) i wschodnich (arabskich, żydowskich, perskich). Ufundowane we Francji w 909 roku największe w historii Europy benedyktyńskie opactwo Cluny stało się w okresie X-XII wieku ośrodkiem nie tylko pierwszego w Kościele ruchu reformatorskiego, ale i centrum rozwoju sztuki romańskiej w Europie. Inna sprawa, że później zakon ten podupadł moralnie, aż w XIII wieku stolica papieska musiała przejąć go w "zarząd komisaryczny", a główny ciężar krzewienia kultury materialnej (rolnictwo, rzemiosło) przejął zakon Cystersów.

Historycy francuscy zwracają uwagę na fakt, że w tym kraju wczesnośredniowieczne malarstwo bizantyjskie koncentruje się w Cluny i w całej Burgundii. Na początku XII wieku w burgundzkim Citeaux powstał zakon Cystersów (założony przez ortodoksyjnych mnichów benedyktyńskich z Cluny), który pozostawił po sobie iluminowane manuskrypty z bizantyjskim piętnem językowym i artystycznym. Także w Polsce sztuka romańska zawdzięcza swój rozwój mnichom benedyktyńskim i cysterskim. Niektórzy nasi historycy zauważają, że cysterskie klasztory w Jędrzejowie, Sulejowie, Koprzywnicy i Wąchocku, będące bezpośrednimi filiami burgundzkiego opactwa w Morimond posiadają dużo bogatszą ornamentykę architektoniczną, aniżeli klasztory cysterskie podległe opactwom niemieckim (Łekno, Ląd, Wągrowiec, Obra, Mogiła).

Interesującym jest, że bizantyjskie rotundy przez Czechy i Polskę dotarły także do Skandynawii. Oto powyżej na ilustracji z 1897 roku (J.P. Trap "Kongeriget Danmark" 1899 Tom 3) jedna z nich - kościół w Nylars. Na małej wyspie Bornholm powstały w XII wieku aż cztery romańskie kościoły w formie rotundy: Østerlars, Nylars, OlskerNyker. Dodajmy, że w tym samym okresie wybudowano w Danii więcej rotund romańsko-bizantyjskich, w tym w Bjernede na Zelandii oraz w ówczesnej duńskiej Skanii i Szlezwigu. Kościół w Bjernede ufundowała rodzina Hvide, zaufana króla duńskiego Waldemara II, którego matką była Zofia Rurykowiczówna - córka Ryksy (Rychezy), wspomnianej wcześniej córki Bolesława Krzywoustego. Za czasów tego króla duńskiego kontakty z Polską i Rusią usankcjonowane więc były tradycjami więzi krwi rodów królewskich tych trzech krajów.

Wiek wcześniej w Engegård, oddalonym niespełna dwa kilometry od kościoła w Nylars, złożono w ziemi skarb, w którym znalazły się m.in. denar Bolesława Chrobrego typu "Princes Polonie" oraz jego "denar ruski", dwa denary czeskiego króla Brzetysława I i denar Mieszka II. Znalezisko z Engegård z 1863 roku uznane zostało przez archeologów jako zdeponowany po 1038 roku (tzw. terminus post quem) wikiński skarb. Był to najpóźniej złożony skarb wikiński na tej wyspie i jednocześnie największy - zawierał 859 monet oraz srebrne siekańce o wadze 925 gram. Otwiera on pod numerem 1 duński katalog skarbów średniowiecznych, tzw. DMS (Danmarks middelalderlige skattefund). Fakt ten wskazywałby na kontakty państwa pierwszych Piastów z Bornholmem i to niekoniecznie natury handlowej, jak "odruchowo" klasyfikowane bywają przez naszych archeologów depozyty monet. Denary Chrobrego, znajdowane także na Gotlandii, mogły trafić do Skandynawii wraz z powracającymi z Polski po upadku państwa pierwszych Piastów w 1038 roku wikińską rycerską arystokracją. I być może z nią należy również wiązać przyczynę powstania czterech rotund bornholmskich.

Z kościoła w Valleberga (Skania) pochodzi wykonana pod byzantyjskimi wpływami chrzcielnica, na której umieszczono m.in. wizerunek Chrystusa w nimbie krzyżowym (zdjęcie z prawej). Kościół i chrzcielnica, wykonane w kamieniu wapiennym, datowane są na drugą połowę XII wieku. Jest to jedyny w Skanii kościół, który pierwotnie zbudowany był w formie rotundy. Należy on do diecezji Lund, której katedra - jak sądzą niektórzy historycy sztuki, dostarczyła pewnych inspiracji architektonicznych, a może w części i wykonawców, dla kolegiaty w Tumie.

Podobną techniką tak zwanej niskiej płaskorzeźby wykonane zostały nieliczne na ziemiach polskich miniaturowe kamienne ikony, wszystkie tutaj wymienione pochodzące z terenów Grodów Czerwieńskich. Najmłodsza, pochodząca z pierwszej połowy XIII wieku, przedstawiająca Chrystusa w geście błogosławieństwa, odkryta została na grodzisku w Czermnie i należy do zbiorów Muzeum Zamojskiego. W owym czasie, wymieniony po raz pierwszy w "Powieści dorocznej" Nestora pod rokiem 981, wareski gród w Czermnie był w pełnym rozkwicie. Starszą od tej ostatniej, bo z przełomu XII/XIII wieku, jest (zaginiona po 1945 roku) kamienna ikona z Gródka nad Bugiem, przedstawiająca Matkę Boską z Dzieciątkiem. Zapewne jeszcze starszą, datowaną na XII wiek i także w stylu rusko-bizantyjskim (mimo widniejącego nad głową krzyża "łacińskiego"), jest kamienna ikona popiersia Chrystusa z Bełżca, znajdująca się obecnie w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie (na zdjęciu z lewej).

Pamiętajmy, że rezerwowany przez niektórych historyków wyłącznie dla chrześcijaństwa zachodniego i katolicyzmu "krzyż łaciński", popularny był również we wczesnym średniowieczu w Bizancjum, jak widać na poniższej złotej monecie (solidus) z około AD 797-802, bitą przez cesarza Konstantyna VI, przedstawiającą jego matkę Irenę, dzierżącą w prawej dłoni tak zwany globus krucyfiksowy (łac. globus cruciger), a w lewej berło.


Zwróćmy uwagę, że niedokończone po 1038 roku budowy palatium książęcego w Gieczu i bazyliki katedralnej w Kałdusie wskazują, że razem ze zniszczonym Gnieznem i tracącym po tym roku na znaczeniu Ostrowiu Lednickim te cztery stołeczne grody były prawdopodobnie największymi skupiskami elit wikińskich w Polsce, z którymi definitywnie się rozstał po rozprawieniu się z wikińskim zapewne księciem Masławem, stawiający na związki z Cesarstwem Niemieckim Kazimierz Odnowiciel. Poznań jako siedziba biskupstwa misyjnego bezpośrednio podległego Rzymowi mógł nie być obsadzony drużyną wikińską. Związki te były królowi bliskie nie tylko ze względu na swoją matkę Rychezę Lotaryńską, ale również z uwagi na swoje wykształcenie (doszedł do stanowiska diakona) pobrane w jedym z dwóch klasztorów benedyktyńskich w Cluny (miał tam przybrać imię Charles) lub w Dijon. Czy cztery bornholmskie rotundy nie są aby śladem po czterech wikińskich załogach polskich grodów?

W odkrytych w pobliżu Grødby na Bornholmie grobach mężczyzn, kobiet i dzieci, datowanych według znalezionych tam monet na lata 1047-1076, natrafiono między innymi na słowiańsko-wikińskie kabłączki skroniowe. Sama nazwa Grødby, czyli Grød-by posiada intrygujący przedrostek grød-, prawdopodobnie pochodzący od starosłowiańskiego słowa gradъ, czyli dzisiejszego gród. Germańskim odpowiednikiem tego przedrostka jest *gard i *gart, jednakże nazwa "Grødby" jest bliższa słowiańskiemu źródłosłowowi.

Fotografia obok (źródło: nordenskirker.dk) przedstawia pochodzący z pobliskiego Grødby kamień runiczny z czerwonego piaskowca, o wysokości 255 cm (szczyt jest ukruszony), datowany na lata 1050-1150, jaki znajduje się w romańskim kościele Aakirke, bornholmskiej największej świątyni, czasami zwaną katedrą. Na kamieniu wyryte zostały następujące słowa: "Thorfast i Troels i Bove umieścili te słowa na cześć ... i brata. Bóg i Matka Boska pomagają ich duszom ..." Czyż ci, zamieszkujący ze Słowiankami w Grodby chrześcijańscy autorzy tej inskrypcji nie mogli być powracającymi z Polski około AD 1050 przechrzczonymi Wikingami?

Należy pamiętać, że dobre relacje Kazimierza Odnowiciela z Cesarstwem Niemieckim, dzięki którym przecież w AD 1040 powrócił w Polsce do władzy, nie zahamowały bliskich związków tego króla i jego syna Bolesława Szczodrego z Księstwem Kijowskim. W interesującej nas tutaj kwestii współistnienia w Polsce kościoła rzymskiego i ortodoksyjnego w XI wieku są fakty wskazujące na równoprawność obydwu wyznań, jak na przykład to że obydwaj królowie obrali sobie za żony księżniczki wyznania prawosławnego: ten pierwszy w AD 1041 Dobroniegę Marię, ten drugi w AD 1068 Wyszesławę Światosławówną. Świętosława Swatawa, córka Dobroniegi, zapewne również wychowana w obrządku wschodnim, jak wspomniałem wyżej, wyszła w AD 1062 za czeskiego księcia Wratysława II. Zauważmy, że wyniesione przez Odnowiciela w szkole benedyktyńskiej nauki i wartości nie stanęły naprzeciwko jego łacińsko-bizantyjskiemu małżeństwu, bowiem sam ten ruch monatystyczny głęboko czerpał z tradycji kościoła wschodniego.

Na praskim Wyszehradzie, pod fundamentami bazyliki św. Wawrzyńca, pozostały relikty po przedromańskiej rotundzie na planie kwadratu, z trzema absydami, datowane na AD 1070-1080. Niektórzy czescy archeologowie widzą w niej wpływy ottońskie, a także podobieństwo z reliktami pod kościołem św. Salwatora w Krakowie. Inni uznają tą budowlę za przykład architektury bizantyjskiej, spotykanej poza Bizancjum również na Bałkanach i rzadziej we Włoszech. Interesujące są zachowane płytki posadzki z tej rotundy, przedstawiające m.in. w reliefie bizantyjskie gryfy.

Najstarszą w Czechach rotundą, a przy tym najstarszą chrześcijańską świątynią w tym kraju był powstały w połowie IX wieku kościół św. Klemensa - papieża w Lewym Hradecu. Prawdopodobnie tam, oprócz Rzymu, trafiły relikwie patrona, które sprowadzili z Krymu Cyryl i Metody. Byłby to zapewne pierwszy znany kościół w Czechach, w którym  liturgia prowadzona była w języku starosłowiańskim.

Przywołałem tutaj zaledwie część przykładów wspólnego, bizantyjskiego rodowodu w architekturze przedromańskiej Czech i Polski, którego impulsy docierały do naszego kraju od czasów misji chrystianizacyjnej Cyryla i Metodego w IX wieku.  Zarówno wpływ bizantyjski jak i czeski na architekturę pierwszych polskich kościołów murowanych w zbiorowej pracy pod redakcją Henryka Samsonowicza "Ziemie polskie w X wieku i ich znaczenie w kształtowaniu się nowej mapy Europy" (Kraków 2000), został całkowicie zanegowany.

Zawyrokowano tam po prostu, że "w najwcześniejszej znanej architekturze piastowskiej nie ma śladów wpływów czeskich". W wawelskiej czteroabsydowej rotundzie dopatrzono się natomiast form "architektury ottońskiej", zawartych m. in. w przywołanej tam katedrze w Akwizgranie. Form takich nie znaleziono jednak w faktycznie istniejących reliktach tej rotundy, ale zostały one wykreowane w stworzonej w 1983 roku hipotezie o większej wysokości absyd tej budowli, sprowadzającą jej proporcje "do obiektów z kręgu architektury karolińsko-ottońskiej". Hipoteza ta podpiera się na odcisku drewnianego słupa w przyziemnej części przybudówki do bryły podstawowej, dającej asumpt do teorii, że musiała być ona fragmentem klatki schodowej. Z położenia tego odcisku wcale nie wynika, że tak być musiało.

Ale nawet gdyby miały tam być schody, to fakt taki nie wykluczałby, że mogły one na przykład prowadzić na emporę (galerię), tą typową dla architektury wschodniej (bizantyjska bazylika, żydowska synagoga) konstrukcję. Tym bardziej wyimaginowane jest przyjęte w tej hipotezie kolejne założenie, że hipotetyczne schody łączyły aż trzy kondygnacje. Czyż trzeba dodawać, że "skonstruowano" je czysto spekulatywnie (do czego nie upoważniają zachowane relikty), aby osiągnąć wymarzone "ottońskie proporcje" budowli? Nie odkryto więc dowodu archeologicznego, ale w dążeniu do udowodnienia przyjętej tezy wykreowano go, zgodnie z "klinicznymi" zasadami tworzenia błędu poznawczego.

Przyjrzyjmy się genezie zbudowanego na przełomie X/XI wieku w formie jednoabsydowej rotundy kościoła św. Benedykta w Krakowie. Poniższa ilustracja jest próbą odtworzenia jej oryginalnej bryły (źródło: "Kraków 1000 lat temu" ex Gloria.tv).



Zachowane ślady pierwotnej konstrukcji kościoła wskazują na bliskie związki architektoniczne z obiektami z wczesnośredniowiecznej aglomeracji osadniczej w morawskich Mikulczycach (hradiště Mikulčice). To stamtąd pochodzi jeden z najstarszych  kościołów naszych południowych sąsiadów jakim jest, przetrwały do dzisiaj w zasadniczo niezmienionej formie, datowany na IX/X wiek kościół św. Małgorzaty Antiocheńskiej w Kopczanach (Kopčany). Patronką jest wczesnochrześcijańska święta prawosławna (gr. Hagía Marína), pochodząca z bizantyjskiego miasta Antioch. Mimo, że papież Gelazjusz I w AD 496 zakwestionował istnienie jej jako męczenniczki, to jej kult utrwalił się później również w tradycji katolickiej. Kościół św. Benedykta w Krakowie wydaje się być przykładem związków kulturowych wczesnośredniowiecznych Moraw i Małopolski z prądami cywilizacyjnymi płynącymi ze Wschodu.

W dziele pod pieczą H. Samsonowicza nie mrugnięto nawet okiem na fakt, że samą kaplicę akwizgrańską zbudowano na wzorcach bizantyjskich. Wyrażone tam tyle stanowcze, co deklaratywne i nieudowodnione naukowo sądy zdaje się miały udowodnić tezę o samorodności i nowatorskości architektury wczesnopiastowskiej, zawartą w konkluzji że "nie było to ślepe naśladowanie cudzych dokonań, ale świadome kreowanie wątków i form ...". Nigdzie jednakże nie wskazano, aby przedromańskie budowle w Polsce nie były "cudzymi dokonaniami", ale dziełem (zrodzonych na kamieniu?) mistrzów lokalnych, polskich. Nasze kompleksy przed "obcymi" wyrażono tam również w osądzie przekazów pisanych o początkach państwa polskiego, bowiem "wszystkie dane i oceny w nich zawarte formułowane są przez bardziej lub mniej życzliwych (nam) cudzoziemców". Przyjęcie z góry tak subiektywnej postawy, implikującej tożsamość "życzliwości oceny" z jej prawdziwością i odwrotnie, zdradza brak niezbędnego w publikacji naukowej profesjonalizmu.

Kiedy polscy historycy nie stwierdzają "cudzych dokonań" w pierwszych murowanych świątyniach piastowskich, angielscy historycy mówiąc o XI-wiecznej architekturze przyniesionej z Normandii przez nowych władców Anglii, podkreślają wyższość tego "obcego rzemiosła" nad dotychczasowym lokalnym, angielskim. Rita Wood pisze: "... Canterbury przyciągnęło zza Kanału śmietankę rzemieślników". Pisząc o przetrwałej do dziś w całości kaplicy zamkowej z AD 1080 w Durham (zdjęcie obok, ex: Durham World Heritage),  zauważa "... obecność budowniczych kwalifikowanych, a więc imigrantów" oraz dalej "... prawie wszystkie motywy (dekoracyjne) mają swoje paralele w Normandii, chociaż ryty w kamieniu są bardziej powściągliwe i uporządkowane, aniżeli w tamtejszych przypadkach" ["The Norman chapel in Durham castle", Northern History, XLVII, 2010]. W przypadku Piastów nie mogło być więc inaczej: tak jak Wilhelm Zdobywca z Normandii do Anglii, sprowadzili oni do Polski (skąd? - oto jest pytanie) budowniczych i artystów, którzy wiedzieli jakie "wątki i formy" zastosować w budowanych przez siebie wschodniochrześcijańskich bazylikach i rotundach. Ten jak w Durham rodzaj kaplicy zamkowej występuje w Polsce pod bardziej elegancką nazwą - jako kaplica palatialna, czyli pałacowa, chociaż tak określana na podstawie tylko skromnych resztek fundamentów, jakie się zachowały.

Niechże jeszcze jeden detal architektoniczny zaświadczy o bliskich związkach kulturowych rodzącego się państwa polskiego ze światem rusko-bizantyjskim. Oto na ilustracji obok zestawiono fragmenty posadzki z Katedry Gnieźnieńskiej (u góry) - uhonorowanej na wydanym przez NBP banknocie 10-złotowym, z fragmentem posadzki we wspomnianej wyżej bazylice św. Zofii w Konstantynopolu, obecnie Hagia Sophia (zdjęcie u dołu). Pisząc o posadzce najstarszego przedromańskiego kościoła w Gnieźnie historyk sztuki Zygmunt Świechowski  uznał, że "Niezwykle bogate ornamentalne rozwiązanie gnieźnieńskie ma najblizsze analogie w kręgu sztuki bizantyjskiej VI-XI wieku" ("Sztuka romańska w Polsce", 1982). Być może nolens volens ujawnił on w ten sposób, skąd przyszła niezauważana jeszcze dwie dekady później w dziele firmowanym przez H. Samsonowicza oryginalność "cudzych dokonań" w budowie pierwszych w Polsce kościołów murowanych. O odrębności artystycznej w Polsce, "wynikającej z działalności własnych miejscowych warsztatów, a nie tylko z doboru i ukierunkowania twórczości przybywających z zewnątrz sił fachowych, co najwyżej wspomaganych przez miejscowych rzemieślników, można mówić dopiero od początku XIII wieku", twierdzi Z. Świechowski.

Charakterystyczny dla kultury grecko-bizantyjskiej motyw wijącej się i przeplatającej taśmy, tworzącej owalne i koliste formy znany jest z wielu zabytków architektury bizantyjskiej. Posadzki z wzornictwem o wschodnich cechach kulturowych odkryte zostały również w kościołach w Trzemesznie, na Wawelu, w Inowrocławiu i Kruszwicy.

Przedstawiony poniżej, pochodzący z lat 1160-tych tympanon fundacyjny benedyktyńskiego kościoła św. Michała z Ołbina we Wrocławiu przedstawia  Chrystusa w klasycznym wzorcu bizantyjskim (Pantokrator, mandorla, nimb krzyżowy, grecki symbol "Alfa i Omega"). W obrys mandorli wpisano sentencję: "Jestem bramą życia. Przejdź przeze mnie, kimkolwiek jesteś" ("Ianua sum vite per me quicumque venite"). Po jego prawej stronie widnieje postać księcia Bolesława Kędzierzawego, a po lewej wizerunki księcia Jaksy z Kopanicy i jego żony Agaty. Fundatorem opactwa benedyktyńskiego na Ołbinie był Piotr Włostowic, zwany Duńczykiem - palatyn Bolesława Krzywoustego, prawdopodobnie wnuk Magnusa I - komesa wrocławskiego za czasów Władysława Hermana. Magnusowi przypisuje się, że był synem angielskiego króla Harolda II Godwinsona, który zginął w Bitwie pod Hastings w AD 1066. O Haroldzie wspomnimy niżej.

Bizantyjska tradycja przedstawiająca w osobie cesarza unię władzy boskiej i ziemskiej została przejęta przez władców łacińskiej Europy. Poniższy fragment iluminacji z Ewangelii Liuthara, datowanej na AD 1000 przedstawia siedzącego w blasku mandorli cesarza Ottona III (przybyłego w tamtym roku do Gniezna), któremu boska ręka (tzw. Manus Dei - dłoń Boga) wkłada na głowę koronę. Bardziej wyrafinowane przedstawienie koronacji cesarza Henryka II przez Chrystusa przedstawia wspomniana wyżej, zaledwie kilka lat młodsza iluminacja z Sakramentarza Henryka II.

Swoją drogą warto przypomnieć tym, którzy banalizują kulturę bizantyjską zrównując ją ze starszą tradycją rzymską, że to cesarze bizantyjscy wyraźnie zerwali z instytucjami demokratycznymi starożytnego Rzymu, a legitymizację swojej władzy oparli na sentencji św. Pawła, iż "omnis potestas a Deo" - nie ma innej władzy, niż pochodzącej od Boga. Tradycję bizantyjską polubili władcy rodzącej się średniowiecznej Europy.

Imię polskiego władcy w staroruskim języku Болеслав widnieje na awersie i rewersie denarów bitych za Bolesława Chrobrego. Poniższa ilustracja przedstawia monetę Nr 41 w katalogu Mariana Gumowskiego "Corpus nummorum Poloniae", należąca do wyżej wspomnianego skarbu z Bornholmu (w zbiorach Nationalmuseet w Kopenhadze). Rewers przedstawia krzyże stylizowane na krzyż patriarchalny spotykany na monetach bizantyjskich, m.in. na wyżej pokazanym miliaresionie Bazylego II. Ten typ denara Chrobrego nie jest znany na Rusi, odkrywany natomiast w Polsce i na Bornholmie. Historycy nie wyjaśniają dlaczego, co nie przeszkadza im spekulować że Bolesław Chrobry bił te monety dla obiegu w Grodach Czerwieńskich lub nawet w Kijowie. Tam ich dotąd jednak nie znaleziono. Obecność "ruskich" monet Chrobrego w Polsce tłumaczy się dość bałamutnie, że król musiał widocznie zatrudniać "ruskiego" mincerza. Nie stawia się przy tym prostego pytania, czy król Polski otoczony na swoim dworze łacińskimi skrybami, biłby monety cyrylicą tylko dlatego, że z Rusi miałby pochodzić nadworny mincerz, który nie potrafił wybić łacińskich liter BOLESLAV(S)? Czy król zatrudniałby szewca, który umiałby szyć tylko lewe buty?

Wydaje się że monety te wprowadzone zostały do obiegu w Polsce w czasach, kiedy jedynym znanym słowiańskim pismem była cyrylica stosowana wówczas w polskich kościołach obrządku starocerkiewnego. M. Gumowski ("Handbuch der polnischen Numismatik", 1960) był zdania, że bito je około AD 1000 w Krakowie. Za Chrobrego - na co wskazują te denary, oficjalnym językiem, obok łaciny, był prawdopodobnie język staro-cerkiewno-słowiański. Samo znaczenie w tym języku imienia króla Bolesława, jak na to słusznie wskazał współczesny Chrobremu saksoński kronikarz Thietmar, to "większa sława", czyli "boleje" (więcej, bardziej) i "sławny", pisane w cyrylicy "более славный". Mimo wschodniosłowiańskiej proweniencji imię to rozpowszechniło się wśród Słowian zachodnich, zwłaszcza Polaków i Czechów. Wydaje się, że postwarescy władcy w Polsce i Czechach poczęli obierać to nowowymyślone imię z chęci podkreślenia, że po ich przeniesieniu się ze swoimi poddanymi znad Dniepru na ziemie polskie i czeskie, tutaj zdobyli "jeszcze większą (niż na Rusi) sławę". Tezę o wareskim pochodzeniu pierwszych polskich i czeskich władców rozwinę w dalszej części artykułu.

Nie tylko zresztą imię Bolesława Chrobrego ma staroruskie pochodzenie, ale także i jego przydomek Chrobry, a w językach wschodnich i południowych Słowian "Chrabri", oznaczające w naszym języku "waleczny". Rówieśnikiem naszego króla był ruski książę Mścisław I Chrobry, opiewany tak jak i inny ruski kniaź Roman Światosławicz, jako "xрабрый", czyli waleczny, w XII-wiecznym poemacie "Słowo o wyprawie Igora". Tym bardziej wydaje się prawdopodobne, że imię Mieszka I, ojca Bolesława, było również ruskie i brzmiało jako "Miszka", nadawane osobom o silnej, niedźwiedziej posturze.

Oto fragment najstarszego zabytku piśmiennictwa słowiańskiego w Polsce, jakim jest tak zwany Kodeks Supraski (Mineja čet'ia na mart, czyli Mineja trzecia na marzec). Jest to pochodząca z początku XI wieku, z klasztoru w Wielkim Przesławiu (Veliki Preslav) w Bułgarii, tłumaczona z języka greckiego, napisana cyrylicą na pergaminie przez mnicha o imieniu Retko księga cerkiewna z żywotami świętych i modlitwami, z której zachowało się łącznie 285 stron, w tym 151 w Bibliotece Narodowej w Warszawie, pozostałe są w Lublanie i w Petersburgu.


Fakty związane z imieniem Bolesława i z jego "ruskimi" monetami świadczyłby nie tylko o większej niż dzisiaj bliskości językowej Rusinów i Polaków, ale i o dużym znaczeniu kościoła ortodoksyjnego w Polsce na początku XI wieku. Na innym denarze "ruskim" z obustronnym napisem w cyrylicy "Bolesław" (moneta Nr 37 w katalogu M. Gumowskiego) na awersie przedstawiona jest figura biskupa z łacińską mitrą na głowie - nakryciem w tej formie niestosowanym w Kościele wschodnim. Na rewersie jest ten sam motyw krzyży bizantyjskich, jak na poniższej ilustracji, spotykany także na monetach anglo-normandzkich. Chrobry zawarł w tej monecie nie tylko bizantyjską, a później i ottońską ideę boskiego pochodzenia władzy, ale i "ekumenicznie" połączył rzymski ryt (awers) z ortodoksyjnym (rewers).

Monety o numerach 38, 39 i 40 ze wspomnianego katalogu przedstawiają na awersie króla Bolesława w kołpaku, w tym charakterystycznym wschodnim nakryciu głowy, które przez wieki stało się symbolem polskiego stroju szlacheckiego. Tak zwana Czapka Monomacha, z otokiem sobolowym, wysadzana drogimi kamieniami, jest najcenniejszym, przetrwałym od początków XIV wieku insygnium królewskim w Rosji. Jej wczesnośredniowieczna "wersja piastowska" przedstawiona jest w rekonstrukcji uwidocznionej na ostatnim zdjęciu niniejszego artykułu. W podobnym stylu została wykonana w Bizancjum wspomniana wyżej korona św. Stefana (bez krzyża na czubku), zwana po grecku Kamelaukion, z tym że zamiast pasa sobolowego otok tworzą kamienie szlachetne, postaci Chrystusa, archaniołów Gabriela i Michała, św. Jerzego i św. Demetriosa, cesarzy bizantyjskich Konstantyna VII i Michała VII oraz Gejzy I, króla Węgier.

W Kronice Nestora jest wzmianka, że wracając w 1018 roku ze zwycięskiej wyprawy kijowskiej Bolesław Chrobry wraz z łupami zabrał do Polski Anastazego, sprzyjającego mu patriarchę kościoła ruskiego. Został on prawdopodobnie mianowany arcybiskupem i głową kościoła słowiańskiego (ortodoksyjnego) w Polsce. Od czasów cesarza Ottona I (AD 962) do czasów papieża Grzegorza VII (formalnie w jego dokumencie Dictus Papae z AD 1075, a realnie na konkordacie w Wormacji w AD 1122), który wygrał z Cesarstwem Niemieckim tzw. spór o inwestyturę, z rąk cesarskiej władzy świeckiej powoływani byli papieże i biskupi. Nawiasem mówiąc, to nie legendarne ukorzenie się cesarza Henryka IV przed papieżem Grzegorzem VII w Canossie w AD 1075 miało w tym sporze decydujące znaczenie (był to tylko wybieg cesarza), ale przepędzenie Henryka IV z Rzymu i uwolnienie Grzegorza VII przez wspomnianego wyżej, dobroczyńcę klasztoru w Monte Cassino, Normana Roberta Guiscarda w AD 1084, zresztą wcześniej ekskomunikowanego przez tego samego papieża.

Wiek XI to okres zagorzałej rywalizacji politycznej pomiędzy papieżami i największymi władcami ówczesnej Europy: Henrykiem IV z Niemiec, Aleksym I Komnenosem z Bizancjum, Filipem I z Francji, Haroldem II Godwinsonem z Anglii, Wilhelmem Zdobywcą z Normandii i Robertem Guiscardem z Sycylii - wszyscy oni byli (niektórzy wielokrotnie) ekskomunikowani.

W 1018 roku Chrobry wykorzystał swoją względnie niezależną pozycję od cesarza Henryka II, z którym zawarł korzystny układ pokojowy w Budziszynie i zapewnie samodzielnie mianował Anastazego jako drugiego urzędującego w Polsce arcybiskupa. Być może z tego powodu arcybiskup Radzim Gaudenty, głowa kościoła łacińskiego w Polsce, miał według Galla Anonima obłożyć nasz kraj klątwą. Wydaje się, że była to raczej klątwa nałożona na Bolesława Chrobrego za jego własny krok, bowiem gdyby decyzja króla polskiego została podjęta za zgodą cesarza biskup gnieźnieński raczej nie śmiałby jej tak ostro kontestować. Kronikarzowi zaś nie wypadało mącić gloryfikowanego obrazu dynastii piastowskiej, jaki w swojej kronice namalował i stąd wspomniał o zaszłyszanej klątwie na państwo, a nie na jego króla.


Powracamy do łodzi z Drzwi Gnieźnieńskich. Jest to jak najbardziej łódź wikińska, z charakterystyczną dla niej zadartą przednią stewą, zakończona głową smoka. W tradycji nordyckiej umieszczony na dziobie okrętu smok miał chronić żeglarzy przed złymi monstrami i duchami morskimi, aby pozwolić im bezpiecznie dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Ten skandynawski, pogański zwyczaj, jak widać na Drzwiach, znany był jeszcze i akceptowany nawet w zabytkach chrześcijańskich w końcu XII wieku.

Postać smoka, typowa dla mitologii skandynawskiej, w wierzeniach wschodnio-słowiańskch zastąpiona jest postacią tak zwanego żmija. Zwróćmy uwagę, że w polskiej legendzie przytoczonej przez Wincentego Kadłubka o Kraku - założycielu Krakowa, ten król wawelski zabija smoka, podobnie jak w germańskiej legendzie o smoku łysieckim (góra Łysiec, niem. Kahlenberg w Sudetach), zabitym w końcu przez miejscowych chłopów. W konkluzji legendy Kadłubek pisze: "Od niej (Wandy) ma pochodzić nazwa rzeki Wandalus, ponieważ ona stanowiła ośrodek jej królestwa; stąd wszyscy, którzy podlegali jej władzy, nazwani zostali Wandalami", czyli, jak dziś wiemy - plemieniem germańskim, a nie słowiańskim jak osądził Kadłubek.

Oto głowa smoka-żmija wykonana w drewnie (długość 12 cm) jako uchwyt czerpaka, pochodząca z pierwszej połowy XI wieku, odkryta w Nowogrodzie (źródło: Kolchin B.A., Yanin V.L., Yamshchikov S.V. “Drevniy Novgorod prikpadnoye isskustvo i arkheologia", Moskwa 1985).


Nordycko-słowiański smok-żmij odgrywał w mitologii obu kultur także rolę pozytywną, opiekuńczą. Być może z czasów, kiedy pierwsze państwo Piastów chronione było przez Wikingów, na jego obrzeżach powstały warownie chroniące przed zewnętrznym wrogiem, dla jego odstraszenia z nazwami pochodzącymi od żmija, takie jak: Żmigród nad Baryczą, Węża i Wężowice koło Opola, dwa Żmijewa, Węże i Wężewo na północnym Mazowszu, gród Żmigród na którym powstał Opatów, wzgórze Żmigród w Sandomierzu, Żmijowiska koło Puław i Przemyśla.

Wspomniany wyżej norweski Wiking Olaf Tryggvasson, mimo że przed objęciem korony Norwegii został formalnie ochrzczony i jemu przypisuje się zbudowanie w 995 roku pierwszego kościoła w Norwegii, sam "ochrzcił" swój flagowy okręt, na którym zginął w Bitwie pod Svold, w  zgodnie z nordycką mitologią jako "Długi Wąż" ("Ormr inn langi"). Ta skandynawska, pogańska jeszcze tradycja chrzczenia statków przed ich zwodowaniem, została przyjęta w średniowieczu przez świat chrześcijański.

Legendarny krakowski król Krak przypomina imię legendarnego króla duńskiego z VI wieku o imieniu Hrólf Kraki, opisanego w Hróls saga kraka. Jest on również pod imieniem Rolf Krake bohaterem w Skjöldunga saga (i w późniejszych sagach islandzkich), pod imieniem Hrðulf (Hrothulf) w legendzie Beowulf oraz pod imieniem Roluo Krake we wspomnianej wyżej kronice Gesta Danorum Saxo Grammaticusa. Imię Krake, Kraki, Krage oznaczało człowieka o posturze wysokiej i rozłożystej, a także pień wysokiego drzewa, którego przeciwległe gałęzie pozwalają wspiać się na jego szczyt. O Hrólfie Kraki islandzki poeta i historyk Snorri Sturluson napisał: "Pośród królów z przeszłości jego usposobienie było najbardziej łagodne, a jego duch najbardziej nieustraszony i nikt nie był bardziej kochany niż on". Saxo Grammaticus odnotował, że "Wszystkie wieki po nim następujące szanowały jego imię i blask jego czynów". Należy pamiętać, że od epoki wędrówki ludów Skandynawowie używali pojęcia "król" nie w znaczeniu jedynego monarchy, ale jako co najwyżej księcia, a częściej lokalnego wodza (jarla), konkurującego z innymi.

Trudno powiedzieć, czy i na ile nasz swojski Krak z Krakowa, czy też duński Krake były postaciami realnymi, historycznymi. Wskazują jednak one na głęboki ślad kulturowy, jaki pozostał w społecznej świadomości aktualnej średniowiecznym kronikarzom skandynawskim czy też polskiemi "Mistrzowi Wincentemu". Duński historyk Lars Hemmingsen sądzi, że sięgające okresu wędrówek ludów korzenie duńskich "królów", w tym Rolfa Krake, mogą być dalekim echem po władcach plemion nordyckich, które opuściły Skandynawię i w V-VI wieku znajdowały się na południe od Karpat, w rejonie środkowego Dunaju. Legenda o Rolfie Krake mogła zrodzić się z historii związanej z Rodulfem, królem Herulów, który zginął około AD 508 w bitwie z Longobardami. Kadłubkowy Krak zjawił się pod Krakowem po przybyciu z Pannonii i Karyntii - czyli stamtąd gdzie kiedyś przebywali Herulowie - i został wybrany przez miejscowych Słowian ich królem. W bohaterze legendy, jak i w jej rekwizycie, czyli smoku wawelskim, widać możliwy związek kulturowy z mitologią nordycką. Czy istnieje inna, poza Kadłubkową opowieścią o walkach Polaków z Rzymianami, wiarygodna geneza etnograficzna tego ludowego podania?

Motywy przeplatających się wstęg, kończących się zwykle głową zwierzęcia, a także splecionych w formie linearnej i wzajemnie chwytających się zwierząt są charakterystyczne dla sztuki wikińskiej. Wątki przeplatających się taśm pojawiły się w sztuce skandynawskiej jeszcze przed okresem Wikingów i przybyły one ze Wschodu. Oto szczegół z obramowania Drzwi Gnieźnieńskich (prawe drzwi, w dolnym prawym rogu), na którym widoczny jest wizerunek lwa, atakowanego przez oplatającego go węża i przez skrzydlatego smoka (foto: M. Kopydłowski).


Interesujące jest, że pobliscy Czesi mają swoją legendę o ich dawnym królu Kroku, założycielu czeskiego Krakowa. W niektórych wersjach polskiej legendy Wanda ma siostrę Libuszę, która w czeskiej jest córką Kroka i matka Borzywoja I (852-889), pierwszego historycznego władcy Czech. W czeskiej legendzie, tak jak i w polskiej opisanej przez Galla Anonima, dynastii książęcej nadano prosty, chłopski rodowód (u nich Przemysł Oracz, u nas Piast Oracz lub Kołodziej). Mogła to być jedna i ta sama legenda która powstała za czasów kiedy Wiślanie i Czesi byli sobie bliżsi językowo i kulturowo i podlegali tym samym władcom morawsko-czeskim. Nie wiadomo jednak czy pierwowzór legendy powstał w Polsce czy na Czechach, bowiem jej pełniejsza wersja pojawiła się w Chronica Boemorum Kosmasa z Pragi około AD 1119-1125, czyli dekadę później, niż powstała kronika Galla Anonima z Piastem Oraczem, ale ta ostatnia bez  wzmianki o Kraku i Wandzie.

Zastanawiające jest, że powstałe lub conajmniej utrwalone na piśmie obie legendy (lub ich wersje) wskazały na słowiański rodowód Borzywoja I i Mieszka I w tym samym czasie - na początku XII wieku, mimo że dzieje ich dzielił niemal cały wiek. Podobna narracja utrwalona w tym samym okresie wskazuje na "dopisanie" tych legend do życiorysów obydwu władców o nieznanym z innych źródeł pochodzeniu. Ani kronika Galla, ani Kosmasa nie mówią o chrystianizacji Słowian prowadzonej w nieodległych im czasach przez bizantyjską misję Cyryla i Metodego (chociaż Kosmas wymienia imię Metodego przy okazji chrztu księcia Borzywoja I w AD 852). Czyni to dopiero czeska Kronika Pulkawy z końca XIV wieku. Jeszcze w tamtym stuleciu biskup ołomuniecki Jan Oczko na synodzie diecezjalnym wydał 22 statuty, wśród których osiemnasty wymieniał wszystkie święta w roku jakie należy obchodzić pod groźbą ekskomuniki, "w tym zwłaszcza święto Cyryla i Metodego".

Z listu papieża Jana XIII, jaki przytacza Kosmas w swojej kronice, wynika że papież warunkował zgodę na otwarcie biskupstwa w Pradze w ten sposób: "Ale jednak nie według obrządku czy sekty ludu Bułgarii czy Rusi albo słowiańskim językiem (... verum tamen non secundum ritus aut sectam Bulgariae gentis vel Ruziae aut Slavonicae linguae), lecz bardziej idąc za postanowieniami i dekretami apostolskimi wybierzesz do tego dzieła jednego znakomitszego duchownego ku zadowoleniu całego Kościoła, przede wszystkim uczonego w piśmie łacińskim, który by potrafił radłem słowa rozruszać ugory serc pogańskich i siać pszenicę dobrej pracy i snopy płodów waszej wiary oddawać Chrystusowi". Wielu historyków uważa, że cytat ten nie jest autentyczny, że kronikarz go sfałszował. Nawet gdyby tak było, a co wcale nie jest oczywiste, to wynika z tego fakt istnienia w Czechach w owym czasie (przed założeniem diecezji praskiej w AD 973) obok liturgii łacińskiej, "rytu bułgarskiego czy ruskiego w słowiańskim języku" - jak go określił papież czy tylko kronikarz. Najstarszy znany zabytek pisany w języku słowiańskim z Rusi pochodzi z połowy X wieku, a pierwsi chrześcijanie przybyli na Ruś z Bizancjum już wiek wcześniej. W ten sposób stawałoby się zrozumiałym, że ówczesny papież mógł nie czynić różnicy co do pochodzenia rytu innego, niż akceptowany łaciński.

W podróży benedyktyńskiego misjonarza Wojciecha do Prusów, w ktorej towarzyszyło mu trzydziestu zbrojnych Wikingów, prawdopodobnie wykorzystano dwa statki typu karve (karv), z kilkunastu typów statków wikińskich: szerokokadłubowy, odpowiedni zarówno do żeglugi przybrzeżnej na morzu, jak i do nawigacji rzecznej. Miał płytkie zanurzenie i nadawał się do tak zwanej przewłoki, czyli do jego transportu  po lądzie, pomiędzy dwoma akwenami (jak pokazano na jednej z ilustracji powyżej). Mógł służyć celom wojennym (okręt), jak i handlowym (statek), do transportu żywca, dobytku itp. Oto on (źródło: Wikimedia).


Był on charakterystycznym okrętem wykorzystywanym przez Waregów w żegludze po Dnieprze, od Kijowa aż po Konstantynopol i długo popularnym w strefie skandynawskiej "handy size" okrętem w średniowieczu. Jeszcze w 1340 roku biskup Bergen Håkon Erlingsson, uznawany za jednego z najbardziej poważanych norweskich armatorów, zamówił dla swoich osobistych potrzeb taki właśnie typ statku.

Klasycznym, "długim okrętem" (landskip), był tak zwany wspomniany wyżej drakkar, którego stylizowane, uproszczone liczne wizerunki wyhaftowane zostały na słynnym 70-metrowym Gobelinie z Bayeux z końca XI wieku, (tłumaczonym niezręcznie na język polski jako "tkanina z Bayeux", podczas gdy artystycznie jest to forma tzw. tapiserii) przedstawiającym Bitwę pod Hastings z 1066 roku, w wyniku której książę normandzki Wilhelm I Zdobywca stał się także królem Anglii. Dzieło to należy do najwyższych osiągnięć sztuki wikińskiej w stylu romańskim. Oto jego fragment z okrętem, który można porównać z "łodzią polską" oraz z "tarczami słowiańskimi" z Drzwi Gnieźnieńskich.


Jest jeszcze jeden pomnik normandzki, dorównujący wartością kulturową Gobelinowi z Bayeux, sporządzony dwukrotnie w latach 1066 i 1086, powszechny rejestr własności ziemskiej w Anglii, tak zwany "Domesday Book".  Angielski pisarz historyczny George Bidwell pisze: "Ten rejestr, bez precedensu pod względem zasięgu i dokładności, ma olbrzymie znaczenie dla historyków, ekonomistów, prawników, etnologów, socjologów. Sporządzenie go świadczy o wysokim poziomie organizacji i o sprawnie działającym aparacie administracyjnym ... Domesday Book stanowi niewyczerpane źródło informacji dla wczesnej epoki normańskiej w Anglii i jeden z najcenniejszych oryginalnych dokumentów w posiadaniu jakiegokolwiek narodu" ("Wilhelm I z Normandii", 1980).

Nie ma tutaj miejsca, aby rozwijać temat "pomników normańskich" w historii i w kulturze materialnej i niematerialnej Wielkiej Brytanii. Wspomnijmy tylko, że pomniki te tkwią po dzień dzisiejszy w samym systemie politycznym tego kraju, gdzie Izba Lordów i doradzająca królowej Tajna Rada (tzw. Privy Council) wywodzą się z XI-wiecznej normańskiej Rady Królewskiej ("Curia Regis"). Rada ta w Normandii zwana była curia ducis - termin przejęty z tradycji ostrogocko-lombardzkiej. W Republice Weneckiej organ ten, złożony z przedstawicieli patrycjatu miejskiego, wspierał księcia (dożę) nie tylko w wykonywaniu działań sądowniczych, ale i w sprawach administracyjno-politycznych.

Wykonana na przełomie VIII/IX wieku tak zwana Żelazna Korona Lombardii (łac. Corona Ferrea Langobardiae) jest zarówno relikwią, jak i najstarszym królewskim insygnium w chrześcijańskiej tradycji koronacji królów. Służyła ona w ceremoniale intronizacji cesarzy na królów Włoch. Byli nią koronowani między innymi Fryderyk I Barbarossa (przeciw któremu wcześniej sformowano tzw. Ligę Lombardzką, wspieraną zarówno przez Normandię jak i Bizancjum), Karol V Habsburg i Napoleon Bonaparte.

Curia ducis, instytucja typowa dla lombardzko-normańskiego systemu władzy, znana była także w Polsce wczesnośredniowiecznej, chociaż w polskiej tradycji nigdy nie została umocowana, tak jak w Europie zachodniej, jako organ wzmacniający władzę państwową. Polska rada książęca lub królewska albo niewiele znaczyła, albo czasami wymykała się spod kontroli księcia, jak w przypadku palatyna Sieciecha, przewodzącego dworowi Władysława Hermana. Dopiero po wypędzeniu Sieciecha książę ten "... żadnego na dworze swoim nie ustanowił palatyna lub jego zastępcy ... I to tak sam rządził krajem bez komesa pałacowego" [Gall Anonim: "... nullum tarnen in curia sua palatinum vel palatini vicarium prefecit ... Et sic per se patriam sine palatino comite rexit"]. Przyjęty termin "komes pałacowy" brzmi w naszym języku bardziej jak sługa pałacowy, aniżeli pełnowartościowy doradca i egzekutor prawa w państwie. W tradycji zachodnioeuropejskiej lepiej określa to stanowisko tytuł "palatyna książęcego" - przedstawiciela panującego (króla, księcia) w sprawach sądowych i w nadzorze i kontroli władców lokalnych. Ale zawsze z upoważnienia i w imieniu panującego, a nie własnym, jak to zdaje się czynił Sieciech.

Oto poniżej jeszcze jedna ilustracja tarcz uznanych za słowiańskie - tym razem z XI-wiecznego, wykonanego na welinie manuskryptu "Żywot św. Albina", obrazująca scenę ataku Wikingów na Guérande przy ujściu Loary w 919 roku. Wojownicy noszą kolczugi, szyszaki i tarcze podłużne.


Scena na drzwiach Katedry Gnieźnieńskiej z przyjazdu biskupa Wojciecha do Prus w 997 roku wskazuje, że podróż odbył w asyście wikińskiej drużyny Bolesława Chrobrego. Pozwolę sobie tutaj na następującą hipotezę. Trasa z Gniezna wiodła prawdopodobnie drogą lądową do Kruszwicy, gdzie podróżni przesiedli się z koni i wozów na dwie, może trzy łodzie. Podróż wodą od Jeziora Gopło kontynuowana była na wschód pradoliną Bachorzy (Bachorza) - rzeki dzisiaj zanikłej, ale jeszcze do XIV wieku żeglownej, zapewne skanalizowanej na odcinku około jednego kilometra w pobliżu miejscowości Ujma Duża, gdzie przechodzi dział wodny między zlewiskami Odry i Wisły. Być może była to pierwsza tego rodzaju duża budowla hydrotechniczna w Polsce, która mogła powstać pod koniec X wieku za Bolesława Chrobrego. 

Wschodnią granicę Państwa Gnieźnieńskiego z linii Jeziora Gopło (wówczas o długości 37 km, od Łojewa na północy do Lechowa na południu) na linię Wisły przeniósł jeszcze Mieszko I (Civitas Schinesghe), a Chrobry połączył kanałem gród w Kruszwicy z budowanym przez siebie grodem we Włocławku. Oryginalnie gród zwany być może Włodzisławiem (Wlodislaw), za Galla Anonima, a raczej od czasów Władysława Hermana - Władysławiem. Zespół grodów i osad wokół Jeziora Gopło, z Kruszwicą jako sedes regni principales, uzyskał więc od końca X wieku połączenie wodne z Wisłą, a zatem i z Bałtykiem i z Orientem.

Trzeba pamiętać, że tereny pomiędzy Jeziorem Gopło i Wisłą na wysokości Włocławka miały zasadnicze znaczenie strategiczne nie tylko dla łączności systemem rzek Poznania - Gniezna, czyli centrum państwa piastowskiego, z ujściem Wisły do Bałtyku i z Rusią Kijowską, ale także dla kontroli najlepszej drogi z Bramy Morawskiej, przez Opole, Sieradz, Koło i dalej - omijając błota Goplenicy (dawnej rzeki pomiędzy Jeziorem Gopło i Wartą - obie rzeki prawdopodobnie połączone kolejnym przekopem) i Bachorzy, przez Brześć Kujawski, spektakularną dzisiaj Bodzię, Gniewkowo i Wyszogród - do Gdańska i do Prus. Stocznia budująca wikińskie statki morskie dla Piastów mogła być zlokalizowana na lewym brzegu Wisły, około 7 km na wschód od Bodzi, w miejscu zwanym do dzisiaj Korabniki. Oto wyobrażenie budowy okrętu wikińskiego zaproponowane przez stronę Hurstwic.

Trzeci możliwy przekop, ale być może niekonieczny, o czym dalej piszę, mógł połączyć nurty Neru i Bzury na wysokości Łęczycy-Tumu - tworząc w ten sposób bezpośrednią drogę wodną pomiędzy Poznaniem-Gnieznem i Rusią. Tak więc już pierwsi Piastowie, budując te dwa lub trzy kanały - taka jest moja hipoteza, zapewnili sobie bezpośrednią, bez konieczności korzystania z tzw. przewłoki, komunikację żeglugową Poznania z morzem - nie tylko Wartą na północ do Odry ale i Wartą na wschód, a dalej przez Jezioro Gopło i Bachorzę - na północ do ujścia Wisły i na wschód - Nerem, Bzurą, Wisłą i przez Bug do Rusi. Na obecność wikińskich łodzi klepkowych dopływajacych aż do Kruszwicy wskazują znalezione tam żelazne nity okrętowe.

O prowadzonym przez Polan handlu z Pomorzem i dalej ze Skandynawią w kierunku północnym oraz z Rusią Kijowską i Bizancjum w kierunku wschodnim świadczą następujące artefakty wydobyte z grodziska w Santoku: osełki (być może kamienie probiercze) z fyllitu skandynawskiego, ozdobne grzebienie rogowe, rusko-bizantyjska sprzączka lirowata z brązu, różnokolorowe paciorki szklane i bursztynowe, przęślik z różowego łupku wołyńskiego, bizantyjska szklana kostka mozaikowa z wtopioną blaszką ze złota (znane również z Poznania, Kruszwicy, Kalisza, Czerska i Krakowa). Dodajmy, że znajdowane na Połabiu i Pomorzu  z okresu VIII-XIII wieku oraz w Wielkopolsce (a także rzadziej na Śląsku) z X-XIII wieku oraz we wczesnym średniowieczu w całym basenie Morza Bałtyckiego, osełki fyllitowe wykonane były zasadniczo z surowca pochodzącego z tak zwanych wychodni norweskich (okolice Eidsberg).

Przyjrzyjmy się bliżej uwarunkowaniom geomorfologicznym w okolicach Tumu-Łęczycy, ukształtowanych w fazie Frankfurt-Poznań ostatniego zlodowacenia około 18.400 lat temu. Poniższa mapa została opracowana na podstawie mapy wczesnośredniowiecznego zasiedlenia tych okolic, zamieszczonej w artykule Andrzeja Nadolskiego "Early mediaeval Łęczyca" (Archaeologia Polona V, 1962). Numeracja oznacza zachowane lub nie relikty, kolejno: 1 - grodzisko zwane Szwedzką Górą; 2 - opactwo benedyktyńskie; 3  - osada (stare miasto) Tum, z kościołem św. Krzyża i cmentarzem (krzyżyk) oraz młynem (gwiazdka); 4 - nowe miasto Łęczyca, z zamkiem książęcym; 5 - dawne koryto Bzury; 6 - ślady starych drog. Kolorem zielonym oznaczony jest fragment Pradoliny Warszawsko-Berlińskiej, której korytem płynęła Paleorzeka Północnoeuropejska, o genezie której traktuje artykuł "Epoka lodowa na Pomorzu".

Po odejściu lodowca wpadające do Paleorzeki Północnoeuropejskiej wody Bzury początkowo nadal płynęły w kierunku zachodnim, korytem dzisiaj tworzonym przez Łękę Dobrogosty, dolne biegi Gnidy i Neru - dopływu Warty. W następnej fazie, w wyniku tworzących się w powodu akumulacji rzecznej w pradolinie łat i progów, bieg wpadającej do Pradoliny Warszawsko-Berlińskiej Bzury został rozgałęziony na wysokości Łęczycy na zachodni i wschodni (tak zwana bifurkacja). Taki stan rzeczy mógł trwać do wczesnego średniowiecza, co pozwoliło Wikingom zapewne szybko zorientować się, że miejsce to było wyjątkowe - mające połączenie wodne z Bałtykiem zarówno w kierunku na zachód i północ - w stronę Zatoki Pomorskiej, jak i na wschód i północ - w kierunku Zatoki Gdańskiej. W ten sposób w pochodzie Waregów - Polan spod Kijowa na zachód Tum stał się pierwszym ośrodkiem władzy przyszłych Piastów.

W oparciu o analizę paleogeograficzną wskazano na poniższej mapie  prawdopodobne miejsce rozgałęzienia Bzury na nurt zachodni (Dobrogost) i wschodni (Bzura), znajdujące się obecnie na wysokości 100.7 metrów n.p.m. Miejsce to, w przypadku zanikającej bifurkacji, dla utrzymania żeglugi w obie strony, łatwo mogło być na kilkudziesięciometrowym odcinku pogłębione.

Dobrogost to słowiańskie imię pochodzące w ich mitologii od wysłannika boga, przynoszącego dobre wieści, czyli patrona dobrych nowin. Najstarsza jego wzmianka pochodzi z AD 1065. W dziele bizantyjskiego historyka Agatiasza z Myriny (Agathias) "O panowaniu Justyniana" pojawia się imię Dabragezas (gr. Δαβραγέζας) jako dowódca wojsk bizantyjskich w latach 554-555, tłumaczone w języku rosyjskim jako Dabragez, a według Stanisława Rosponda pochodzące od słowiańskiego imienia Dobrogost (Dobrogast). Przeważa jednak opinia, że dowódca ten był Ostrogotem, a jego imię wywodzi się z gockiego słowa Dapragaizas, oznaczającego kogoś z ciężką włócznią. Imię Radagaisas (posiadający lekką włócznię) pojawiło się wśród Wandali (Gotów) już wiek wcześniej. To ostatnie imię nie jest dalekie od słowiańskiego boga Radogosta (Radogasta), zamiennie nazywanego Swarożycem. Centrum jego kultu było w Radogoszczy, stolicy Redarów. Czyżby chodziło o wspólnego, jednego i tego samego boga wśród plemion Słowian połabskich i tamtejszych Wikingów?


Wspomniane wyżej dwa lub trzy przekopy pozwoliły prawdopodobnie na wykorzystanie transportu drogą wodną piaskowca kwarcytowego z wychodni w Brzeźnie koło Konina, jako budulca znajdowanego w najstarszych wielkopolskich kościołach: w Tumie (wykorzystany nie tylko w obecnej kolegiacie, ale i w fundamentach kościoła klasztornego z przełomu X/XI wieku), Gieczu, Poznaniu, Ostrowie Lednickim, Gnieźnie, Kruszwicy, Mogilnie i Strzelnie.

Opisywane wyżej tereny na wschód od Jeziora Gopło tworzą krainę o zagadkowej nazwie Kujawy, po raz pierwszy wzmiakowaną w AD 1136 (tzw. Bulla Gnieźnieńska), przy okazji wymienienia należących do Kujaw ("per Cuiaviam") kilku wsi pomiędzy Kruszwicą i Włocławkiem. Jego etymologię wywodzi się zwykle od słowa kujati (kuiati), oznaczającego wicher (staropolskie kujać - szumieć) lub teren wydmowy. Takie wyjaśnienie może być zasadne np. dla położonej na piaskach kaszubskiej wsi Kujaty (z Pomorza pochodzą nazwiska Kujat, Cujate, Kujath), ale nie wydaje się trafne dla słowa "Kujawy" jako regionu przed wiekami bagiennego, a dzisiaj obfitującego w czarnoziemy. W języku starosłowiańskim kujati oznacza "utyskiwać", w ukraińskim kujaty - "ociągać się", w słoweńskim kujati - "dąsać się". I to nie ono tworzyło źródłosłów dla "Kujaw".

Zastanawiające jest, że nazwa "Kujawy" pojawiła się jako "Kūyāba" u arabskiego geografa al-Balkhi'ego około AD 920, jako jedna z trzech części Rusi ("Saqaliba" - określenie oznaczające także białego niewolnika), obok Slawia ("Ṣ(a)lāwiya") i Artania ("Arṯāniya"). Może dwie dekady później, wspomniany wyżej perski geograf al Istakhri w swojej "Książce dróg i prowincji" ("Kitab al-Masalik wa-l-mamalik") nazwał te trzy plemiona odpowiednio: "Kūtaba", "Sāqlab" i "Uthanie". Według niego król Rusów żyje wśród pierwszego z tych plemion, do którego tylko przybywają kupcy. Do trzeciego z tych plemion nikt nie dociera, bowiem tubylcy zabijają wszystkich obcych i wrzucają do rzeki. Wspomniany już cesarz Konstantyn VII w swoim dziele "O zarządzaniu państwem" w AD 952 po raz pierwszy po grecku nazwał Kijów jako  "Kioaba" (gr. Kíoaßa). W tym okresie (AD 945-969) władczynią Rusi Kijowskiej była wspomniana już Olga, przyszła święta, której imię i ikonografia przeżywa dziś kościele prawosławnym swój renesans. Ciekawe jest, że w kościele ortodoksyjnym przetrwało bardziej jej zeslawinizowane imię Olga (od wareskiej Helgi), a nie imię Heleny (Jeleny), jakie otrzymała na chrzcie. Oto jedna ze współczesnych jej ikon.

Ukraińscy historycy uważają  Kujawię (Куявія, Куябия, Kuyavia) za Kijów, albo za ziemie w jego okolicach, a Sławię za tereny w pobliżu Nowogrodu (nie ustalono położenia Artanii, zapewne graniczyła z Pieczyngami). Ruska etymologia słowa "Kujawia" może również łączyć się Kijawianami - ewentualnymi potomkami Kija - legendarnego Warega, założyciela Kijowa. Pamiętajmy, że w piśmie arabskim zwykle pomijane są samogłoski, co może rodzić szczególnie przy starych dokumentach źródłowych, różnice interpretacyjne. W przypadku słowa "Kujaba" jest to tym bardziej prawdopodobne, że dokument al-Balkhi'ego w którym to słowo pojawiło sie po raz pierwszy nie istnieje, a było przepisywane przez późniejszych X-wiecznych geografów perskich: wspomnianego już al-Istakhri'ego, Ibn Hawqal'a  oraz anonimowego autora książki "Hudud al-'Alam" ("Granice świata").

Także nazwa Polan pojawiła się po raz pierwszy nie dla określenia plemienia piastowskiego, lecz w "Powieści minionych lat" Nestora pod rokiem 898, a później pod AD 944 - dla Polan żyjących nad Dnieprem na południe od Kijowa. Pisał on: "Język słowiański i ruski są jednymi, przez Waregów nazwani Rusinami, a wcześniej byli Słowianami. Nazywali się Polanami, a ich język był słowiański. Nazywano ich Polanami, ponieważ osiedlili się na polach, a język słowiański jest jednym" (A cлoвeньcкый языкъ и руcкый oднo ecть, oтъ вaрягъ бo прoзвaшacя Руcью, a пeрвoe бѣшa cлoвeнe ; aщe и пoлянe звaxуcя, нo cлoвeньcкaa рѣчь бѣ. Пoляни жe прoзвaни быши, зaнe в пoли cѣдяxу, a язык cлoвeнcки eдин). Kronika ta została napisana w języku łączącym słownictwo staro-cerkiewno-słowiańskie (terminy religijne) ze słownictwem staroruskim (terminy prawne).

Intrygujące pytanie - dlaczego nazwy Polan i Kujaw zniknęły w X wieku z kronik dotyczących ziem kijowskich, aby w XI wieku rozpowszechnić się w Polsce, nigdy nie stało się przedmiotem szerszych badań polskich historyków.  Dziś coraz bardziej widocznym staje się, że Polanie z Wielkopolski to przybyła tam na początku X wieku mieszanka etniczno waresko-słowiańska ruskiego plemienia Polan, która zdominowała lokalne, nieznane nam z nazwy plemiona słowiańskie, zapewne w części również wymieszane po trzech wiekach współobcowania z ludnością gocką. To allochtoniczni, czyli przybyli z zewnątrz Polanie nadali Polsce nazwę kraju, tak jak przybyli ze Szlezwiku na przełomie er Anglowie nadali nazwę Anglii, tak jak w V wieku przybyli zza Renu do północnej Galii Frankoni nadali nazwę Francji, tak jak przybyli ze Stepów Pontyjskich na Nizinę Panońską w IX wieku bułgaro-tureckie plemiona Hunagorów (Madziarzy, potomkowie Hunów) nadali swojej nowej ojczyźnie (i domowi zastanych tam autochtonicznych plemion) nazwę "Kraj Węgrów" (Magyarország).

Polaninem był zapewne Mieszko I, który w oparciu o swoich współplemieńców energicznie poszerzał swoje terytorium.  Pod koniec X wieku Polanie zajęli Kujawy, przesuwając w ten sposób granice Państwa Gnieźnieńskiego na wschód - z granicznego grodu w Kruszwicy na linię Wisły. Od XI wieku stara granica na linii Noteci i Jeziora Gopło poczęła oddzielać w obrębie już jednego państwa tereny zwane odtąd krajem Polan, na zachód od tej linii, od Kujaw leżących po jej wschodniej stronie. Załączam fragment mapy Carte de la Pologne divisée par provinces, J.A.B. Zannoni 1772 (źródłoŚląska Biblioteka Cyfrowa), która chociaż niedokładnie umiejscawia dane topograficzne, to wskazuje przybliżone położenie pradoliny pomiędzy Kruszwicą i Włocławkiem, wyznaczone Trzęsawiskiem Bachorsz (Bachorz) i Rzeką Zgłowińską (dzisiaj Zgłowiączka). Nazwy wodne bachorz, bachorza, bachorze oznaczają mokradło. Dzisiaj Kanał Bachorze prowadzi od Kruszwicy przez miejscowości Papros, Smarglin, Bachorze, Lekarzewice - do ujścia do rzeczki Zgłowiączki pod Brześciem Kujawskim.

Po dotarciu misjonarza Wojciecha do Włocławka, jak odnotowano w niektórych zachowanych odpisach Żywota św. Wojciecha” (Vita prima Sancti Adalberti), trasa miała dalej wieść Wisłą do Gdańska (urbe Gyddanyzc). Autorstwo tej zaginionej kroniki długo przypisywano Janowi Kanapariuszowi, opatowi benedyktyńskiego klasztoru św. Bonifacego i Aleksiusa w Rzymie, który miał ją sporządzić między rokiem 998 a 1003. Autorem tej hipotezy był Georg Heinrich Pertz, redaktor dzieła "Monumenta Germaniae Historica", zawierającego odpisy dokumentów źródłowych w tym, w tomie czwartym wydanym w 1841 roku, "Vita S. Adalberti Episcopi".  W Polsce pogląd ten nadal dominuje, chociaż nigdy nie wyszedł poza hipotezę, czyli nie został naukowo pozytywnie zweryfikowany. 

Historyk ten skompilował tekst tzw. Żywota Pierwszego w oparciu o 16 różnych źródłowych rękopisów, powstałych w okresie od XI do XIV wieku. Istotny dla nas rozdział 28, w którym pojawia się ta najstarsza nazwa Gdańska został oparty, jak zaznacza sam Georg Pertz, na XII-wiecznym manuskrypcie "Vita et passio venerabilis viri Adalberti, Pragensis civitatis episcopi, qui in baptismate appellatus est Woithec; cujus martyrium celebratur viiii Kalendas mai (fol. 90v-96r)", zawartym w Codex bibliothecae regiae Bruxellensis, pod numerem 9290. 

W oparciu o odkrytą w Akwizgranie w 2001 roku najstarszą kopię żywota św. Wojciecha Johannes Fried uważa dzisiaj (i coraz więcej poważnych historyków ku tej opinii się przychyla), że pierwotny, zaginiony manuskrypt powstał nie w Rzymie i jego autorem nie był tamtejszy mnich, ale został sporządzony w Liege (łac. Leodium, Leudicum; w dawnym polskim: Leodyn, Leodium) około AD 1000, za czasów biskupa Notkera (Notgera). Obaj biskupi zaprzyjaźnili się w czasie pobytu w Rzymie w AD 996, skąd wracali do Moguncji w dwumiesięcznej podróży, zatrzymując się w wielu miejscach. Tam spotkali się z cesarzem Ottonem III. Notker cieszył się dużym zaufaniem cesarza, który go często zabierał w trakcie swoich podróży do Italii. Notker towarzyszył małoletniemu Ottonowi w podróżach gdy ten miał osiem lat, jeszcze w czasach regencji cesarzowej Teofanu. To dzięki wysokiej pozycji politycznej, jaką cieszył się Notker u cesarzowej - regentki, zdołał on od niej uzyskać jeszcze w AD 985 bezprecedensowy status Księstwa Leodyjskiego dla swojej diecezji, a sam jako biskup został mianowany także księciem (princeps). Kto wie, czy jako jeden z najbardziej zaufanych ludzi cesarzowej Teofanu, nie towarzyszył jej w spotkaniu z Mieszkiem I w Kwedlinburgu w AD 986.

Zdaniem niektórych historyków Notker był trzecim, najbardziej wpływowym człowiekiem w otoczeniu Ottona III (a wcześniej jego matki Teofanu), po wzmiankowanym wyżej arcybiskupie (także arcykanclerzu i przyszłym świętym) Willigisie z Moguncji i kanclerzu Hildeboldzie z Wormacji (ten ostatni zmarł już w AD 998).

To arcybiskup Willigis konsekrował w AD 983 św. Wojciecha na biskupa i w tym samym roku, na polecenie cesarzowej Teofanu, koronował w katedrze akwizgrańskiej 3-letniego Ottona III. Dzięki pozycji i wpływom Willigisa w Watykanie zaproponowana przez 16-letniego Ottona III kandydatura Brunona z Karyntii na papieża została przyjęta i w ten sposob  w wieku 24 lat stał się on jako Grzegorz V w AD 996 pierwszym niemieckim papieżem. Tak więc Akwizgran i Nadrenia były na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia nie tylko centrum kulturowym Europy łacińskiej oraz głównym ośrodkiem władzy politycznej, ale również rzeczywistym centrum władzy Kościoła. Ilustracja po lewej stronie przedstawia odcisk pieczęci należącej do arcybiskupa Willigisa (źródło: Ökumenisches Heiligenlexikon).

I to również z inicjatywy Ottona III w dwa lata po śmierci św. Wojciecha, 29 czerwca AD 999, nastąpiła jego kanonizacja. Należy liczyć się z tym, że pierwszy, najważniejszy żywot św. Wojciecha mógł zostać spisany już na tą uroczystość. Osobiście bardzo blisko związany ze zmarłym męczennikiem, ale także z cesarzem Ottonem III - wielbicielem Wojciecha jeszcze za jego życia, Notker jawi się jako najbardziej prawdopodobny jej autor.

Oto dwa gryfy w stylu lombardzkim z początku XII wieku, znajdujące się przy wschodnim portalu katedry św. Marcina w Moguncji (foto: HEN-Magonza 2009).



Drugą ewentualną datą sporządzenia przez biskupa Notkera lub pod jego okiem oryginalnego Żywota św. Wojciecha jest rok 1005, na dzień uroczystości poświęcenia, zapewne w obecności króla Henryka II (i przyszłego świętego), nowowybudowanego kościoła w Akwizgranie, którego patronem został św. Wojciech. Jego budowę rozpoczął jeszcze Otton III pod koniec 997 roku i był to jeden z pierwszych, jeżeli nie pierwszy w Europie kościół, który przyjął za patrona wyświęconego niespełna sześć lat wcześniej św. Wojciecha.

W AD 1000, po uzyskaniu w Gnieźnie relikwii św. Wojciecha, cesarz Otto III kazał zbudować pod wezwaniem misjonarza kościół w Rzymie, gdzie złożono tą relikwię (ramię). Patron kościoła został jednakże już w kolejnym wieku zmieniony na św. Bartłomieja (San Bartolomeo all'Isola), a słuch po relikwii Wojciechowej zaginął. Pamiętajmy, że  współczesny św. Wojciechowi kronikarz Thietmar pisze z empatią po jego śmierci: "Wojciech, pochodnia gorejąca", podczas gdy w innym miejscu nazywa nielojalnych czasami wobec cesarzy niemieckich "Rzymian z ich słowami kłamliwymi". Fakt ten nie wskazuje więc, aby kult tego misjonarza - osobistego przyjaciela Ottona III, miał w Italii głębokie korzenie i tym bardziej, że tam powstały jego pierwsze żywoty.

Trzecią ewentualną datą na wykonanie tego dzieła było konsekrowanie w Liege w AD 1007 kolejnego kościoła pod tym samym wezwaniem św. Wojciecha, którego budowę biskup Notker rozpoczął w roku tysięcznym. Utworzył on przy tym kościele drugą parafię w Liege, po kościele św. św. Lamberta i Marii. Kościół istniał do 1809 roku. Oto poniżej panorama Liege z AD 1577 (wydana przez Braun & Hogenberg), przedstawiająca ponad 50 kościołów i obiektów sakralnych, w tym zaznaczone obwódką wymienione w artykule kościoły: św. Wojciecha (czerwona), św. Jana Ewangelisty (zielona) i św. Lamberta (niebieska).

Jako że żywot św. Wojciecha powstał z pewnością na zlecenie Ottona III, jego oryginał przechowywany był zapewne w zbiorach biblioteki cesarskiej w Akwizgranie. Tradycja biblioteki na dworze cesarskim powstała już za życia króla Franków Pepina Krótkiego. Zainteresowany dziełami myślicieli greckich król prosił papieża Pawła I o zdobycie dla jego biblioteki takich ksiąg. Jego syn, cesarz Karol Wielki był wielkim orędownikiem rozwoju szkół w swoim imperium.

Drugim możliwym autorem Vita prima Sancti Alberti wydaje się być Adalbald II (Adalbold, Adelbold), który z nominacji biskupa Notkera, wcześniej jego nauczyciela, w latach 999-1003 kierował szkołą katedralną w Liege (tzw. écolâtre), następnie był archidiakonem katedry św. Lamberta w Liege. W AD 1010 król Henryk II wręczył mu sakrę biskupią, z którą objął kierowanie diecezją Utrechtu. Pod sam koniec życia (zmarł w AD 1026) sporządził "Vita Heinrici II imperatoris" -  żywot zmarłego a 1024 roku cesarza Henryka II - tego, który w AD 1005 uczestniczył w konsekracji pierwszej świątyni pod wezwaniem św. Wojciecha. Był on też autorem prac m.in. z dziedziny muzyki, a także geometrii "De ratione inveniendi crassitudinem sphæræ", które to dzieło dedykował zamiłowanemu w matematyce papieżowi Sylwestrowi II. Wypada tutaj dodać, że to temu papieżowi zawdzięczamy początek zastępowania w Europie cyfr rzymskich cyframi arabskimi.

Oto z lewej strony plakietka z kości słoniowej z okładki Ewangeliarza Notkera, z następującą inskrypcją na obwodzie: «En ego Notkerus, peccati pondere pressus ad te flecto genu qui terres omnia nutu» ["I ja Notker, przygnieciony ciężarem grzechu, oto klęczący przed Tobą, który jednym gestem może zatrwożyć wszystkich"]. Sam pergaminowy rękopis tego zabytku datowany jest na około AD 940, a skórzana oprawa z płaskorzeźbą uznaje się, że powstała na początku XI wieku. Przedstawia ona Chrystusa Pantokratora w mandorli w otoczeniu symboli czterech ewangelistów. Głowa Chrystusa otoczona jest tak zwanym nimbem krucyfiksowym (czyli z wpisanym w nim krzyżu). Ten rodzaj nimbu, tak jak i charakterystyczny gest chrystusowego błogosławieństwa jest właściwy dla sztuki bizantyjskiej. Obie te cechy łączą ewangeliarz z lotaryńskiego Liege z opisanymi wyżej, o wiek młodszymi freskami z wielkopolskiego Tumu i burgundzkiego Berzé-la-Ville.

Zwraca uwagę przedstawienie Ziemi w formie kulistej, położonej u stóp Chrystusa, zgodnie z przytoczonymi wyżej słowami proroka Izajasza o Ziemi będącej dla Chrystusa podnóżkiem (scabellum). Potwierdzałoby to erudycję lotaryńskiego środowiska naukowego, nie przyjmującego wczesnochrześcijańskiej  teorii o płaskiej formie świata.

Poniżej klęcząca przed oratorium postać Notkera, w szatach pontyfikalnych  z modlitewnikiem w dłoniach, z fotelem-tronem za postacią. Widoczna jest wiekowa postać biskupa, z rzadkimi nad czołem włosami i z charakterystyczną dla kościoła wschodniego brodą. Zwraca uwagę nimb świętości nad głową biskupa. Aureolą taką w dziełach sztuki powstałych do X wieku obdarzano nie tylko osoby kanonizowane, ale także królów, książąt i inne osoby szczególnie zasłużone dla Kościoła. A także dla Liege. W żywocie Notkera (Vita Notgeri episcopi Leodiensis) z końca XI wieku anonimowy, lokalny kronikarz napisał w imieniu Lieżan: "Bogu zawdzięczamy Notkera, a wszystko inne Notkerowi" (Notgerum Christo, Notgero cetera debes).

Można chyba powiedzieć, że motyw Chrystusa w mandorli, znany w historiografii jako Maiestas Domini, stał się w X-XII wieku bizantyjskim standartem dekoracyjnym w Europie. Oto jeszcze jeden taki wizerunek, tym razem w formie kamiennej płaskorzeźby w bazylice św. Sernina (Saturnina) w Tuluzie, konsekrowanej w AD 1096. Na krzyżu wpisanym w nimbie widnieją trzy litery: R (Rex) oraz alfa i omega - pierwsza i ostatnia litera greckiego alfabetu, symbolizujace tutaj wiarę że Chrystus jest wszystkowiedzącym, jest początkiem i końcem wszechrzeczy, jest wcieleniem Boga. Na książce widnieją słowa Pax vobis, czyli "niech pokój będzie z wami". I tak, jak w ewangeliarzu Notkera Chrystus otoczony jest symbolami czterech ewangelistów: Jana, Mateusza, Marka i Łukasza (odpowiednio: orzeł, anioł, skrzydlaty lew i skrzydlaty wół).

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy bizantyjskim wizerunku Chrystusa, bowiem został on uwieczniony na jednym z cenniejszych zabytków książkowych w Polsce, jakim jest datowany na połowę XII wieku tak zwany Ewangeliarz Anastazji. Jego fundatorem była Wierzchosława Nowogrodzka, żona księcia Bolesława Kędzierzawego. Po jej śmierci przekazał on księgę dopiero co założonemu przez biskupa płockiego Aleksandra z Malonne (parafia w diecezji Liege) klasztorowi w Czerwińsku. Klasztor ten powstał prawdopodobnie z pomocą mnichów z zakonu  św. Idziego w Liege. Wierzchosława, a w jej języku rodzinnym Wierchusława, pochodziła z wikińskiej dynastii Rurykowiczów. Była córką pskowskiego księcia Wsiewołoda, prawosławnego świętego. Bizantyjskie imię Anastazji, obok jej słowiańskiego imienia, przybrała prawdopodobnie na chrzcie. Anastazja pochodzi od greckiego słowa anástasi, oznaczającego zmartwychwstanie.

Widoczna z lewej strony, kuta w srebrnej blasze, okładka (na podkładzie drewnianym) Ewangeliarza Anastazji (Bulletin du Musée National de Varsovie, 1974) jest znacząco podobna do wizerunku z okładki Ewangeliarza Notkera oraz do marmurowej płaskorzeźby Chrystusa z Tuluzy. Identyczny z Ewangeliarzem Notkera jest układ symboli ewangelistów w poszczególnych rogach reliefu. Tak samo jak na płaskorzeźbie z Tuluzy i na bizantyjskiej staurotece z Mettlach, na wpisanym w nimb krzyżu widnieją litery alfa i omega.

Przypomnijmy, że po Bolesławie Kędzierzawym pozostał jeszcze dwa charakterystyczne pomniki Chrystusa w mandorli (Maiestas Domini), jakim jest wspomniany wyżej tympanon z wrocławskiego kościoła św. Michała oraz taki wizerunek na Drzwiach Płockich (prawe skrzydło, najwyższa kwatera), zamówionych w Magdeburgu w AD 1152 przez wspomnianego lotaryńskiego biskupa Aleksandra, do końca XIV wieku znajdujących się w katedrze płockiej, a następnie - prawdopodobnie od AD 1388, w soborze św. Zofii (Mądrości Bożej) w Nowogrodzie. Był to zapewne dar księcia płockiego Siemowita IV dla swojego szwagra, księcia litewskiego Lingwena,  brata króla Władysława II Jagiełły. Lingwen przyjął chrzest w obrządku ortodoksyjnym i obrał imię Szymon (Semen, Simeon). Został fundatorem klasztoru, a od 1388 roku wyznaczony przez polskiego króla namiestnikiem Republiki Nowogrodzkiej. I na koniec ale nie mniej ważny o Bolesławie Kędzierzawym jest fakt, że za jego czasów i z jego wielkim wsparciem, powstała kolegiata w Tumie.

Ulubiona wśród historyków jest teoria, że drzwi z Płocka zostały zrabowane przez wojska tatarskie lub litewskie. Wydaje się to jednak mniej prawdopodobne, z uwagi na zachowanie się kompletu 46 części, w tym 24 kwater, które w przypadku rabunku stanowiłyby każde z osobna wartość samą w sobie nadającą się do zaboru i rozproszonej sprzedaży. W teoriach tych brak jest pomysłu, kto, kiedy i jak miałby w XIII/XIV wieku nakazać oraz logistycznie zabezpieczyć i skoordynować rabunek, transport i montaż całości akurat w tym, oddalonym od Płocka w owym czasie o około dwa miesiące podróży, mieście. Pod koniec XIV wieku ta bizantyjska w architekturze bazylika w Nowogrodzie poddana została odnowie, w trakcie której wymieniono m.in. sześć cebulastych kopuł. Wyposażenie w okazałe drzwi z Płocka było z pewnością ważnym elementem odbudowy.

Półtora wieku przed wbudowaniem Drzwi Płockich w soborze św. Zofii w Nowogrodzie, w AD 1225 wykonane zostały tak zwane Złote Drzwi w soborze Narodzenia Matki Boskiej w Suzdalu pod Moskwą. Dekoracja w stylu bizantyjsko-ruskim wykonana na złoconej miedzianej blasze położonej na żelaznej ramie przedstawia w 28 kwaterach sceny ze Starego Testamentu, za wyjątkiem jednej - obrazującej Matkę Boską. Wysokość drzwi wynosi 3.75 m, szerokość 2.50 m, a grubość skrzydeł 22 cm. Oto ich górny fragment (źródło: "La Sainte Russie au Louvre", 2010).

Ewangeliarz Anastazji powszechnie uznawany jest jako zabytek sztuki mozańskiej, a nasi historycy często przypisują mu autorstwo miejscowe, polskie, z "inspiracji sztuką mozańską". Już pierwsza hipoteza, chociaż jedna z prawdopodobnych, nie pozwala w racjonalny sposób wyeliminować innych umiejscowień autorstwa tego dzieła, na przykład prowansalskiego, jak sugerowałaby płaskorzeźba z Tuluzy. Druga hipoteza o wykonaniu dzieła w Polsce jest jeszcze bardziej niepewna, bowiem istnieje w zbiorach Walters Art Museum w Baltimore relief w plakietce z kości słoniowej zwany "Christ in Majesty", czyli Maiestas Domini, z cechami o tak znacznej analogii ze srebrną plakietką z Czerwińska i datowany również na połowę XII wieku, że należy przypuszczać że jedno z tych dzieł inspirowało wykonanie drugiego. Francja północna przypisywana jest przez historyków sztuki jako prawdopodobne miejsce powstania reliefu z Baltimore. Niektórzy z nich nawet przybliżają miejsce powstania dzieła jako okolice Liege. Plakietka kupiona we Francji w 1928 roku pozbawiona jest jednakże informacji o źródle pochodzenia, ani nie ma odniesienia do miejsca i czasu jej wykonania.

Bizantyjski motyw Chrystusa w majestacie został utrwalony w kolegiacie tumskiej nie tylko na opisanym wyżej fresku, ale i na pochodzącej również z XII wieku płaskorzeźbie, której pierwotne umiejscowienie w kościele nie jest wyjaśnione (jako zwieńczenie tympanonu nad portalem głównym lub zdobienie prezbiterium). Poniżej zestawione jest zdjęcie niekompletnego reliefu (autor: Podlasiak ex Historycy.org) w formie, w jakiej został wbudowany w 1995 roku w południową ścianę prezbiterium (z lewej strony) oraz szczegóły głównej części figury Chrystusa z publikacji Michała Walickiego z 1938 roku "Kolegiata w Tumie pod Łęczycą".



Na zdjęciu z lewej, obok głowy Chrystusa otoczonej nimbem krzyżowym, widoczne jest słowo "lux", czyli po łacinie "światło". Na brakującym prawym łuku mandorli był zapewne napis "vita" (życie). Niemożliwym jest natomiast napis na obu łukach mandorli "Ego sum lux mundi; qui sequitur me, non ambulabit in tenebris, sed habebit lumen vitae, dicit Dominus" ("Jam jest światłością świata. Kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia" - ewangelia według św. Jana 8.12), jaki sugeruje wspomniany wyżej Z. Świechowski, ani tylko "Ego sum lux mundi". W pierwszym przypadku jest on zbyt długi, aby miał zmieścić się na dwóch pełnych częściach mandorli, w drugim - musiałby być umieszczony bardzo asymetrycznie (trzy wyrazy z lewej strony, a tylko jeden z prawej), co nie wydaje się prawdopodobne. Sugerowana sentencja, choć brzmi pięknie i "byłaby pożądana" dla nadania zabytkowi jeszcze większej wartości, jest tylko jednym z wielu "pobożnych życzeń" a nie faktów, jakie pojawiają się w wielu pracach traktujących o sztuce romańskiej w Polsce. Faktem jest natomiast, że Chrystus Pantokrator, czyli Wszechwładca jest dość często przedstawiany w ikonografii bizantyjskiej z księgą w lewej dłoni otwartą na słowach ewangelii: "Ego sum lux mundi", jak na przykład na fresku w kościele św. Klemensa w katalońskim Täull, zbudowanym w tradycji bizantyjskiej i lombardzkiej

Z prawej strony tumskiej rzeźby Chrystusa widzimy detale greckiej tuniki (tzw. joński chiton), przykrytej płaszczem (tzw. himation). W chitonie wycięty jest kwadratowy, lamowany kołnierz, przypominający taki w ubiorze Gejzy I na opisanej wyżej bizantyjskiej koronie św. Stefana. Odczytane tutaj wyrazy LUX VITA odzwierciedlają istotę ósmego fragmentu ewangelii, zatytułowanego "Światłość wobec ciemności". W 2005 roku rzeźbę usunięto "w celu konserwacji" i do dziś jej losy nie są publicznie znane.

Nie wiem czy w świetle podanych tutaj licznych dowodów wpływów bizantyjskich na sztukę w Polsce piastowskiej naszym poszukiwaczom łacińskiego Graala będzie "raźniej", jeżeli zamieścimy przykład sztuki bizantyjskiej ze wspomnianego wcześniej Poitiers, czyli z samego krańca świata zachodniego, gdzie docierała już w VIII wieku. Stamtąd i z tamtego okresu pochodzi Ewangeliarz Świętego Krzyża, iluminowany bizantyjską sztuką ikonograficzną. Oto jedna z ilustracji (foto: Giraudon ex "Naissance d'une nation", 1988) przedstawiająca Chrystusa Pantokratora w nimbie krzyżowym i aureoli, siedzącego na tronie podpartym na lwich łapach, otoczonego zoomorficznymi formami czterech ewangelistów w aureolach. Nad jego głową w kwadracie umieszczono dwa słowa w języku greckim: Phos Zoe, czyli Światło i Życie, a poza kwadratem te same słowa po łacinie: Lux Vita.  Łacina na zabytku wczesnośredniowiecznym nie jest sama w sobie dowodem, że chodzi o zabytek rzymski, łaciński albo karoliński. Była ona bowiem poza greckim, jednym z wielu języków używanych w Bizancjum. Natomiast słowa, monogramy i symbole greckie świadczą jednoznacznie o wpływie bizantyjskim. Interesującym jest, że miniatury tego ewangeliarza, poprzedzające powstanie karolińskiej sztuki iluminacyjnej, nie budzą szczególnego zainteresowania wśród tych historyków sztuki, a nie brakuje ich też poza Polską, którzy wspierają ideę (bo nie jest to fakt) "karolińskiego renesansu" jako bezpośredniego kontynuatora rzymskiej sztuki antycznej.

A propos nieznanych losów konserwacji tumskiej płaskorzeźby oraz w ogóle konserwacji najstarszych zabytków architektury wczesnośredniowiecznej w Polsce nie można nie zauwazyć, że nie zawsze prowadzona ona jest zgodnie z wymogami ochrony naszego dziedzictwa kulturowego, jak to się dzisiaj szumnie mówi, a w praktyce ...

Spójrzmy na wizualizację rekonstrukcji oryginalnej bryły XII-wiecznego kościoła św. Jana Chrzciciela w Prandocinie (źródło: Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego). Fasadę zdobią oplatające ją w całości fryzy arkadkowe oraz podwójne plecionki nad oknami i portalem (ten tutaj niewidoczny). Po wiekach kościół stracił już wiele z oryginalnego charakteru (brak jednej absydy, dodatkowe większe okna, przybudówki itd.), ale  nadal jest uważany za jeden z cenniejszych zabytków architektury romańskiej w Polsce. Zarówno XII-wieczny portal, jak i równie oryginalne małe okienka zamurowane są w sposób dość niedbały, bez zachowania ślepych nisz lub przynajmniej ogólnych obrysów okien i konserwacji plecionek w obramieniach okien.

Efekt  "konserwatorskich" zabiegów widoczny jest na zdjęciu obok. Wydaje się, że padły one ofiarą zniszczenia przez państwo - mecenasa sztuki, zapewne z powodu braku cech ornamentyki sakralnej te elementy architektury nie wydały się mecenasowi godne zachowania. W ten oto sposób zabytek po ośmiu wiekach przetrwania barbarzyńskich wojen i pożóg, został trwale uszkodzony przez świadomego konserwatora zabytków. Chociaż przy tym w części uratowano i zakonserwowano freski wewnątrz kościoła, to jednak trudno zaliczyć remont tego zabytku do "Hall of Fame" polskiej szkoły konserwatorskiej.

Niewiele wspólnego z poszanowaniem wielkiego pomnika kultury narodowej, o którym pisał już Gall Anonim, miała decyzja prymasa Polski Fryderyka Jagiellończyka z AD 1494 o zniszczeniu, czyli przetopieniu relikwiarza dla głowy św. Wojciecha z 1113 roku i wykonaniu nowego, "po posledniej modie". Jak widać, nie tylko sąsiedzi podczas wojen, ale też nasze najwyższe elity nie zawsze dbały o dorobek kulturowy naszych przodków. Pomijam zuchwałość wobec pamięci i samej relikwii osoby Wojciecha, związanej osobiście z pierwszymi królami Polski - fundatorami relikwiarza, którzy dla "renesansowego" prałata i "reformatora polskiego Kościoła" - jakim go uznaja niektórzy historycy, okazali się niegodnymi, aby w ich relikwiarzu spoczywały szczątki św. Wojciecha.

Ufundowany przez Bolesława Krzywoustego, wykonany z 16 kilogramów złota, z ośmioma perłami i czterdziestoma szafirami, przedstawiał na swej oktagonalnej podstawie na ośmiu kwadratowych ścianach reliefy świętych w nimbach, umieszczonych pod sklepieniami świątyni, wspartej na narożnych kolumienkach. Przed tym biskupem przetapianie złotych relikwiarzy na surowiec praktykowali Wikingowie, a po nim uczestnicy Rewolucji Francuskiej. Fryderyk Jagiellończyk otrzymał tytuł kardynalski z rąk ojca conajmniej dziewięciorga dzieci, papieża Aleksandra VI. A sam prymas, który - jak pisał kronikarz i biskup Marcin Kromer, żył "w gnuśnym próżnowaniu, w pijaństwie, w ustawicznych biesiadach ...", zmarł - jak pisał kronikarz i kanonik Maciej z Miechowa, na "chorobę francuską" (morbo gallico), czyli syfilis.

Natalia Nowakowska, doktor historii z Oksfordu, w swojej pracy "Church, State and Dynasty in Renaissance Poland" (2007) nie zakwestionowała faktu śmierci biskupa na chorobę weneryczną, natomiast bezpodstawnie zarzuciła kronikarzowi "umyślne uwypuklanie" choroby dla "skompromitowania" tego według niej wielkiego męża stanu i Kościoła "w oczach współczesnych". Niektórzy z najprzenikliwszych naszych historyków nie tylko potrafią zidentyfikować "obcych" średniowiecznych kronikarzy o "złych intencjach", ale są w stanie niezawodnie odczytać niecne zamiary sprzed wieków także wśród naszych własnych dziejopisarzy.

Te fakty z Polski i Rzymu mówią nieco o postępującej u schyłku średniowiecza dekadencji Kościoła łacińskiego, przygotowującej grunt pod mającą wkrótce nadejść Reformację, a później także niestety Rewolucję Francuską. W obliczu nadciągających także do Polski prądów reformatorskich, biskup chełmski Mikołaj Dzierzgowski na synodzie w Łęczycy w AD 1542, któremu przewodniczył, zakazał księżom i wiernym jakichkolwiek rozmów przy stole o kościele.

Nowy  relikwiarz św. Wojciecha z przełomu XV/XVI wieku, już nie bizantyjsko-romański, ale włosko-renesensowy, tak jak i z tego okresu nowa watykańska bazylika, całkowicie zrywał z tradycją romańsko-bizantyjską. I ten zabytek nie przetrwał do naszych czasów, bowiem w 1923 roku zaginął z Kapituły Gnieźnieńskiej  i do dziś się nie odnalazł.

Nie żaden obcy wróg naszej kultury,  ani zaborca ale rajcy miasta Krakowa zburzyli najstarszy miejski szpital oraz klasztor i kościół św. Ducha z XIII wieku po to, aby akurat w tym miejscu wznieść teatr im. Słowackiego, i w poczuciu dumy ze swej decyzji umieścić na nim napis, o ironio: "Kraków narodowej sztuce". Czy naprawdę tylko sąsiadów mamy obciążać za ubogość, w stosunku do krajów ościennych, pomników kultury materialnej w Polsce?

I już ostatnia dygresja związana z wizerunkiem Maiestas Domini, dotycząca chrystianizacji szwedzkiej prowincji Uppland (diecezja Uppsala) w XII wieku. Poniższa reprodukcja przedstawia klasyczną postać Chrystusa w mandorli, w tym samym co w ewangeliarzu Notkera i Anastazji układzie ewangelistów. Wykonany w formie emaliowanej plakietki na pozłacanej blasze miedzianej z podkładem na desce dębowej, stanowił górną pokrywę przenośnego ołtarza, a być może pojemnika na relikwię,  w kościele w Norrala. Zabytek ten był jednym z niewielu, jaki uratował się po pożarze kościoła w 1807 roku i został opublikowany w książce "Norrlands kyrklinga konst under medeltiden" (Henrik Cornell 1918). Na obwodzie plakietki widnieje inskrypcja: "Ale wiedz kim jestem - Bogiem świętym i drogą życia. Moja śmierć jest dla dobra kościoła, a na synagogi zgubę" (Qvod sim sentite devs et pivs et via vite mors fovet eclesiam mea set perimit sinagigam). O ile cała strona ikonograficzna i technika wykonawcza zabytku wskazuje na jego bizantyjskie podłoże, o tyle tekst na bordiurze sugeruje, że dzieło powstało w Europie ottońskiej, już po pierwszej wyprawie krzyżowej. Krucjata ta miała silne przesłanie nie tylko antypogańskie, ale i antyżydowskie, mimo że w poprzedzających wiekach wyznawcy Mojżesza cieszyli się wyższym statusem, aniżeli poganie i heretycy.

Wracając do związków Polski z lotaryńskim Liege,  z pozostawionych w kronikach informacji wiemy, że biskup Notker był nie tylko miłośnikiem książek, zlecającym ich pisanie i gromadzącym je, ale i sprzyjał edukacji młodzieży. Przy katedrze św. Lamberta w Liege już od końca XI wieku istniała szkoła, gdzie uczono m.in. języka greckiego, co podkreśla znaczenie kultury bizantyjskiej, i biblioteka. Diecezja leodyjska (od łacińskiego Leodium - Liege) jest jedną z najstarszych w Europie, bowiem powstała już w IV wieku, wówczas z siedzibą w Tongres (Tongeren), założona przez św. Serwacego. W jej granicach znalazła się przyszła stolica Cesarstwa Niemieckiego Akwizgran oraz Bouillon, skąd normandzki rycerz Godfryd rozpoczął pierwszą wyprawę krzyżową w AD 1086. Jego ojciec Eustachy II brał udział w zwycięskiej dla Normanów bitwie pod Hastings.

Przypomnijmy jeszcze jednego rektora szkoły katedralnej w Liege, jakim był Gozechin (Gozwin - oznaczający w języku starogermańskim "przyjaciela Gotów"), kierujący nią w latach 1044-1058, a później taką szkołą w Moguncji. W swoim traktacie "Epistula ad Valcherum suum olim discipulum" skojarzył szkołę leodyjską z antycznymi tradycjami akademii greckiej, nazywając Liege Atenami północy. Nie mógł on przewidzieć, że dzisiaj część historyków będzie zaprzeczała związkom "kultury ottońskiej" z cywilizacją grecko-bizantyjską.

Dość powiedzieć, że zanim w Bolonii powstał w AD 1088 pierwszy europejski uniwersytet, działał już od ponad czterech wieków założony w AD 425 uniwersytet w Konstantynopolu, a w świecie muzułmańskim istniało już wówczas aż pięć uczelni (Al-Zaytuna w Tunezji, powstała w AD 737; później także w Bagdadzie, Fezie, Kairze i Kordobie). Ciekawe, na jakich "tajnych kompletach" rodziły się w epoce karolińskiej i ottońskiej europejskie elity naukowe, jeżeli nie czerpały one wiedzy ze Wschodu. Czy "na rozkaz" Karola Wielkiego a w Polsce Bolesława Chrobrego (jak w wyżej przytoczonym wyjaśnieniu o sposobie opanowania przez Słowian umiejętności budowy łodzi klepkowych)?

Część historyków uważa że z Liege mógł pochodzić także pierwszy polski biskup misyjny Jordan (fr. Jourdain, łac. Jordanus). Za jego życia pojawiło się poraz pierwszy w dynastii piastowskiej imię Lambert, za św. Lambertem z Lotaryngii, zmarłego w Liege około AD 700. Nadano je na chrzcie czwartemu synowi Mieszka I i Ody około 980 roku, być może celebrowanym przez samego biskupa Jordana. Po śmierci Mieszka I Lambert Mieszkowic, wraz z matką i swoim rodzeństwem został przez Bolesława Chrobrego wygoniony z kraju. Czy z tym faktem należy wiązać decyzję Chrobrego nadania jednemu ze swoich synów (Mieszkowi II) imienia Lambert? Usunięciu księżnej Ody z Polski przeciwstawiał się pewien Przybywoj i Odylen. To ostatnie imię wskazuje, że mógł nim być na dworze Mieszka I jakiś mnich z Francji lub Lotaryngii. Odylen, a raczej Odylon było we wczesnym średniowieczu francuskim zdrobnieniem od imienia Odo, czyli niemieckiego Otto.

Lotaryńskie pochodzenie biskupa Jordana wydaje się tym bardziej prawdopodobne, że w epoce ottońskiej u schyłku pierwszego milenium, to nie we Włoszech i Rzymie, ale w Nadrenii i Akwizgranie koncentrowała się władza nie tylko polityczna ale i de facto kościelna w Europie. Tam także skupiało się centrum kulturowe zachodniej części kontynentu, które nadawało ton w sztuce, literaturze (zwłaszcza iluminacja manuskryptów) i architekturze ottońskiej, kulturze - co znowu należy podkreślić, nie samorodnej, ale wyrosłej z cywilizacji bizantyjsko-antycznej.

Widocznym tego przykładem jest sporządzony przez czeskich mnichów benedyktyńskich (z Sazawy lub Pragi) Złoty Kodeks Gnieźnieński z AD 1076, w którym ilustracje świętych przedstawione zostały w scenach i strojach typowych dla sztuki bizantyjskiej. Oto scena obmycia przez Chrystusa nóg jednemu z apostołów, znana wcześniej m. in. z fresku we wspomnianym już X-wiecznym klasztorze Hosios Lukas czy też na płaskorzeźbie z kościoła św. Idziego w Saint-Gilles. Chrystus przedstawiony jest w charakterystycznym dla bizantyjskiej ikonografii nimbie z krucyfiksem.




Bizantyjski wpływ kulturowy na Europę był widoczny przez okres całego średniowiecza, a Europa rozstała się z nim na dobrą sprawę dopiero w epoce renesansu. Zburzenie starej bazyliki watykańskiej na progu XVI wieku i budowa nowej wydaje się być cezurą kończącą w Europie zachodniej wschodnie inspiracje kulturowe. Gdy mówimy o kulturze ottońskiej mamy na myśli okres od AD 950 do AD 1100, to jest czasy panowania dynastii ottońskiej Ottona I, Ottona II, Ottona III i Henryka II oraz dynastii salickiej Konrada II, Henryka III i Henryka IV.

W połowie XI wieku, położony niespełna 50 km od stolicy cesarstwa Liege był największym w całym świecie chrześcijańskim skupiskiem w jednym mieście kościołów kolegiackich, liczącym oprócz katedry siedem kolegiat. Z Liege pochodził Mistrz Hubald, który w latach 1008-1018 prowadził szkołę katedralną w Pradze. Wcześniej był wykładowcą w benedyktyńskiej szkole św. Genowefy w Paryżu. W szkole katedralnej św. Lamberta w Liege studiował m.in. czeski kronikarz Kosmas oraz Herman, biskup Pragi w latach 1099-1122. Szkoła leodyjska z tamtych czasów wydała wielu wykształconych absolwentów, w tym przyszłych biskupów w Rouen, Cambrai, Toul, Verdun, Utrechcie i Salzburgu. To z Liege pochodził mnich Hézelon, główny architekt trzeciego etapu rozbudowy opactwa w Cluny (tzw. Cluny III), a zwłaszcza romańskiego kościoła, pod który położył kamień węgielny 30 września 1088 roku. Był to, poza Hagia Sophia w Konstantynopolu, największy kościół w Europie do czasów zbudowania w XVI wieku nowej bazyliki św. Piotra w Watykanie.

Identyczne jak na rogowej płytce z ewangeliarza Notkera, wykonane w reliefie symbole czterech apostołów, zawarte są na wspomnianym wyżej, tzw. pierwszym kielichu z Trzemeszna (kolejno: skrzydlaty lew, skrzydlaty wół, anioł i orzeł). Poniższa ilustracja opracowana (kolorytyka zmieniona) na podstawie książki "Wzory sztuki średniowiecznej i z epoki Odrodzenia po koniec wieku XVII w dawnej Polsce", wydanej w 1855 roku przez Aleksandra Przeździeckiego i Edwarda Rastawieckiego.


Czy na tle znacznie lepiej w Czechach niż w Polsce udokumentowanych żywych prądów kulturowych można tak łatwo, jak to czynią historycy odcinający się albo zacierający czeskie wpływy w Polsce, eliminować ewentualność że część tego nurtu kulturowego (religia, architektura, sztuka, piśmiennictwo), jak w zasadzie działania naczyń połączonych, przepływała z naczynia bardziej pełnego kulturowo i ludnościowo (Czechy) do pojemnika bardziej pustego, czyli bardziej "chłonnego", jakim była Polska na przełomie X/XI wieku? Gęstość zaludnienia, dobrze skorelowana z intensywnością gospodarki, była w owym okresie w Czechach i na Morawach niemal dwukrotnie wyższa niż w Polsce. A że naczynia te od czasów państwa Wielkich Moraw (poprzez Śląsk i Małopolskę) były ze sobą różnymi kanałami połączone, nie trzeba zgłębiać praw fizyki, żeby to zauważyć.

Nieco późniejszy w stosunku do kodeksu brukselskiego odpis pojawił się w kodeksie z Wolfenbüttel jako "Codex ducali Guelferbytano", pod numerem 553. Kodeksem nazywane są pierwsze rękopisy sporządzane na osobnych kartach zszytych w księgi, które zastąpiły wcześniejszą formę pisania na zwojach. Kodeks z Wolfenbüttel nosi notatkę właściciela datowaną na przełom XII/XIII wieku. Oto z prawej strony interesujący nas fragment z nazwą Gyddanyzc (z dopisem na marginesie Danyzc), pochodzący z Herzog August Bibliothek. W świetle tamtych informacji opis hipotetycznej wizyty św. Wojciecha w Gdańsku pojawiłby się zatem dopiero niemal dwa wieki później, niż opisywane w tej wersji żywota św. Wojciecha zdarzenia, czyli cały wiek od powstania grodu gdańskiego w drugiej połowie XI wieku i pół wieku po tym, kiedy gród został objęty polską administracją kościelną w AD 1148. Dodanie epizodu gdańskiego do żywota św. Wojciecha po tej ostatniej dacie z pewnością służyłoby Kościołowi w niełatwej z pewnością ewangelizacji tej części Pomorza i Prus.

Istnieją jeszcze dwie wersje tzw. Żywota II, autorstwa św. Brunona z Kwerfurtu, ale tam nie ma wzmianki o Gdańsku. Istnieje też zawarta w XI-wiecznym tzw. Kodeksie Clm 18897, mająca charakter biograficzny, Pasja św. Wojciecha ("Pasio Sancti Adalperti martiris"), która należała do benedyktyńskiego klasztoru w Tegernsee, gdzie pierwszym opatem na przełomie VIII/IX wieku był bawarski mnich o imieniu Adalbert. Dziś wiadomo że została ona dołączona do kodeksu później, być może  w XII wieku. Jest ona tym bardziej interesująca, że zawiera passus o tym, że w drodze z Saksonii przez Polskę (zwaną w dokumencie: Puloni albo Pulani) do Prus Wojciech założył klasztor w Mestris i mianował tam opata swego ucznia, także Czecha, o imieniu Astryk (Astrik), który później został arcybiskupem w Sobottin (słow. Sobocin), odczytany przez historyków jako węgierski Esztergom (pol. Ostrzyhom). Tam powstała w AD 1010 pierwsza w tym kraju katedra, która przyjęła wezwanie św. Wojciecha. Dominuje opinia, że Astryk był opatem nie w Polsce, ale na Węgrzech (pogląd opieczętowany przez pewien autorytet klauzulą bezdyskusyjności: "dziś już nikt nie ma wątpliwości") lub w Czechach. Astryk, były opat klasztoru w Maestris, już jako reprezentujący Węgry arcybiskup Anastazy został zaproszony, obok arcybiskupów z krajów zaprzyjaźnionych z Cesarstwem - Burgundii-Prowansji i  Sabaudii-Piemontu, na synod biskupi we Frankfurcie nad Menem, jaki się tam odbył w AD 1007 z udziałem arcybiskupa Moguncji Willigisa i króla Niemiec Henryka II.

Astryk został wcześniej wymieniony w dokumencie spisanym w klasztorze benedyktyńskim św. Apolinarego w Rawennie w dniu 4.04.1001 roku pod imieniem zakonnym jako Anastazy. Był on tam świadkiem na spotkaniu cesarza Ottona III ze wspomnianym wyżej papieżem Sylwestrem II i opisany jako "Anastasius abas monasterii sancte Marie Sclavenensis provincie". Sylwester II był pierwszą głową Kościoła pochodzącym z Francji (opat zakonu benedyktyńskiego w Aurillac), wcześniej nauczyciel młodego Ottona III i arcybiskup Rawenny. Pośrednie źródła historyczne wskazują, że Anastazy był wcześniej opatem klasztoru św. Benignego w burgundzkim Dijon. Znał on z pewnością wnętrze poniższej krypty romańskiej, na której  wzniesiono w XIII wieku gotycką już katedrę.


Mestris, wbrew słabszej argumentacji wielu autorytetów przywiązanych do innych hipotez, wydaje się być Międzyrzeczem, jak racjonalnie uargumentował Tomasz Jurek ("Ad Mestris locum: where was the monastery founded by Saint Adalbert situated?" Acta Poloniae Historica 103, 2011). Po pierwszym opacie Anastazym z inicjatywy Ottona III przybył do Międzyrzecza w AD 1001 pochodzący z Benewentu (tzw. Kalabria bizantyjska) mnich Benedykt, który objął kierowanie klasztorem. Kalabria oraz dwa pozostałe, najbardziej południowe regiony Półwyspu Apenińskiego, czyli Apulia i Basilikata (ta ostatnia nazwa pochodzi od greckiego basilikos, czyli "królewski") objęte były kolonizacją grecką jeszcze przed narodzinami Chrystusa. W tych regionach jeszcze w XIII wieku mówiono po grecku i odprawiano nabożeństwa według ceremonialu wschodniego.

Kronikarz Thietmar wspomina przybycie króla Henryka II do klasztoru w Międzyrzeczu w dniu 22 września 1005 roku. Klasztor został zniszczony w trakcie tzw. reakcji pogańskiej w AD 1038, a w kolejnym roku szczątki tzw. Pięciu Braci Męczenników zostały zabrane przez księcia Brzetysława I do Pragi.

Dotychczasowy brak śladów archeologicznych pozytywnie weryfikujących źródła historyczne wynika zapewne z trzech powodów: pierwszy polski klasztor był całkowicie drewniany (Wojciech zakładał go "po drodze", przed realizacją głównego celu jego misji, jakim była ewangelizacja Prusów). Był on użytkowany przez zaledwie cztery dekady. Po trzecie, ograniczone środki techniczne, organizacyjne i finansowe naszej archeologii utrudniają uchwycenie śladów w dotychczas przeprowadzonych badaniach.

Jak znaczny jest wpływ bariery organizacyjno-finansowej na wydolność polskiej archeologii świadczy porównanie ilości stanowisk archeologicznych z okresu wędrówek ludów (od końca IV do VI wieku) odkrytych w dorzeczu Odry, po obu jej stronach przedzielonych granicą państwową. Dodajmy, że większość stanowisk po wschodniej stronie Odry została zidentyfikowana przed 1945 rokiem. Poniższa mapa została zaczerpnięta z artykułu Armina Volkmanna "Neues zur 'Odergermanischen Gruppe': Das innere Barbaricum an der unteren Oder im 5.–6. Jh. AD", Heidelberg 2013. Zrozumiałe jest, że ta "szara", jeżeli nie biała plama na polskich terenach nie może świadczyć o "pustce osadniczej", którą przyszło zasiedlać Słowianom - jak brzmi oficjalna wykładnia historyczna, ale o braku szczególnego zainteresowania polskiej archeologii, poza wspomnianymi jej ograniczeniami, głębszymi badaniami tego okresu. Czy nie po to, aby nie mnożyć kontrdowodów do z góry przyjętej tezy?



Brunon z Kwerfurtu, autor tzw. żywota drugiego św. Wojciecha, który pod koniec 1008 roku przybył z Kijowa do Polski, a w 1009 roku miał jak św. Wojciech zginąć w trakcie swojej misji ewangelizacyjnej wśród Prusów, rok wcześniej spędził pięć miesięcy wśród Pieczyngów. Nie tylko nie utracił wtedy życia, ale potrafił nastawić przynajmniej pokojowo do nowej wiary część tych tureckich plemion koczowniczych, czym zyskał wsparcie księcia kijowskiego Włodzimierza I Wielkiego, późniejszego świętego kościoła ortodoksyjnego i kościoła katolickiego, który wysłał do Pieczyngów swego syna jako ich zakładnika, wraz z wyświęconym przez Brunona pierwszym biskupem Pieczyngów. Włodzimierz I Wielki sprowadził z Bizancjum artystów i architektów, od których sztuka bizantyjska (w tym m.in. ikony) rozpowszechniła się na Rusi.

W owych czasach, jeszcze przed  rozłamem w chrześcijaństwie w AD 1054 (schizma), pomimo powtarzających się sporów między biskupami Rzymu i Konstantynopola o "czystość kultu" i o przewodzenie wśród chrześcijan, istniała współpraca wewnątrzkościelna obydwu obrządków w już zewangelizowanych krajach, jak np. pomiędzy Polską i Rusią. Po jej ustaniu kontynuowana była przez kolejne wieki wymiana kulturowa i handlowa między Europą i Bizancjum.

Po bardzo wątpliwym, hipotetycznym pobycie w Gdańsku misja Wojciecha udała się do Prus, przypuszczalnie do Truso. Pruso-wikińskie Truso było nadal największym skupiskiem rzemieślniczo-handlowym w tym regionie; portem również morskim, który wiek wcześniej odwiedził Wulfstan, wysłannik anglosaksońskiego króla Alfreda Wielkiego. Dopiero w końcu XI wieku, po zniszczeniu prawdopodobnie przez Polskę portu w Truso Gdańsk przejął funkcje po tym emporium. Oto przykłady wikińskich zabytków z Truso.

W świetle najnowszych wykopalisk z 2005 roku i zweryfikowanych metodą dendrochronologiczną dat zbudowania wałów grodu w Gdańsku wynika ("XVI Sesja Pomorzoznawcza", Szczecin 2009), że miasto to (jako gród) nie powstało ani za Mieszka I, ani za Bolesława Chrobrego, ale dopiero w drugiej połowie XI wieku - być może w bezpośrednim następstwie zniszczenia w połowie XI wieku portu w Truso. Równolegle z budowanym grodem, na zachód od niego, po drugiej stronie Motławy, powstawała osada przygrodowa na lądzie stałym. Nota bene, konstrukcja skrzyniowa umocnień brzegowych osady gdańskiej, zdaniem archeologa Andrzeja Zbierskiego, wskazuje na "bliską analogię" z podobnymi konstrukcjami w Ujściu nad Notecią i w Birce (Sztokholmie). Drugą obok Ujścia warownią Polan na granicy z Pomorzanami był gród w Santoku. Po przechwyceniu go od Pomorzan w połowie X wieku Polanie umocnili wały grodu podobną jak w Ujściu, Poznaniu i Gnieźnie konstrukcją rusztową i przekładkową, opartą na dębowych skrzyniach łączonych hakami.

Gdyby datowanie archeologiczne Gdańska nie było podważalne, to pod znakiem zapytania stoi kwestia realności roku 997 jako daty zaistnienia miasta w źródłach pisanych. Być może nazwa Gyddanyzc dotyczyła innego miasta, albo - co wydaje się bardziej prawdopodobne, została wprowadzona (wraz z ubarwiającym wyczyny świętego epizodem chrztu "gromady ludu" w nieistniejącym jeszcze mieście) do kopii "Żywota św. Wojciecha", spisanej już po powstaniu Gdańska, na której dzisiaj się opieramy. Nie wydaje się możliwe, aby chrzest ludu pogańskiego przez Wojciecha odbył się "z marszu" - bez zgody ich lokalnego władcy, który sam musiał być wcześniej ochrzczony i przekonać do tego swoich współplemieńców. Na podstawie legendy "Tempore illo", spisanej dwa i pół wieku po św. Wojciechu powstała jeszcze mniej wiarygodna hipoteza, że były dwie jego misje do Prus: pierwsza bezpośrednia, druga wiodąca przez Gdańsk. W "Tempore illo" nie ma już żadnej wzmianki o Gdańsku: "Uprosiwszy więc o zezwolenie wspomnianego księcia na jego polecenie statkiem przewieziony został do Prus. Zatrzymał się u pewnego Prusa, który znał język polski ...".

W świetle aktualnej wiedzy archeologicznej oraz wobec uznanej jako najwcześniejszej nazwy grodu "Gyddanyzc", jaka pojawiła się we wspomnianym wyżej kodeksie brukselskim, datowanym na XII wiek, trudno dalej utrzymać za uzasadniony panujący pogląd, że gród gdański albo jego nazwa mogła istnieć już w 997 roku. Nazwa ta, wraz z wymyślonym zapewne epizodem gdańskim w misji św. Wojciecha, musiała się pojawić dopiero w jednym z XII-wiecznych odpisów pierwotnej kroniki, kiedy to gród pod tą nazwą już istniał.

Znalezione w Truso brązowe odważniki w kształcie ośmiosześcianów (na fotografii powyżej), przyjęte przez Wikingów z Orientu, potwierdzają istnienie tam ośrodka handlowego operującego standardowymi miarami wagi dla poszczególnych srebrnych monet w obrocie, pozwalającymi na weryfikację czy określona moneta nie była podróbką. Oto rozkład geograficzny znalezionych odważników oktahedralnych, czyli ośmiościennych (źródło: vikingmetal.blogspot.co.uk).

Tym centrum politycznym mógł być istniejący od połowy IX wieku gród w Sopocie, ale ten prawdopodobnie nigdy nie został podporządkowany Piastom, bowiem mimo dwukrotnego umacniania jego wałów na początku i w połowie X wieku, w drugiej połowie tego wieku został zdobyty i doszczętnie spalony - prawdopodobnie przez wareską drużynę Mieszka I. Był on jeszcze jedną, obok Pucka i Truso, siedzibą niezależnych od Piastów Wikingów nad Zatoką Gdańską, spełniającą prawdopodobnie większą rolę obronną niż handlową, chociaż i ta - w świetle znalezionych zabytków, nie była bez znaczenia (produkcja bursztyniarska, tkacka, rogowiarska - wskazująca na prowadzony tam skandynawski handel wewnątrzbałtycki).

A propos słowa drużyna - określającego w piastowskiej Polsce i na Rusi Kijowskiej wojsko bezpośrednio podległe księciu: jego etymologia jest jednocześnie starosłowiańska (od słowa друг, czyli drug - przyjaciel, towarzysz) i starogermańska (*druhti - oddział żołnierzy; *druhtinaz - dowódca wojskowy). Podobnie jak nazwy: Nowogród - Hólmgarðr, Kijów - Kønugarðr, Konstantynopol (Carogród) - Miklagarðr. Słowiański grad, gorod (gród) oznaczający ufortyfikowane miasto, zbliżone jest fonetycznie do staronordyckiego garðr, które oznacza coś trochę innego, bo ogrodzoną posiadłość, zagrodę, czyli niezupełnie miejsce obronne ani tym bardziej miasto. W nazwie tych miast nordyckie słowa przejęły słowiańską etymologię.

Trzeba pamiętać, że najkrótsza droga wodna do Prus wiodła Wisłą przez Nogat i jego południowe, nieistniejące już dziś ramię (pradolina obecnej rzeczki Tiny) na odcinku pomiędzy dzisiejszym Malborkiem a Jeziorem Drużno, nad którym leżało Truso. Całe to trzykrotne (od rozwidlenia Nogatu) nałożenie drogi, opisane w epizodzie gdańskim podróży Wojciecha z Gniezna do Prus, jest bardzo zagadkowe, ponieważ w opisie okresu poprzedzającego podróż nie ma żadnej wzmianki o dodatkowym celu podróży misyjnej, a trudno sobie wyobrazić, że decyzję o dewiacji podjął Wojciech ad hoc, w trakcie podróży, zwłaszcza gdyby przy tej nieplanowanej podróży miał zgromadzić "od ręki" gotowych na chrzest "gromady ludu".

Oto zarastające dziś i zanikające Jezioro Drużno. Na horyzoncie widoczny Elbląg, a brzeg jeziora z prawej strony zdjęcia oddalony jest klikaset metrów od terenów (niewidocznych na zdjęciu) byłego emporium Truso.


Na marginesie, nazwa rzeki Nogat w pobliżu handlowego centrum w Truso może wywodzić się od ruskiej monety "nogata", związanej wcześniej z arabską srebrną drachmą. Na Rusi Kijowskiej nogata stanowiła ekwiwalent wyprawionej skóry niedźwiedzia lub wilka i stanowiła dwudziestą część wprowadzonej do obiegu przez Wikingów w IX wieku grzywny, która z kolei odpowiadała początkowo wadze pół funta srebra, w formie kutych sztabek. W X/XI wieku grzywna stanowiła na Rusi, w Czechach i w Polsce wartość jednego konia (stąd nazwa, pochodząca od końskiej grzywy). W języku starosłowiańskim *griva to grzywa, szyja lub kark, stąd *grivĭna - naszyjnik, dzisiaj w języku rosyjskim pod słowem "grivna". W Polsce spotykane są z tego okresu grzywny żelazne w formie tzw. płacideł - przedmiotów użytkowych (np. siekier) spełniających rolę pieniądza.

Geneza Gdańska w dalszym ciągu jest więc przez archeologów niedostatecznie rozpoznana, co nie przeszkadza historykom wypełnić istniejące poważne luki o początkach miasta wyłącznie "słowiańskością". Nie można jednak zaprzeczyć, że w najstarszych warstwach archeologicznych gdańskiego grodu znajdowane są datowane na XI wiek zabytki pochodzenia wikińskiego, jak na przykład mosiężne okucie ażurowe "typu gotlandzkiego", zdobiona drewniana łyżka ze splotem pierścieniowo-łańcuchowym w stylu Borre (znanym z zabytków m.in. w Wolinie i w Uppåkra koło Lundu), oliwkowego koloru tasiemka z brokatu pochodzenia bizantyjskiego (z wzorami wyszywanymi srebrną nicią), grzebienie bogato ornamentowane  czy - last but not least, drewniana zawieszka w kształcie młotka Thora - nordyckiego boga piorunów, siły, ochrony ludzi, uzdrawiania i płodności.

Jest ona podobna do bursztynowego młotka Thora z Wolina, datowanego na VIII wiek (zdjęcie obok). Przechowywany jest w niewystawianych zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie, które na nieznanych bliżej podstawach odgadło jego zdaniem oczywisty (bo w stwierdzony w definitywnej formie), chociaż niezrealizowany "zamiar" wolińskiego producenta, jakoby obiekt ten "przeznaczony był na eksport do Skandynawii". Niełatwo jest czytać zamysły osoby nawet nam nieobcej, więc zachodzę w głowę jak "dało się" odczytać intencje niezidentyfikowanej osoby sprzed ponad tysiąca lat? "Import" i "eksport" to wygodne, bo czysto deklaratywne, a zdecydowanie nadużywane narzędzia interpretacyjne dla zabytków ruchomych, w rękach naszych archeologów i historyków.

Czasami łatwiej naszym archeologom przychodzi formułowanie karkołomnych nieraz teorii dotyczących odkrytych artefaktów, aniżeli ich szczegółowe zinwentaryzowanie i opisanie, co wydaje się podstawowym zawodowym obowiązkiem. Nie wiemy na przykład, ile młotków Thora osadzonych było na pierścieniu znalezionym na Srebrnym Wzgórzu w Wolinie na początku lat 1960-tych, pomijając już sam brak publikacji graficznej zabytków. Był to prawdopodobnie tak zwany pierścień wotywny, charakterystyczny dla rejonów środkowej Szwecji rodzaj amuletu, ale znaleziony także w Truso. Większość znajdowanych pierścieni Thora datowana jest na IX wiek i pochodzi z terenów wokół jeziora Mälaren - czyli miejsca narodzin wcześniejszej, wspomnianej wyżej, kultury Vendel. Uderzające są w tym kontekście resentymenty niektórych badaczy wobec odkrywanych w Polsce artefaktów wikińskich, co dzisiaj uniemożliwia jeszcze ich pełną inwentaryzację, nie mówiąc już o publikacjach, które byłyby dostępne szerokim środowiskom zainteresowanych badaczy w kraju i za granicą.

Dodajmy, że odkryty w Gdańsku orientalny jedwab  znajdowany był również w innych grodach Polski, m.in. w Opolu i Kruszwicy, datowany na XI-XII wiek. W tej ostatniej była to stuła (szal), tkana złotą nicią z inskrypcjami i figurami, a także złoty krzyż bizantyjski. Wyjątkowy jest zbiór aż ośmiu rodzajów tkanin w jednym z grobów wikińskich w Kałdusie. Identyfikowane są one z podobnymi tkaninami pochodzącymi ze Skandynawii i z Rusi, w tym jedna z nich oceniona jako tkanina koptyjska (egipska). Niektóre z tych tkanin porównywalne są z innymi znajdowanymi na Pomorzu, w Wielkopolsce i na Śląsku.  O wcześniejszej obecności Wikingów u ujścia Wisły świadczy skarb 17 dirhemów arabskich z lat 724-813, bitych m.in. w Samarkandzie i Bagdadzie, odkrytych 30 km na wschód od Gdańska, w miejscowości Stegna, dawniej Steegen. Znane są monety bite przed powstaniem Gdańska, a odkryte w jego dzisiejszych dzielnicach: na Górze Gradowej - monety arabskie, saskie i ottońskie oraz srebrna moneta angielskiego króla Ethelreda II, w Świętym Wojciechu - monety arabskie i bizantyjskie (prawdopodobnie kolekcja zgromadzona w XIX wieku) oraz w Oliwie - dwa skarby z monetami arabskimi. Po południowej i wschodniej stronie Bałtyku są cztery miejsca, które z uwagi na znalezione tam najstarsze dirhemy z VIII wieku, można uznać jako tereny, gdzie powstały pierwsze wikińskie centra handlowe wśród Słowian i plemion bałtyjskich: ujście Piany, delta Wisły i Pregoły, ujście Dźwiny oraz ujście rzeki Wołchow do jeziora Ładoga.

Jeżeli odrzuciliśmy z góry hipotezę o założeniu Gdańska w inicjatywy Duńczyków lub Szwedów w okresie niezależności politycznej Pomorza wschodniego od Polski (co czynią konsekwentnie historycy), to zbliżamy się do innej hipotezy, że założycielem miasta był Kazimierz Odnowiciel (po 1047 roku) albo raczej Bolesław II Szczodry - jednakże z pomocą skandynawskich budowniczych, a następnie handlowców i rzemieślników. Taki wniosek nie wynika tylko z danych archeologicznych i z niewyjaśnionej toponimii Gdańska (o czym poniżej), ale i z faktu, że po zapaści Polski wynikłej z kryzysu politycznego z lat 1038-1039 (bunt arystokracji i wygnanie z kraju księcia Kazimierza, powstanie ludowe, powiązane z wyżej wspomnianą reakcją pogańską  oraz napad na Polskę przez czeskiego króla Brzetysława I) kraj był zrujnowany, a rzemieślników brakowało do tego stopnia, że Bolesław Szczodry podjął się zbrojnego ataku na Czechy (nieudanego) w celu odebrania im fachowców, których uprowadził ze sobą Brzetysław.

Można przypuszczać, że po opanowaniu Pomorza Gdańskiego to właśnie znających fach morski skandynawsko-słowiańskich Pomorzan Bolesław Szczodry użył dla wsparcia inwazji wikińskiej na Anglię przez króla duńskiego Swena II Estrydsena w AD 1069, o której pisał angielski kronikarz Orderic Vital (łac. Ordericus Vitalis) w swojej "Historia Ecclesiastica": "Jego [Swena Estrydsena] potęga była wielka; zebrał wszystkie siły, jakie uzyskał od przyjaciół i krajów sąsiednich, którym [wcześniej] był pomocny. Pomogła mu Polska, Fryzja i Saksonia." ("Hic ingenti potentia pollebat, universas regni sui vires contrahebat, quibus a vicinis regionibus et amicis auxilia magna coacervabat. Adjuvabant eum Polenia, Frisia necne Saxonia").

Spójrzmy na srebrną monetę wybitą przez Swena Estridsena w AD 1047 w Lundzie, inspirowaną monetami bizantyjskimi, jakie sprowadził z Konstantynopola tamtejszy Wareg Harald Hardrade (Harald III Srogi), wówczas na krótko sprzymierzeniec Swena. Harald po drodze z Bizancjum żył na Rusi u Jarosława Mądrego, gdzie w Nowogrodzie poślubił jego córkę Elżbietę Jarosławównę. Chodzi tutaj o monetę, będącą jednym z pierwszych znanych przedstawień Chrystusa Pantokratora w Skandynawii, które stanie się wkrótce, tak jak i w Europie, głównym motywem dekoracyjnym w absydach duńskich kościołów.

Dostępne dzisiaj źródła milczą, w jaki sposób król duński Swen Estrydsen stał się wcześniej, przed rokiem 1069, pomocny polskiemu. Być może wsparł on pod koniec 1063 roku Bolesława Szczodrego  w spacyfikowaniu wschodnich Pomorzan, którzy w roku 1060 na krótko wyzbyli się zależności od Polski. Kontrolowane przez nich emporium w Truso, jeżeli nie w 1047 roku po zwycięstwie Kazimierza Odnowiciela nad Masławem, to prawdopodobnie w 1063 roku zostało przez Szczodrego zniszczone, a z pomocą Duńczyków założony został dogodniej usytuowany niż Truso gród i port gdański.

Zwróćmy uwagę, że Swen przyjął swoje nazwisko od imienia swojej matki Estrydy Małgorzaty, jak już wspomniałem, siostrzenicy Bolesława Chrobrego i siostry Kanuta Wielkiego. Jest on założycielem królewskiej dynastii Estrydsenów, których godło weszło w skład herbu Danii, a także, w sposób zbliżony - czy przypadkowo ? - do przyszłego herbu Anglii. Także postwikińska Normandia przyjęła (obok, we wcześniejszym okresie, tzw. krzyża skandynawskiego) w swoim herbie ten sam temat tak zwanego kroczącego, strzegącego (bo z podniesioną łapą) leoparda (franc. léopard passant gardant) lub lwa. Przyjmuje się, że w heraldyce sylwetki lwów różnią się od leopardów tym, że lwy przedstawiane są zwykle w postaci stojącej i z głową z profilu. Tym nie mniej Anglicy wolą nazywać swój herb jako wizerunek z lwami.

Oto próba rekonstrukcji grodu gdańskiego z końca XI wieku (rys. K. Nowalińska, 1995). Widoczne jest wewnętrzne ogrodzenie siedziby feudała - zasadźcy (łac. locator) grodu oraz kwartał rybacko-rzemieślniczy. Brakuje natomiast na rysunku po zachodniej stronie grodu, na stałym lądzie, osady przygrodowej.

Nazwa Gdańska, wywodzona od prasłowiańskiego rdzenia *gъd, oznaczającego teren wilgotny, mokradła - chociaż dawno zadekretowana jako toponimia bezdyskusyjna i rozstrzygająca, nie jest w istocie jedyną możliwą hipotezą do przyjęcia. Gdańsk brzmi podobnie jak w języku duńskim Dansk (duński), Polsk (polski), Pommersk (pomorski); w języku szwedzkim odpowiednio: danska, polska, pommerska. Wiele nazw miast/grodów w wikińskiej Rusi, w tym starszych niż Gdańsk (Połock, Smoleńsk, Mińsk, Pińsk, Witebsk, Kursk, Archangelsk, Łuck, wołyński Czersk), a w Polsce zwłaszcza na Mazowszu (Płock - ze wspomnianą wyżej ewolucją końcówki -sk na -ck, Bielsk, Czerwińsk, Stupsk, Grzebsk, Szreńsk, Płońsk, Czersk, Grudusk, Serock, Sońsk, Pułtusk, Świeck, Nasielsk, Lutomiersk, Mińsk i inne w kierunku Rusi), w Wielkopolsce (Słońsk, Dolsk, Zbiersk) itd., a także Słupsk i pobliski Puck, posiadają zakończenie na -sk lub -ck.

Być może zawarty w nazwie Gdańsk i w innych nazwach polskich rdzeń *gъd wywodzi się jednak z prasłowiańskiego *gadь (< guodh-/*guedh-), oznaczającego żmiję, gada, tak jak Gъdьska župa była opolem zamieszkałym przez południowosłowiańskie plemię Gadczanów (starosłow. Gьdьščani). Nie tylko więc małopolski Gdów mógł być pozostałością po zamieszkujących te ziemie przed Lachami/Lędzianami Białych Chorwatach, ale i nazwy takie jak Gdecz, Gdańsk i Gdynia mogą być echem wcześniejszych wpływów językowych chorwackich Słowian z pogranicza z Rusią w kierunku Wielkopolski i Zatoki Gdańskiej. W drodze na Bałkany Chorwaci pozostawili po sobie, znani w historiografii jako Chorwaci czescy, miejscowość Kdyně w Czechach, zwaną dawniej Kdyn (dokument z 1369 roku). Na chorwackiej wyspie Hvar przetrwała do dziś nazwa Gdinj, a w gminie Pag miejscowość Dinjiška (po starej nazwie Gdinjiška) - oba toponimy z rdzeniem *gъd. Zwróćmy uwagę, że w suchym, krasowym krajobrazie Chorwacji trudno byłoby znaleźć uzasadnienie na wywodzenie znaczenia słowa *gъd od bagna, mokradła. Być może Chorwaci pozostawili po sobie nazwę Karkonoszy. Pierwotna nazwa tych gór składa się ze słów "krk", oznaczający kark, szyję - od protosłowiańskiego *kъrkъ - zginać, obracać, oraz z drugiego słowa nosić. Krk to nazwa najbardziej zaludnionej wyspy w Chorwacji.

Duński geograf i historyk Herman Rütgers w swoim traktacie "Regnorum Daniae ac Norvegiae ut et omnium ad ea pertinentium regionum historica et chorographica descriptio", Amsterdam 1669 pisze: "Tutaj także, Zatoka Codanus, ... dla łagodności wymowy nazywana jako Codani, Godani, Gedani, Gdani stąd Dani, w ten sam sposób jak miasto Dantiscum, o starej nazwie Gedanum, a przez Słowian nazwane Gdansck." ("Hinc quoque, Codanus Sinus, ... per Euphoniam sicut Codani, Godani, Gedani, Gdani unde Dani, perinde ac Dantiscum civitas, antiquum nomen Gedanum obtinens, Gdansck à Slavis nuncupatur."). Wspomniany wyżej pomorski kronikarz Tomasz Kantzow na swoim szkicu mapy z AD 1538 określił to miasto jako Dantsk.

"Sinus Codanus" to dzisiejsze Cieśniny Duńskie, które tak nazwał pierwszy znany rzymski geograf Pomponius Mela w AD 43 w swoim dziele "De situ orbis libri III" (trzecia książka, rozdz. 3), od nazwy dzisiejszej wyspy Zelandii, zwanej za jego czasów Codanovia. Niektórzy badacze mylnie łączą tą ostatnią nazwę ze Skandynawią, a Sinus Codanus z całym Bałtykiem, podążając za późniejszym od Meli i zniekształconym opisem Pliniusza Starszego"... immanem…sinum, qui Codanus vocatur, refertus insulis, quarum clarissima est Scatinavia, incopertae magnitudini" - "olbrzymia zatoka zwana Codanus pełna wysp, z których najsławniejsza to Skandynawia, o nieznanej wielkości". Niektórzy nasi historycy słusznie domyślają się związku Zatoki Kodańskiej (Sinus Codanus) z Zatoką Gdańską. Jest to jednak związek etymologiczny, a nie geograficzny.

Mylnie bowiem sądzą, że pod tą łacińską nazwą rzymscy geografowie mieli na myśli akwen, nad którym tysiąc lat później powstał Gdańsk. Nazwa Zatoki Gdańskiej pojawiła się po raz pierwszy jako Sinus Venedicus (Zatoka Wenedyjska lub Wandalska - jak wywodzi Johannes Magnus w dziele "Historia Ioannis Magni Gothi Sedis Apostolicae Legati Svetiae Et Gotiae", Rzym 1554) u Ptolemeusza w II wieku n.e. Wydaje się, że pozostali nad Zatoką Gdańską po okresie wędrówek ludów Wenedowie/Wandalowie wymieszali się ze Słowianami (tzw. akulturacja) tak, że powstał germańsko-słowiański lud używajacy mowy słowiańskiej, który wspomniany już Prokop z Cezarei zaliczył już do Słowian, a Jordanes uznał Słowian, Wandali i Antów jako pochodzących ze wspólnego pnia etnicznego. Oto fragment mapy z Gedanum i Venedicus Sinus, ze zbioru "Geografia cioe descrittione universale della terra partita...", wydanego w Wenecji w 1598 roku.


Herman Rütgers pisze dalej, że (moje wolne tłumaczenie) "Godne jest uwagi, że nasi Gotowie zamieszkiwali kiedyś na Pomorzu i w Prusach, a za pośrednictwem sąsiadujących Germanów ich nazwa została zaszczepiona nie tylko na Jutii (prawopodobnie Cymbrii - południowej Jutlandii - przyp. mój), Jutlandii i Gutlandii (północna część Jutlandii - przyp. mój), ale także na wyspach dwóch królestw - Zelandii i Gotlandii, dawniej zwanych jako Godanonia i Gothonia". ["... est memorabile, quod nostri Gothi Pomeraniam et Borussiam olim inhabitantes, et à vicinis Teutonibus adiuti, nomen suum in Iutiam, Iutlandiam vel Gutlandiam non tantum, verum etiam in Insulas illas duas Regias Zelandiam et Gothlandiam, Godanoniae et Gothoniae nominibus olim notas..."]. Dawna nazwa Zelandii jako łacińskiej Godanonii jest bliska Gedanii - łacińskiej nazwie Gdańska.

Tytuł "Dux Wandalorum" występuje w wielu dokumentach źródłowych nie tylko wobec Mieszka I, ale i w stosunku do książąt pomorskich i obotryckich. Wandalowie to wszakże plemiona wschodniogermańskie, najprawdopodobniej pochodzenia skandynawskiego. Tytułami książęcymi nie posługiwano się w dokumentach "na wyrost" lub przypadkowo; odzwierciedlały one zwykle tereny i ludy poddane określonemu władcy. W odtworzonej treści XI-wiecznego epitafium wyrytego na grobowcu Bolesława Chrobrego ("Chabri Boleslai"), jaka zachowała się w XV-wiecznym włoskim dokumencie w Huntington Library, San Marino, Kalifornia (HM 1036, foliał 206v), kierowane są ku jego pamięci takie między innymi słowa: "Sławny książę, chwała Tobie Bolesławie Waleczny ... królestwo Słowian, Gotów i Polan ..." (Inclite dux tibi laus strenue Boleslaus ... regni Sclavorum Gottorum sue Polonorum …). Chrobry został więc nazwany władcą miejscowych Słowian (zamieszkujących bardziej południową Polskę) i Gotów (osiadłych w północnych terenach Polski) oraz przybyłych z Rusi Polan (skupionych w Wielkopolsce).

Zrodzony dopiero wraz z założeniem grodu gdańskiego pod koniec XI wieku związek etymologiczny nazw "kodańska" i "gdańska", wydaje się, tylko usankcjonował wcześniejsze, wielowiekowe słowiańsko-skandynawskie wymieszanie etniczne w rejonie południowego Bałtyku. Jeszcze dziś Czesi i Słowacy mówią na Kopenhagę Kodaň, a na Danię Dánsko (Danska). Na starym wareskim szlaku z Grodów Czerwieńskich do Zatoki  Gdańskiej leży Czerwińsk nad Wisłą i Czerwińsk na północ od Grudziądza. Kto wie czy Kodeń, leżący nad Bugiem na szlaku z Grodów Czerwieńskich (w części położonej po polskiej stronie dzisiejszej granicy w trójkącie Waręż - Czermno / Perespa - Gródek nad Bugiem) do Zatoki Gdańskiej ("kodańskiej") oraz Gdeszyn w tychże Grodach i Gdów koło Bochni nie mają związku ze słowiańsko-wareskimi relacjami, tak jak je mają Gdańsk i Gdecz (obecnie Giecz)? Wszak małopolski Gdów, wielkopolski Gdecz i pomorski Gdańsk leżały na głównych kierunkach ekspansji ruskich Waregów. Nad Warężanką, lewym dopływie Bugu, leży po stronie ukraińskiej miejscowość Waręż. Oba te toponimy, w języku ruskim odpowiednio Warienżanka i Wariaż, nawiązują wyraźnie do Wariagów czyli po polsku Waregów.

Zatrzymajmy się na chwilę w starej osadzie w Czerwińsku nad Wisłą, przywołanej poraz pierwszy jako Cyruenzch w tzw. Falsyfikacie Mogileńskim pod rokiem 1065 (fragment dokumentu na zdjęciu poniżej, źródło: wikipedia).



Określenie dokumentu jako "falsyfikat" jest nieścisłe i mylące, bowiem dokument jest jak najbardziej oryginalny, jednakże z jego treści wynika, że powstał on w obecnej formie około 1155 roku. Nie oznacza to jednak, że nie został on wówczas przynajmniej w części spisany ze starszych dokumentów, sięgających nawet roku 1065. Jedno jest pewne, że klasztor w Czerwińsku pod łacińską nazwą Cervenscum założył w latach 1129-1138 wspomniany biskup płocki Aleksander. Przed tym okresem była tam z pewnością osada o słowiańskim brzmieniu zbliżonym do nazwy Czerwieńsk, stworzona przez lokalnego suwerena.

Wspomnieliśmy już wyżej, że klasztor mógł powstać z organizacyjno-kulturowym wsparciem opactwa św. Idziego w Liege, z której to diecezji pochodził biskup Aleksander. Nic więc dziwnego, że jeszcze w dzisiejszym kościele poklasztornym widoczne są liczne elementy architektoniczne, charakterystyczne dla sztuki romańskiej w Lotaryngii. Zaskakujące są natomiast w Czerwińsku detale w ornamentyce, odwołujące się do wikińsko-normandzkich, a więc o korzeniach pogańskich tradycji kulturowych. Obecność fantastycznych bestii i monstrów w polskich kościołach romańskich nie może zresztą dziwić, bowiem w ornamentyce całej romańskiej Europy tradycje pogańskie zostały przeniesione do rodzącej się sztuki chrześcijańskiej. Mówimy tutaj jednak konkretnie o możliwych elementach normańskich, widocznych w narożnej głowicy w portalu romańskiego w Czerwieńsku. Pokazana jest ona na poniższym zdjęciu z lewej strony i zestawiona z podobnymi motywami na dwóch narożnych głowicach w południowym portalu kościoła św. Marcina w Holt Fleet, hrabstwo Worcester w Anglii (prawe zdjęcie).

Motywy z mazowieckiego Czerwińska i z normandzkiego Holt, tak pod względem przedstawień figuratywnych, jak i od strony wyrazu artystycznego są bardzo do siebie zbliżone. W istocie wyobrażenia smoków, węży i motywów roślinnych wydobywających sie z ust ludzkich nie są rzadkie w ornamentyce romańskiej w Europie, ale w przypadku Czerwieńska tworzą kompozycyjnie pewne przesłanie, ideę o kontroli smoków - sił zła jednak tym razem nie przez chrześcijańskich świętych (co jest typową narracją), lecz przez jakieś "inne osoby".

Holt zostało wymienione w tzw. Domesday Book (o którym to dokumencie mówiliśmy wyżej) w AD 1086, którego kościół był już wtedy w trakcie przebudowy przez Normanów, nowych władców Anglii. Z przełomu XI/XII wieku pochodzi powyższy fragment portalu tego kościoła.  Lewa głowica na prawym zdjęciu przedstawia wąsatą i brodatą głowę w koronie oraz ramiona i dłonie chwytające wychodzące z szeroko otwartych ust dwa węże-smoki. Oczy w głowie są duże, wyraźne, z otworami w źrenicach. Prawa głowica wyobraża zwiniętego, z otwartym szeroko pyskiem z zębami smoka, z naciętymi brwiami i o wielkich, w kształcie migdała ślepiach i otworach w źrenicach.

Głowica czerwińska przedstawia dwie postacie trzymające smoki za otwarte, zębate pyski, które to smoki owijają ogony wokół nóg tych figur. Postać z lewej strony nosi koronę, a ta z prawej jest osobą starszą od pierwszej, czyli bardziej doświadczoną, ale fizycznie równie sprawną jak pierwsza. U ich nóg wyłaniają się dwie wąsate głowy z wielkimi oczami i z otworami w źrenicach, w hełmach-szyszakach - uosabiających zapewne siły zła, z których z szeroko otwartych ust wydobywają się po dwa węże-smoki, czyli omawiane wyżej żmije.

Zagadkowe są postacie z Czerwińska, sugerujące ich panowanie nad smokami. W tradycji chrześcijańskiej skuteczną walkę smokom wydawali zarówno św. Jerzy jak i św. Michał, jak przedstawia na przykład tzw. Biblia Hardinga ze wspomnianego wyżej zakonu w Cîteaux, z około AD 1111. Ich wizualizacja jest jednak całkiem inna, niż naszych postaci. Obydwaj święci przedstawiani są w strojach rycerskich lub w szatach, zwykle na koniu, z mieczem lub włócznią przeszywającą smoka. Obydwaj mają głowy rzecz jasna w nimbie świętości. Ani jednej z tych cech nie przedstawia postać z Czerwińska. W tradycji saksońsko-wikińskiej pogromcą smoka był wspomniany już wyżej, legendarny władca Beowulf. Czy to nie jego wyobrażenie (postać z lewej strony, z koroną na głowie), a także jego towarzysza Wiglafa (starsza postać z prawej strony) przedstawia kapitel portalu kościoła w Czerwińsku?

Być może postacie  z Czerwińska to jednak całkiem inni bohaterowie średniowiecznych albo nawet antycznych legend, jak sugerowała na przykład historyk sztuki Teresa Mroczko (1932-1990), nazywając Hermesem postać starca z prawej strony kapitelu. Ta postać chyba niekoniecznie kojarzy się z tym właśnie greckim bogiem, ale może mieć ogólnie związek z kultem herosów w mitologii greckiej, nadal żywej wśród artystów bizantyjskich. Któryś z tych herosów potrafił zapewne oswajać i obłaskawiać nawet groźne smoki, aby te służyły swym panom, chroniły ich i ich bliskich przed innymi siłami zła, czy też przed zagrożeniem ze strony innych ludzi. O tej "dobrej stronie" smoków, nieznanej w mitologii chrześcijańskiej, wczesnośredniowieczne ludy nordyckie dowiadywały się również od swoich perskich i arabskich partnerów handlowych, u których tradycje "dobrych smoków" są jeszcze starsze.

Nawiasem mówiąc jest zadziwiające, że Teresa Mroczko - ta bardzo zasłużona badaczka, o cennym dorobku naukowym, jest chyba częściej cytowana w pracach naukowych na Zachodzie niż w Polsce. Wikipedia, stająca się coraz bardziej miarą społecznej aktywności intelektualnej w poszczególnych krajach, w swojej polskiej wersji nie zawiera profilu biograficznego i bibliografii tej badaczki. Partykularny, aspołeczny stosunek środowisk historyków do dorobku naukowego innych kolegów po fachu czasami przypomina niechęć konserwatorów zabytków do niektórych pomników naszej kultury i historii: "są, ale lepiej gdyby ich nie było".

Pewną analogią do czerwińskiego poskramiacza smoków jest  scena z kapitelu w romańskim kościele św. Piotra w Aulnay z pierwszej połowy XII wieku, kiedy to miasto należało do historycznego Księstwa Akwitanii, władanego przez "z bożej łaski króla Anglii, księcia Normandii i Akwitanii" Henryka II Plantageneta. Z Aulnay pochodził też normański ród, z którego rycerz Gohier z Aulnay wspomniany jest przy transakcji wymiany ziemi w Normandii z AD 1231. Nie można więc pominąć normańskich wpływów kulturowych przy budowie tego kościoła (foto: Michel Rochat). Pamiętajmy, że podczas panowania tego jednego z najsilniejszych władców w Europie w Watykanie zasiadał Adrian IV (Hadrian IV), jedyny angielski papież w historii Kościoła, za którego pontyfikatu rozbudowany został klasztor w Czerwińsku.

Popatrzmy jeszcze na zagadkowe twarze wyryte w głowicach kolumn we wspomnianej wyżej kaplicy zamkowej w Durham (z lewej strony na zdjęciu) i w katedrze w Gloucester (z prawej strony). Ich wykonawcami byli XI-wieczni rzemieślnicy normandcy. Nie mają one w żadnym wypadku chrześcijańskiego charakteru sakralnego, ale umieszczone w świątyniach normańskich mogą przedstawiać przemyconego tam Odina (Odyna), boga normańskiego. Podobne wyobrażenia tego boga spotykane są w rzeźbach w drewnie i kamieniu na terenie Skandynawii. Przyjmuje się, że normańskie spirale na głowicach oznaczają motywy roślinne, listne, w ornamentyce chrześcijańskiej uznawane generalnie jako symbole raju. Spirale na narożnikach kapiteli występują także (niedokładnie odtworzone) w kościele św. Idziego w Inowłodzu.



Wróćmy nad Zatokę Gdańską. Puck jest najstarszym miastem w tej części Bałtyku, bowiem potwierdzone archeologicznie początki osadnictwa sięgają III-IV wieku, czyli czasów rzymskich. Poza odkrytymi z tamtego okresu pod fundamentami byłego zamku krzyżackiego szczątkami zabudowy, z Pucka pochodzą trzy złote monety cesarza bizantyjskiego Teodozjusza II (AD 401-450). Do okresu wędrówek ludów w V wieku Puck był nie tylko miejscem, do którego docierał handel z terenów cesarstwa rzymskiego, ale  i prawdopodobnie portem, podobnie jak wówczas Kołobrzeg, łączącym go ze Skandynawią będącą docelowym przeznaczeniem towarów rzymskich. Jeżeli w okresie rzymskim i migracyjnym znajdujemy na Pomorzu mniej liczne i mniej okazałe niż w Skandynawii artefakty to wynika to z faktu, że elity pomorskie były słabiej wykształcone i mniej zamożne, niż po północnej stronie Bałtyku. "Pomorskość" tych elit nie miała naturalnie jeszcze nic wspólnego ze słowiańskością, która miała dopiero co się tutaj zadomowić.

Dwie złote monety Teodozjusza II (oraz m.in. złoty pierścień z napisem runicznym) znaleziono także w Karlinie nad Regą, 30 km od Kołobrzegu. Kupcy rzymscy i bizantyjscy dostarczali swoje towary z reguły na bazie dzisiejszej formuły handlowej FOB (free on board) port południowo-bałtycki, na co wskazuje fakt że po polskiej stronie Bałtyku znaleziono dotychczas około 60 tysięcy monet rzymskich, podczas gdy w Skandynawii niewiele ponad 11 tysięcy. Należy jednak pamiętać, że to nie na ziemiach południowo-bałtyckich ale w Skandynawii (Gudme, Uppåkra, Sorte Muld, Helgö, Lejre, Tissø),  koncentrowała się dla tamtejszych rodów arystokratycznych produkcja złotnicza, dla której część rzymskich monet posłużyła jako surowiec do przetopienia. Porty po połabsko-pomorsko-bałtyjskiej stronie obsługiwane były przez odbierające towary rzymskie statki skandynawskie, z przeznaczeniem głównie na wyspy duńskie, Gotlandię i Skandię.

Związek polskich ziem ze Skandynawią w okresie migracyjnym potwierdzają dwa egzemplarze zapinki tego samego typu znalezione w Sorte Muld na Bornholmie (zdjęcie obok) i w Radziejowie Kujawskim, datowane na początek VI wieku. Dopóki polski archeolog nie natknął się na egzemplarz z Bornholmu przez wiele lat utrzymywał (Bartosz Kontny 2014 "The first relief brooch from the territory of Poland"), że zabytek kujawski z uwagi na płytki relief reprezentuje typ tzw. "zapinki kontynentalnej" (zachodnioeuropejskiej), ze zdobieniem wskazującym na motywy przypisywane nordyckiej boginii płodności, Freji (Freya). Zaklasyfikował on broszkę z Radziejowa jako "import" (w domyśle z Europy zachodniej), co trudno byłoby uznać za opinię rzetelną naukowo. Nie można bowiem wyeliminować możliwości, a faktycznie dużego prawdopodobieństwa - skoro przyznaje on iż artefakt nie nosi "żadnych śladów zużycia", że broszka ta została odlana na Kujawach dla miejscowej Skandynawki. Autor niestety nie podjął wysiłku logiczego uzasadnienia swojej tezy, aby wykazać jej prawdziwość, albo chociaż wysokie prawdopodobieństwo, we wszystkich modelach odtwarzających okoliczności powstania artefaktu. Oto powyżej fragment skarbu Sorte Muld ze złotymi brakteatami rzymskimi w formie zawieszek i złotymi paciorkami, który gromadzony był od połowy V do początku VI wieku (foto: Vikingeskibs Museet).

Wiek znalezionych na dnie Zatoki Puckiej trzech łodzi klepkowych początkowo ustalony został metodą radiowęglową na kolejno 555, 950 i 1250 rok. Ostatnie pomiary metodą dendrochronologiczną zasadniczo je "odmłodziły", w tym najstarszą jednostkę aż o 4 wieki, i obecnie datowana jest ona (oznaczona jako P-2), na połowę X wieku. Ten rodzaj okrętu wojennego, z umocowanym do stępki solidnym klocem podmasztowym, konstrukcyjnie zbliżony był do wikińskich łodzi żaglowych z Oseberg, Gokstad i Kvalsund.

Stary port w Pucku zaginął w XIV wieku nie z powodu podniesienia się poziomu morza - jak utrzymują niektórzy historycy i co nie jest prawdą, ale z powodu procesów erozyjno-akumulacyjnych, prowadzących do spłycenia akwenu przyportowego oraz toru podejściowego (tzw. Rybitwia Mielizna), uniemożliwiającego w okresie hanzeatyckim wejście większych statków typu koga. Puck musiał więc ulec konkurencji głębszego i lepiej ulokokowanego przy spławnej Wiśle portu w Gdańsku. Nabrzeża i pomosty dawnego portu puckiego zbudowane zostały w typowej dla Wikingów technice na palach dębowych, z zastosowaniem konstrukcji jarzmowych, koszowych i hakowych. Zlokalizowane w morzu wały nie wydają się być pozostałością falochronu - w tym najbardziej osłoniętym od morza zakątku Zatoki Puckiej, jak sądzą niektórzy historycy, ale częściowo rozmytą - stosowaną przez Wikingów także w innych portach (np. Roskilde) - podwodną zaporą, tworzącą blokadę przed atakiem obcych okrętów. Oto zaznaczona lokalizacja średniowiecznego portu w Pucku (źródło: portal e-zabytek).


Wracajmy do toponimii Gdańska. W języku szwedzkim istnieją przymiotniki dzierżawcze zakończone na -sk pochodzące od nazw miast, takie jak: pskowsk (pskowski), novogrodsk, stockholmsk (sztokholmski), kubansk, konstantinopolsk, tversk  - a więc podobnie do polskich końcówek -ski lub -ska. "Polska mowa" to po szwedzku polska språk. Szwedzkie słowa rysk (rosyjski, Rosjanin) i ryska (Rosjanka) mają końcówki niemal analogiczne jak w polskiej czy rosyjskiej antroponimii (nauce o nazwiskach): -ski(j) dla rodzaju męskiego, -ska(ja) dla rodzaju żeńskiego. 

Zauważmy, że takie końcówki w nazwiskach pojawiły się u polskiej (i odpowiednie u rosyjskiej) szlachty pod koniec XIII wieku - po kilku wiekach kulturowej i genetycznej interakcji z osiadłą na Rusi i w Polsce, a także na Pomorzu, szlachtą skandynawską. Wyraźna jest także analogia w toponimii m.in. takich miast jak Wolin dawniej Wołyń, Gniezno dawniej Gniezdno i Gniezdun (a także Gniezdowo - obecnie Gnieżdżewo, koło Pucka) i wareskie Gniezdowo, Płock i wareski Połock, podlaski Brańsk i wareski Briansk, Mińsk (Mazowiecki) i wareski Mińsk. 

Pod rokiem 946 pojawia się w Kronice Nestora podkijowski Wyszgorod (dawniej takze Wyszegrad, Wusegard), o którym (po grecku Βουσεγραδε) w AD 952 cesarz Konstantyn VII pisze jako o jednym z ruskich miast, które wysyła statki do Konstantynopola. Nazwa tego grodu, jak i wielu innych grodów na Rusi, w ciągu kolejnego wieku przeszła na tereny Słowian zachodnich (Czechy, Węgry/Słowacy, Polanie, Pomorzanie), wraz z osiedlającymi się tam Waregami. I tak jeszcze przed końcem X wieku pojawił się pod Pragą Wyszehrad (Vyšehrad), w AD 1009 w dokumencie łacińskim węgierski Wyszehrad (Visegrád), w AD 1056 podpłocki Wyszogród (Wyszegrad), a w AD 1113 broniący Pomorza przed Polanami podbydgoski Wyszogród.

Sam Gall Anonim, cudzoziemiec, zdawał sobie sprawę że Gniezno pochodzi od słowiańskiego słowa gniazdo: "Był mianowicie w mieście Gnieźnie, które po słowiańsku znaczy tyle co gniazdo ..." (Erat namque in civitate Gneznensi, quae nidus interpretatur Sclavonice...). Przykłady te wskazują na językowe związki słowiańsko-wareskie, które jak wiemy, najsilniej i najdłużej przebiegały we wczesnym średniowieczu. Zwróćmy uwagę, że kronikarz ten nie pisał o naszym języku inaczej jak o "słowiańskim", a nigdy "polskim", co wskazywałoby na niewyraźne jeszcze w jego czasach rozdzielenie mowy słowiańskiej na języki narodowe.

We wczesnym średniowieczu ziemie polskie były jednym z ogniw transferu kulturowego, jaki przebiegał z Bizancjum przez Ruś do Europy zachodniej. Wbrew oczywistym źródłom pisanym i archeologicznym niektórzy historycy usiłują tworzyć jeszcze jeden mit - czystej, nieskażonej obcymi (zwłaszcza wschodnimi) elementami, "cywilizacji łacińskiej", w oparciu o którą jakoby powstała Polska. Nie tylko państwo ruskie ale i Europa zachodnia absorbowała stymulujące prądy cywilizacyjne ze Wschodu, czego tamtejsi historycy się nie wypierają. Uznając, że we wczesnym średniowieczu to nie Europa post-galloromańska, ale Bizancjum stało się spadkobiercą wielkiej kultury antycznej, Kenneth Setton, ceniony amerykański mediewista w swojej pracy "Bizantyjskie podłoże włoskiego renesansu" (1956) zauważyłże "Byli oni (Bizantyjczycy) nauczycielami dla Włochów, a ci stali się nauczycielami dla nas wszystkich". 

Brytyjski historyk nauki Frank Sherwood Taylor, niezaangażowany w uprawianą przez niektórych badaczy historii powszechnej propagandę, odwołującą się głównie lub wyłącznie do łacińskich (rzymskich) korzeni cywilizacji europejskiej, zwraca uwagę że to w Grecji sześć wieków p.n.e. powstały teoretyczne podstawy nauki, a "... teorie ich zawładnęły światem na przeszło dwa tysiąclecia, a tak zwana nauka zachodnia była nauką grecką. Rzymianie, Arabowie jak również mędrcy wieków średnich zdołali jedynie rozbudowywać osiągnięcia i koncepcje nauki greckiej" ("Historia nauk przyrodniczych w zarysie", 1962).

Nie miejsce tutaj na rozwijanie tematu wpływu sztuki bizantyjskiej na sztukę karolińską, później ottońską i w końcu romańską, ale warto przywołać tutaj tak zwany Ewangeliarz Godeskalka, wykonany na zamówienie Karola Wielkiego w AD 781-783, którego jedną z ilustracji widzimy po lewej stronie. Jest to bizantyjski wzór Chrystusa Pantokratora w krucyfiksowym nimbie, o czym mówiliśmy wcześniej. Ewangeliarz ten powszechnie uważany jest za przykład karolińskiej sztuki iluminacyjnej, chociaż wszystkie sześć miniatur tam zawartych ma wszelkie cechy ikonografii bizantyjskiej. "Karolińskość" zabytku sprowadza się głównie do napisanego minuskułą karolińską poematu dedykacyjnego podpisanego imieniem Godescalc, który tylko uzupełniał tekst podstawowy. Ten ostatni, napisany w archaiczną uncjałą, powstał prawdopodobnie wcześniej lub znacznie wcześniej (z uwagi na zastosowanie także tak zwanej majuskuły rustykalnej), aniżeli dedykacja Godeskalka, w oparciu o którą datuje się zabytek i jego kulturowe pochodzenie. 

Realizując pod hasłem Renovatio Romanorum Imperii swój polityczny i militarny projekt  odnowienia upadłego u schyłku IV wieku cesarstwa rzymskiego, w sferze odnowy kulturowej Karol Wielki oparł się o dwa najważniejsze wówczas centra cywilizacyjne w Europie: kulturę bizantyjską od ostrogockiej Lombardii po wizygocką Katalonię, oraz ruch monastyczny w Anglii i Irlandii. Kanclerzem królestwa karolińskiego został Wizygot Teodulf, odpowiedzialnym za szkolnictwo w królestwie był Anglosas Alkuin (Alcuin), zaś autorem wzorcowego zbioru kazań wspomniany wyżej Longobard Paweł Diakon. Podstawową tkanką kulturową dla powstania sztuki karolińskiej stał się bizantyjski dorobek cywilizacyjny. Sztuka ta nie powstała więc ad hoc, "na rozkaz" Karola Wielkiego (ani tak, jak jak deklaruje to wcześniej wspomniane Muzeum Morskie w Gdańsku - "na rozkaz" Chrobrego Polanie zaczeli budować łodzie klepkowe), ale była procesem trwającym już od VII wieku, odkąd przybyły z Bizancjum ruch monatyczny zaczął rozwijać się w Europie.

Warto także  przypomnieć, że obok wspomnianej wyżej najważniejszej katedry Cesarstwa Karolińskiego w Akwizgranie z przełomu VIII/IX wieku, także X-wieczna katedra św. Donata w Brugii (zburzona pod koniec XVIII wieku), czy też XI-wieczny kościół św. Piotra i Pawła w alzackim Ottmarsheim zbudowane zostały na planie oktagonalnym, na wzór kaplicy z tej pierwszej katedry. Kaplica św. Mikołaja w Nijmegen (Nimwegen) z XI wieku (gdzie w AD 991 zmarła cesarzowa Teofanu), czy z tego samego wieku kaplica św. Bartłomieja w Paderborn,  zbudowane zostały nie tylko na klasycznych wzorcach bizantyjskich, ale i przez bizantyjskich budowniczych ("per operarios graecos construxit"). Większość X/XI-wiecznej architektury bizantyjskiej w Europie zachodniej pozostaje jednakże na poziomie reliktów fundamentów i krypt kościołów, jak na przykład IX-wieczne krypta i tak zwany westwerk (przybudówka do nawy od strony zachodniej) w katedrze pod łącznym wezwaniem św. św. Kosmy i Damiana oraz św. Marii w Essen, w większości gruntownie przebudowowywanych w kolejnych stuleciach. Ale i wśród nich, najczęściej w najniższych  partiach budowli, zachodni historycy sztuki znajdują tak zwane kapitele bizantyńskie. 

Jeden z rodzajów kapiteli bizantyńskich, o których mówimy poniżej, występuje zasadniczo w formie ściętego i odwróconego stożka lub piramidy, nieraz zbliżających się do formy wypukłej kostki z zaokrąglonymi od dołu krawędziami. Ma ściany pokryte wzorami liścia akantu, przeplatanymi motywami liścianymi, palmetami, rozetami lub motywami geometrycznymi. W swej starszej formie ściany są gładkie, na których nanoszono kolorowe freski (tak zwane głowice kostkowe). Spotykane są w kościołach takich, jak św. Marii na Kapitolu w nadreńskiej Kolonii (możliwe, że sprzed AD 965), w opactwie Notre-Dame w normandzkim Bernay, w XI-wiecznej normandzkiej krypcie katedry w Worcester, w południowym transepcie normańskiej katedry w St. Albans, w burgundzkiej kolegiacie Saint-Aignan w Orleans, czy w śródziemnomorskim opactwie św. Marii w Valmagne, nie wymieniając już licznych kościołów we włoskiej Lombardii.

Kapitelami bizantyńskimi są dwie, niżej zestawione głowice kolumn z kościołów romańskich św. Trójcy w Strzelnie (z lewej strony, źródło: Album Romański) oraz z Notre-Dame w Wassy, we francuskiej Szampanii (z prawej strony, źródło: Art roman Nord et Est de la France)


Zwracają uwagę na tych zbliżonych kompozycyjnie i architektonicznie zakończeniach kolumn charakterystyczne cechy bizantyńskie: wzory roślinno-geometryczne oszczędne, płaskorzeźby tylko nieznacznie modelowane i spłaszczone (a więc o "uproszczonym" lub "płytkim" reliefie - bezzasadnie rezerwowanym przez niektórych historyków dla sztuki zachodnioeuropejskiej), które nie naruszają kształtu, profilu głowicy.

Nawiązują one do bizantyńskich kapiteli w VI-wiecznej bazylice św. Witalisa w Rawennie (zbudowanej w okresie panowania Gotów wschodnich w Królestwie Ostrogotów) i IX-wiecznej bazylice św. Marka w Wenecji. Ta forma kapiteli, pierwotnie przyjęta w Lombardii i Wenecji, rozpowszechniła się szczególnie w kościołach romańskich Normandii i północnej Europy.


Powyższa ilustracja (na podstawie: T. G. Jackson "Byzantine and romanesque architecture", Cambridge 1913) przedstawia wnętrze zbudowanej w AD 1039 krypty katedry św. Marii w Spirze (Speyer), której kapitele kostkowe pozbawione są rzeźbionej dekoracji. Niemal identyczne są nie tylko kapitele, ale także kolumny, łuki, arkady i sklepienia w krypcie św. Leonarda z AD 1115 w katedrze na Wawelu. Jej pierwotnym i jedynym od początku XI do połowy XIII wieku patronem był św. Wacław, władca czeski który w 925 roku przyjął dla swego kraju (a więc zapewne i dla ówczesnej Małopolski) chrześcijaństwo. O trwających jeszcze w XII wieku bliskich związkach kulturowych po obu stronach Karpat świadczy wiele architektonicznych analogii pomiędzy rotundą św. Feliksa i Adaukta na Wawelu z rotundą w Hrast w Podgrodziu Spiskim na Słowacji.

Interesujące są okoliczności nazwania najstarszej krypty wawelskiej imieniem św. Leonarda.  Od jego śmierci w VI wieku nie zachował się żaden przekaz  z jego imieniem, a legenda zaczęła się rodzić dopiero od napisania "Vita Sancti Leonardi" przez Jordana (Jourdain), biskupa Limoges w AD 1029. Jego legenda zaczęła się szybko rozchodzić po Europie od AD 1103, kiedy to "w cudowny sposób" został uwolniony, po trzech latach więzienia u emira w muzułmańskiej już wtedy Kapadocji (Turcja) Bohemond (Boemund), syn wspomnianego wyżej księcia normańskiego Roberta Guiskarda, sponsora klasztoru Monte Cassino. Guiscard nazwał tak syna za legendarnym, biblijnym olbrzymem zwanym Behemot. Po uwolnieniu Bohemond udał się do zakonu św. Leonarda w Noblat, gdzie wniósł wielki dar dziękczynny na kontynuowną tam budowę pierwszego kościoła pod wezwaniem tego świętego, patrona m.in. uwięzionych. Krypta wawelska jest jedną z pierwszych w Europie, która przyjęła to imię za patrona.

Interesującym jest, że przywódcami pierwszej krucjaty w AD 1096-1098 nie byli żadni Galowie, Frankoni czy Rzymianie, ale trzej potomkowie książąt normańskich: wspomniani wyżej Godfryd z Bouillon (Lotaryngia) i Boemund z Hauteville (Normandia) oraz Rajmund z Tuluzy, potomek wizygockiego Ponsa Williama, "księcia Gotii". Można powiedzieć: "umarł król, niech żyje król!", patrząc jak ze sceny historii schodzili wówczas Wikingowie - "awanturnicy", a wstępowali na nią ich potomkowie, już jako "cywilizowani Europejczycy" - normańscy książęta, pretorianie Kościoła.

Także romańskie katedry w Moguncji (Mainz) i w Wormacji (Worms), w swoich najstarszych partiach zachowały relikty sztuki lombardzkiej. W górnym rogu wklejona jest ilustracja tego samego typu kapitelu, pochodzącego z absydy w X-wiecznej bazylice w Murano (region Wenecji). Zbudowana w stylu wenecko-bizantyjskim (z kolumnami z marmuru greckiego) pierwotnie miała wezwanie św. Marii, a od AD 1125 św. Donata (obecnie używa się obydwu). Chociaż w okresie rzymskim Włosi używali sławnego do dziś marmuru z własnych kopalń w Carrara (odcienie bieli z szarymi żyłkami), to jednak w okresie wpływów bizantyjskich sprowadzano do Italii twardszy marmur grecki (kilka gatunków kolorystycznych), stosowany szczególnie przy wyrobach sarkofagów, kolumn i kapiteli.

Spójrzmy jeszcze powyżej na jedną ze scen Sądu Ostatecznego, jaką przedstawia XII/XIII-wieczna mozaika we wspomnianej wyżej bizantyjskiej bazylice Santa Maria Assunta di Torcello w Wenecji. Wyobraża ona biblijne zstąpienie Chrystusa do piekieł, poprzedzające jego zmartwychwstanie, określane widocznym w tle słowem greckim Anastasis. Chrystus dzierżąc w dłoni dwuramienny krzyż patriarchalny depcze bramy piekieł, a po bokach towarzyszą mu odziani w bogate szaty bizantyjskie archaniołowie Gabriel i Michał, trzymający w dłoniach kule z patriarchalnymi krucyfiksami - symbolami władzy cesarskiej.

Podobny charakter ikonografii bizantyjskiej tego samego motywu zstąpienia Chrystusa do piekieł utrwalony został na srebrnej plakietce zdobiącej rosyjską księgę liturgiczną z XVIII/XIX wieku (zdjęcie z prawej). Ten typ ikonografii, dominujący w Europie w kulturze przedromańskiej i romańskiej, jak widać kontynuowany był w kulturze rosyjskiej aż po czasy współczesne. Zabytek znajduje się w zbiorach Muzeum Regionalnego w Szczecinku.

W kontekście przenikania sztuki bizantyjskiej do Europy karolińskiej i później ottońskiej czyż można więc się dziwić, że wpływ Bizancjum był kulturowo i politycznie jeszcze bardziej silny na Rusi, a przez nią - już w mniejszym stopniu, także w Polsce? Oto fragment drzeworytu z "Liber Chronicarum" z AD 1493 pokazujący okolice bazyliki św. Zofii (Mądrości Bożej) w Konstantynopolu. Pod tym samym wezwaniem i w oparciu o wzory bizantyjskie zbudowano XI-wieczne katedry w Kijowie oraz w Nowogrodzie

Znaczące na poniższym kolorowanym drzeworycie są umieszczone nad bramami miasta herby dwugłowych orłów - już wówczas (od Iwana III Wielkiego) godło państwowe Rosji. W Bizancjum godło to symbolizowało imperium, które patrzyło jednocześnie na Wschód jak i na Zachód.

Na przykładzie podejścia do historii Gdańska widać, że owoce naszych badaczy historii nie ustępują dawnym osiągnięciom nauki z epoki demokracji ludowej: metodę Do-Ro-Pro (Dobra Robota Propagandowa) twórczo udoskonalili, zastępując ją godną XXI wieku metodą SRWT (Self-Realizing Wishful Thinking), dzięki której - mimo braku solidnych dowodów na istnienie X-wiecznego grodu gdańskiego, zdołali ustalić ponad wszelką wątpliwość, że był to już wtedy gród słowiański. A na poważnie, ważąc dostępny dorobek historyczny i archeologiczny, a pomijając urobek propagandowy wydaje się, że nie można dłużej marginalizować hipotezy, że gród tamtejszy (raczej młodszy niż starszy) powstał przy udziale skandynawskiego zasadźcy (posadnik u Waregów), który zbudował go i rozwinął rzemiosło i handel w oparciu o ludność słowiańsko - skandynawską osady (poprzedzającą późniejszą osadę przygrodową), zwanej Gyddanyzc, Danyzc, Gdanzc, Dantsk lub podobnie. 

Dopiero prawdopodobnie za Bolesława Krzywoustego (około AD 1125) gród ten został obsadzony namiestnikiem piastowskim (Sobiesław I lub jego nieznany poprzednik). Wydana w Reims 4 kwietnia 1148 roku przez papieża Eugeniusza III tzw. Bulla Włocławska potwierdziła przynależność castrum Kdanzc do biskupstwa we Włocławku. Być może, w świetle wspomnianej wyżej, pochodzącej dopiero z przełomu XII/XIII wieku wersji żywota św. Wojciecha zawierającej nazwę Gyddanzc, określenie Kdanzc z bulli papieskiej z AD 1148 może jawić się jako najstarsza, znana nazwa Gdańska. Pół wieku po włączeniu Gdańska do polskiej administracji kościelnej Sobiesław I zbudował w tym mieście pierwszy, jeszcze wtedy drewniany kościół, który przyjął wezwanie św. Katarzyny.

Przykładem na istniejące związki, nie tylko handlowe (jak np. wspomniany wyżej obrót monetami arabskimi i bizantyjskimi), ale i militarne między wikińską Rusią a państwem Piastów (potwierdzone absolutną dominacją militariów skandynawskich w zabytkach na ziemiach polskich z tamtego okresu) są hełmy, zwane szyszakami, uznane w Polsce jako polskie hełmy, tak zwanego "typu wielkopolskiego", znane z Wielkopolski i Małopolski (Silniczka). W rzeczywistości ich forma, a zapewne i ich wyrób przyszedł do nas z normańskiej Rusi, gdzie w X-XI wieku było centrum ich produkcji. Ten z lewej na poniższej ilustracji datowany na koniec IX wieku, pochodzi z Gniezdowa (źródło: "Mediaeval Costume Armour & Weapons" E. Wagner, 1958), a z prawej z wielkopolskiego grodu w Gieczu (dawniej Gdeczu), datowany na X wiek. Obydwa okazy miały oryginalnie tzw. nosale - ochronę nosa, oraz pióropusze. Ta forma szyszaków, datowanych na okres X-XIII wiek i uznanych przez archeologów jako będących pochodzenia ruskiego, znana jest także z Sambii (Lermontovo, niem. Groß Friedrichsberg i Vetrovo, niem. Ekritten).

Po tych długich wojażach po wikińskiej Europie czas powrócić na Ziemię Manowską, aby zorientować się, w jakim stopniu archeologia dostarcza materiałów poświadczających istniejące we wczesnym średniowieczu związki kulturowe, a więc i społeczne między tutejszymi Słowianami i współżyjącymi z nimi Skandynawami. Niech punktem wyjścia będzie ta oto mapka autorstwa największego moim zdaniem przedwojennego badacza prehistorii Pomorza, jakim był Władysław Łęga.  


W odróżnieniu od dzisiejszych historyków i archeologów Władysław Łęga nie podejmuje się naukowo bezpłodnego zadania, czyli określania przynależności etnicznej pojedyńczych zabytków i "udowadniania" ich słowiańskości, a skupia się na tym co jest możliwe i celowe: na analizie zabytków z punktu widzenia cech kulturowych, jakie w sobie i w archeologicznym kontekście noszą i na zrekonstruowaniu i wyodrębnieniu, w miarę możliwości, pewnych zespołów kulturowych, jakie istniały na Pomorzu we wczesnym średniowieczu.

Kontekst etniczny W. Łęga wyprowdził ostrożnie dopiero po wyodrębnieniu 12 grup kulturowych konkludując, że grupy te mogą reprezentować odpowiadające im "odcienie" etniczne. Tak znaczne, względne zróżnicowanie kulturowe na obszarze Pomorza w okresie przedpaństwowym (czyli przed powstaniem w XII wieku Księstwa Pomorskiego) należy tłumaczyć wspomnianym wyżej, trwającym od VI do XI wieku, procesem przenikania się kulturowego między poszczególnymi plemionami pomorskimi i miejscowymi (tam gdzie istniały) grupami mniejszości skandynawskich. W niektórych rejonach procesy te wzmacniane były świeżym napływem Skandynawów i Waregów w epoce Wikingów, głównie w IX-X wieku.

W. Łęga stwierdza, że wiele elementów kulturowych w analizowanych wczesnośredniowiecznych zabytkach na Pomorzu, wykazuje związek z wcześniejszymi epokami archeologicznymi: z okresem wpływów rzymskich, z okresem lateńskim i z tak zwanym łużyckim kompleksem kulturowym, sięgajacym późnego stadium epoki brązu. Oznaczałoby to względną stabilność osadniczą części ludności Pomorza od epoki brązu po wczesne średniowiecze. Tezy W. Łęgi stoją zatem w opozycji do głównej linii narracyjnej współczesnej naszej historiografii, która zasadniczo nie uznaje obecności na Pomorzu obcego, pozasłowianskiego elementu etnicznego w okresie od VI do XII wieku, bądź przyjmuje że ewentualne, nieliczne obce elementy etniczne i kulturowe, jakie zastali Słowianie po przybyciu na Pomorze, zostały zupełnie roztopione w "żywiole słowiańskim". Oto srebrne i pozłacane zapinki (fibuly) palczaste z okresu wędrówek ludów, znalezione w oddalonym o 15 km od Manowa Świelinie.
 

Również w tej dziedzinie niektórzy archeolodzy stwierdzili istnienie "srebrnych fibul palczastych typu słowiańskiego z VI-VII wieku n.e.", co jest chybioną interpretacją jako należących do słowiańskiej wspólnoty kulturowej różnych wzorów zapinek, pochodzących z przenoszenia ich między odległymi miejscami ich archeologicznej lokalizacji (Krym, dolny Dunaj, środkowy Dniepr i Mazury). Plemionami wymieniającymi między sobą ten rodzaj zapinek były moim zdaniem ludy wywodzące się z tradycji gocko-gepickiej Wenedów. W okresie migracji w IV-VI wieku wymieszały się one w dorzeczu Dniepru aż po południowy Bałtyk ze Słowianami, a powstały nowy konglomerat etniczny dalekim echem dotarł do czasów Galla Anonima, gdy ten pisał o "Sarmatach czyli Getach" jako współczesnych mu sąsiadach Słowian.

Podobnie trudno dyskutować nad wprowadzonym przez historyków pojęciem "szłomów wielkopolskich", czyli wspomnianych wyżej wczesnośredniowiecznych hełmów, które nigdy rzetelnie nie zostały zdefiniowane poza faktem, że znalezione w Wielkopolsce, ale również i w Małopolsce. Czym one miałyby się różnić od wareskich hełmów z Rusi Kijowskiej i wikińskich z bitwy pod Hastings lub uwidocznionych na poniższym gobelinie z przełomu XII/XIII wieku z Baldishol, Norwegia ?


W podziale zaproponowanym przez W. Łęgę Ziemia Manowska znalazła się w obrębie Kołobrzesko-Białogardzkiej grupy kulturowej. Specyfiką tej grupy ludności w stosunku do pozostałych, jest najszerszy tutaj, względem innych działalności, zakres prowadzonego handlu. Największa w tym zasługa solanek kołobrzeskich, a być może także łowionych i sprzedawanych poza Pomorze śledzi. Wydaje się, że w tej grupie Budzistowo (Kołobrzeg) pełniło główną na tym terytorium funkcję handlowo-gospodarczą, podczas gdy Białogard (Białygród) spełniał rolę centrum politycznego i kultowego jednego z kilkunastu istniejących na Pomorzu plemion, które nazwałbym Parsęcianie.

Zapewne na początku XI wieku, kiedy Piastowie ustanawiali biskupstwo w Kołobrzegu, mogli się przekonać o randze Białogardu, co później utrwalił w historii Gall Anonim, dając mu miano miasta "królewskiego i znamienitego". Chciaż gród został splądrowany i spalony w 1090-1091 roku w czasie najazdu wojsk Władysława Hermana, o czym wzmiankuję wyżej, zdołał on po utracie przez Piastów kontroli nad Pomorzem odbudować swoją pozycję i stał się jednym z pierwszych ośrodków władzy w przyszłym Księstwie Pomorskim.

Prawdopodobne jest moim zdaniem, że po zniszczeniu Wolina przez Duńczyków w 1043 roku centrum władzy politycznej na Pomorzu, zanim pod koniec tamtego wieku nie zostało przeniesione do Kamienia, znajdowało się w Białogardzie. Tam mógł rezydować pierwszy wymieniony w rocznikach z klasztoru benedyktyńskiego w Niederalteich z około 1073 roku pomorski książę Siemomysł lub Siemosił (Zemuzil Bomeranorum).

Położona 30 km na zachód od Białogardu wieś Siemyśl, dawniej Simoitzel, nawiązuje do imienia tego władcy. Nie wiadomo, czy była pierwotnie własnością Siemomysła, ale wiemy że w XIII wieku należała do szlacheckiego rodu Borków (von Borcke). Najstarszy zachowany dokument rodowy pochodzi z AD 1186 ("Pribislaus filius Borkonis"). W 1298 roku Mikołaj Bork (Borek) z Łobza zapisał tą wieś klasztorowi cysterek w Koszalinie. Około 1860 roku odkryto w Siemyślu skarb około 500 ottońskich, angielskich, duńskich, norweskich, węgierskich, czeskich, rzymskich i arabskich monet (najmłodsza arabska z 991 roku, najmłodsza europejska z AD 1063-1074), z których trzy spośród duńskich miały napisy runiczne.

W dniu 24 czerwca 1046 roku w imieniu Pomorzan Siemomysł stawił się na dworze cesarza Henryka III w Merseburgu, razem z Kazimierzem Odnowicielem (Kazimir Boloniorum) i czeskim księciem Brzetysławem I (Bratizlao dux Boemorum), w celu rozstrzygnięcia sporu pomiędzy tymi państwami. Fakt ten wskazuje na rysującą się w owym czasie podmiotowość polityczną Pomorza, a więc nieprzynależność do Polski. Być może została ona także potwierdzona w kronikach al-Masudiego, arabskiego geografa zmarłego w 956 roku, który wymienił słowiańskie (Saqaliba) plemię Sasin, interpretowane przez niektórych historyków jako Szczecinianie, chociaż niewykluczone jest, że chodziło o Czechów lub nawet Saksonów.

Zdaniem W. Łęgi około połowy XI wieku nastąpiła ekspansja kulturowa z rejonu Białogardu w kierunku dzisiejszego Koszalina, czyli na Ziemię Manowską. Tutaj już od IX wieku istniał gród w Kretominie oraz prawdopodobnie osada palowa w Boninie. Osada ta, podobna (ale dużo mniejsza) do tej z Parsęcka koło Szczecinka, miała układ ulicowy - w formie pomostu, do którego przylegały, także na palach, chaty wielkości 3 x 3 metry.  W. Łęga wymienił także osadę palową, jaka znajdowała się po północnej stronie obecnego Koszalina. Wczesnośredniowieczna palisadowa konstrukcja domów znana jest z Wolina, Gdańska i Międzyrzecza. IX-wieczny gród nad Jeziorem Kwiecko koło Żydowa (25 km na południowy wschód od Manowa) połączony był prowadzącym przez bagna drewnianym pomostem oraz przez rzekę Radew mostem, datowanym na AD 937. Nazwa Żydowo pochodzi od słowa żid, oznaczajacym w języku rosyjskim (w tym przypadku "wareskim") teren grząski, podmokły, a więc żidkij.


Palowa (palafitowa) technika budowy domów i pomostów w okresie epoki brązu, jaka m.in. zastosowana była w Biskupinie, znana jest ze Skandynawii (Alvastra) od czasów neolitycznej kultury pucharów lejkowatych (także już wówczas praktykowano inhumację - pochówek szkieletowy). Oto powyżej rekonstrukcja osady palowej z epoki brązu na Jeziorze Bodeńskim (źródło: Pfahlbaumuseum Unteruhldingen Bodensee). Istniejący pomorski, nieco uproszczony wariant konstrukcji palafitowych oraz konstrukcji okrętów dostarcza naszym archeologom pretekstu do odrzucenia ich skandynawskiego pochodzenia i zaliczenia do miejscowych, "czysto" słowiańskich budowli. Jest to pewnym nadużyciem, bowiem z zasady większość pozostałych rodzajów zabytków pochodzenia wikińskiego (uzbrojenie, biżuteria, wyroby drewniane i skórzane) z Pomorza wykazuje cechy nieco bardziej uproszczone, mniej finezyjne i mniej okazałe niż podobne, tego samego typu zabytki w Skandynawii czy na Rusi. Faktem jest natomiast, że Pomorzanie kontynuowali po epoce Wikingów, aż do XIII wieku, budowę domów palisadowych, połączonych pomostami w osady rybackie, zwane kieczami (chyżami), lokowane na grząskich gruntach przyjeziornych. Dalekie echo kieczów jako osad Słowian połabskich zachowało się we współczesnym niemieckim określeniu "Kiez (Kietz)" na peryferyjne osiedla miejskie, historycznie zamieszkałe przez Słowian.

Gród kretomiński mógł należeć do lokalnego wodza, zaangażowanego w handel z Wikingami, na co wskazywałby zakopany w ziemi około 970 roku skarb srebrnych arabskich dirhemów (siekańce). Mógł on być złożony w ziemi w obliczu ewentualnego niebezpieczeństwa. Był to bowiem okres, kiedy wojska Mieszka I prowadziły wojny z Pomorzanami i prawdopodobnie  przedzierały się również w te rejony wybrzeża Bałtyku.

Na marginesie dodajmy, że pierwszy, w ograniczonym zakresie, obrót pieniężny Wikingowie wprowadzili na Pomorzu na początku IX wieku, podczas gdy do Polski piastowskiej pieniądz jako towar dotarł dopiero w połowie X wieku. I nie służył on wtedy jeszcze, ze względu na jego niewielką ilość w obiegu, do obsługi wymiany handlowej w całym kraju (która nadal odbywała się na zasadzie towar za towar), a jedynie do opłacania żołdu wikińskich najemników i do importu towarów przez dwór Mieszka I i jego obce elity.

Kołobrzeg był głównym portem, przez który na Pomorze trafiały siekańce z Gotlandii. W drugiej połowie XI wieku, po zniszczeniu w 1043 roku Wolina przez króla Norwegii i Danii, Magnusa Dobrego, przejął nawet funkcję głównego portu na Pomorzu. Handel kawałkami srebra jako formą monety prowadzili Wikingowie za pomocą podręcznych składanych wag szalkowych, znajdowanych w grobach wikińskich kupców-wojowników.  I nie "ciągnęli tędy kupcy arabscy, włoscy i inni", jak piszą w "Historii gospodarczej Polski" (2003), bowiem nie potwierdza tego dość mętne wówczas pojęcie Arabów o geografii Europy północnej. Wspomniany wyżej X-wieczny geograf ibn Rustah nazwał miejsce pochodzenia Waregów jako "wyspę Rusów" - czyli Skandynawię (a nie np. Rugię, jak niektórzy spekulują; Półwysep Skandynawski uznawany był przez Rzymian za wyspę, stąd jeszcze we wczesnym średniowieczu niektórzy geografowie znad Morza Sródziemnego i Orientu też tak sądzili).

Także przywołany wyżej XII-wieczny geograf al-Idrisi opracował swoją mapę znanego mu świata Tabula Rogeriana, która nie obejmuje Półwyspu Skandynawskiego, Kraków zaznaczony jest bliżej Danii niż Gniezno, a Wrocław bardziej na południe niż Kraków (fragment mapy poniżej). Zdaniem autora "ten kraj (Polska) kwitnący i ludny, otoczony jest ze wszystkich stron górami, które oddzielają go od Czech, Saksonii i Rosji". Polska to Bilad Balunia (czyli Polonia), Gniezno - Genasia, Kraków - Akrakal, Wrocław - Masala (mapa zorientowana południem do góry). Inne miasta w kierunku południowym: Nitra - Neitram, Bratysława - Buzana, Székesfehérvár (najstarsza stolica Węgier) - Belgraba (Belehrad, czyli Białogard; chociaż nie można wykluczyć, że chodziło o dzisiejszy Belgrad). Węgry (Bilad Ankaria, czyli Hungaria) i Czechy (Bilad Buamia, czyli Bohemia) rozmieszczone zostały bardzo niedokładnie.


Nawiasem mówiąc, we francuskim tłumaczeniu dzieła al-Idrisiego "Nuzhat al-muštāq fi ʿḫtirāq al-āfāq Géographie d'Édrisi" z 1840 roku fragment dotyczący Polski  zawiera kilka zdań których, o ile się nie mylę, brakuje w polskich tłumaczeniach:  "Polska jest krajem godnym uwagi ze względu na ilość uczonych, których skupia. Przybywa tutaj ze wszystkich stron wielu Greków, miłośników nauk" (tom 2, str. 380). I dalej: "Co sie tyczy Polski (Buluniia), kraju nauki i uczonych greckich, jest on urodzajnym, z przepływającymi wodami, pokryty miastami i wsiami." (tom 2, str. 389). W oficjalnej polskiej wersji ten fragment brzmi następująco: "Co się tyczy ziemi B(u)luniia, która jest krajem wiedzy i mędrców rumijskich (ar-Rum), wspomnieliśmy ją już poprzednio. Jest to kraj o pięknej ziemi, urodzajny, obfitujący w źródła i w rzeki, o ciągnących się bez przerwy prowincjach i dużych miastach, bogaty we wsie i domostwa.

Nie wiadomo, które z tych dwóch tłumaczeń jest bliższe oryginałowi arabskiemu. Rzuca się w oczy bardzo dwuznaczna interpretacja przez naszych historyków arabskiego "ar-Rūm" - ich zdaniem oznaczającego "Rzymian, czyli Chrześcijan", podczas gdy ówcześni Muzułmanie tak określali Bizantyjczyków, Greków i wyznawców prawosławia, a w żaden sposób mieszkańców Italii z okresu po upadku Cesarstwa Rzymskiego w AD 476. Bizantyjczycy sami siebie nazywali Rhomanoi. Ar-Rūm to tytuł trzydziestego rozdziału (sury) Koranu, nawiązującego do przegranej w AD 613 bitwy Bizantyjczyków z Persami. Tymi Grekami w Polsce u al-Idrisiego byli potomkowie wikińskich wyznawców prawosławia, czyli Rusini, tak jak pół wieku wcześniej nazwał Adam z Bremy Waregów mieszkających w Wolinie wespół ze Słowianami. Podał on w swoim  "Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum", że żegluga pomiędzy Wolinem i "greckim" Nowogrodem zajmuje 14 dni.

Więzy handlowe Nowogrodu z południowo-zachodnimi wybrzeżami Bałtyku, a więc germanizowanymi ziemiami Obotrytów i Pomorzan, a także ze Skandynawią (Gotami), nie zostały jednakże przerwane po zakończeniu epoki Wikingów i trwały, zanim w połowie XIII wieku powstała Hanza. W spisanym w 1189 roku w języku starorosyjskim dokumencie (tak zwana gramota), będącym wstępem do zawartej umowy handlowej jest następujący tekst: "Ja książę Jarosław Wołodimiricz, naradziłem się z posadnikiem Miroszką, z tysiackim Jakubem oraz ze wszystkimi Nowogrodzianami i potwierdziliśmy posłowi Arbudowi stary pokój z niemieckim synami, z Gotami i ze wszystkimi językami łacińskimi. W tym celu wysłałem mojego posła Grigoja" ("Deutsch-russische Handelsverträge des Mittelalters", Leopold Karl Goetz 1916). Tysiacki (tysiącznik) to w starej Rusi tytuł pierwotnie oznaczający dowódcę wojskowego, a później nadzorcę sądowego albo handlowego, wybieranego na wiecach (sejmikach) przez bojarów (arystokrację). Jak doskonale pod względem strategicznym i transportowym Waregowie wybrali pod koniec X wieku lokalizację Nowogrodu, niech zaświadczy poniższe zdjęcie (źródło: visitnovgorod.com).


Niemiecki kronikarz Adam Bremeński określił Kijów jako "najjaśniejszą ozdobę Grecji" ("clarissimum decus Greciae"). Rusinów od Słowian odróżniał także wspomniany wyżej, żyjący ponad wiek przed Adamem Bremeńskim al-Masudi, który nawiązując w swoim dziele "Łąki złota i kopalnie drogich kamieni" do Starego Testamentu wspomniał (oddzielając te plemiona), że współcześni mu Rusini, Bułgarzy i Słowianie według niektórych pochodzili od biblijnego Matuzalema (Mati'ishalekh).

Jaki cel przyświecał polskim historykom, aby w przekładzie dzieła al-Idrisiego usuwać prezentowaną przez niego obecność kultury rusko-bizantyjskiej w Polsce w I połowie XII wieku, a jednocześnie "pokrzepiać czytelnika" być może upiększając opisy Polski ponad te, które autor wyraził ? Jak widać z przykładów zabytków, świadczących o waresko-bizantyjskich wpływach kulturowych w Polsce, jakie zamieszczam w tym artykule, powstaje wrażenie jakby historycy polskim tłumaczeniem al-Idrisiego i swoimi nieraz zwodniczymi interpretacjami zabytków starali się zacierać ślady wpływów spoza naszej ulubionej "kultury łacińskiej".

Opisy Polski przez al-Idrisiego stoją w pewnym kontraście ze starszą o 20-30 lat informacją Galla Anonima, który po zmierzchu wikińskiego okresu pierwszych Piastów zakończonego kryzysem państwa w 1039 roku, pisał na początku XII wieku o następstwach tego kryzysu: "... kraj Polaków oddalony jest od szlaków wędrowców i mało komu znany poza tymi, którzy za handlem przejeżdżają (tamtędy) na Ruś" ("... regio Polonorum ab itineribus peregrinorum est remota, et nisi transeuntibus in Russiam pro mercimonio paucis nota"). Można przypuszczać, że przekazany przez al-Idrisiego późniejszy niż Galla pozytywny obraz Polski, powstał w ostatnich dwóch dekadach panowania Bolesława Krzywoustego i w kilku latach po jego śmierci, w którym to okresie miała miejsce m.in. chrystianizacja Pomorza, rozwój zakonów, rozbudowa Łęczycy i Tumu.

Zastanawiający jest fakt, że al-Idrisi opisał szlak handlowy z Rusi prowadzący na zachód w kierunku Polski (według T. Lewickiego: Kijów - Uszomierz/Uszomyr - Peresopnica/Peresopnytsa - Łuck - Włodzimierz Wołyński), który urywa się na rzece Bug, podczas gdy wiadomo że Kijów utrzymywał ścisłe związki handlowe z Europą zachodnią już od czasów karolińskich. Jeszcze wspomniany wyżej ibn Jakub pisał pod koniec X wieku: "Miasto Praga jest zbudowane z kamienia i kredy i jest największym miastem targowym ze wszystkich krajów (słowiańskich - przypis mój). Do niego przybywają z miasta Kraków Rusowie i Słowianie z towarami ...". Potwierdził w ten sposób istnienie szlaku handlowego Rusów z Kijowa przez Kraków do Pragi. Oto jak wyglądała sieć głównych szlaków handlowych w Europie środkowej w IX-X wieku, według Instytutu Archeologii Akademii Nauk Republiki Czeskiej (za Heritage Route).

Informacja Galla wskazuje na zmianę w XII wieku dominującego kierunku handlu, tym razem z zachodu na wschód, czyli odwrotnie niż jak w X wieku informował ibn Jakub. Drogi handlowe z Orientu rozdzielały się w Grodach Czerwieńskich w dwie strony: jedna przez Przemyśl w kierunku Krakowa i Pragi i dalej do Regensburga; druga od Włodzimierza Wołyńskiego (na którym kończyła się trasa opisana przez al-Idrisiego), Bugiem, Wisłą, do Truso (od początku XII wieku do Gdańska) i dalej przez Bałtyk, Flandrię i Ren wgłąb państwa frankońskiego, aż do Moguncji (z równie dużym jak w Pradze targiem niewolników). Rozwijana w X/XI wieku intensywna wymiana handlowa Rusi z Cesarstwem Ottońskim uzupełniana była delegacjami poselskimi, kierowanymi przez książąt wareskich na dwór cesarski. Zachowały się w kronikach niemieckich z tego okresu informacje o poselstwach z lat 959, 973, 1040, 1042 i 1075.

W 1143 roku, niedługo po powyższych słowach Galla, kiedy al-Idrisi nadal pisał swoje dzieło, przy słowiańskich Liubicach powstało miasto Lubeka, dające początek Hanzie (wiek wcześniej, niż pojawiła się ta nazwa) - największej organizacji handlowej średniowiecznej Europy, od Anglii po Ruś Nowogrodzką, której wiele zawdzięczają z późniejszej świetności takie miasta jak Gdańsk, Kraków i Wrocław. I znowu w Polsce usiłuje się przypisać początki Hanzy Flandrii, podczas gdy Holendrzy przyznają że organizacja ta powstała najpierw na Bałtyku, tworząc z Lubeki pomost handlowy między Brugią i Nowogrodem. Pierwszeństwo Niemców w handlu z Rosją, jeszcze w okresie przed-hanzeatyckim, potwierdza przytoczona wyżej gramota z 1189 roku.

W Polsce wagi wikińskie znane sa ze Szczecina, Gniezna, Sowinek pod Poznaniem, z Bodzi pod Włocławkiem i ze Zlinic koło Opola. Liczne są poza tym fragmenty wczesnośredniowiecznych wag oraz odważniki do nich znajdowane na terenie całej Polski. Waga szalkowa przedstawiona jest także w szesnastej kwaterze Drzwi Gnieźnieńskich. Oto tego rodzaju waga pochodząca ze Steinkjer, jednej z najsilniejszych baz wikińskich w Norwegii na początku XI wieku (źródło: News Network Archaeology).

W połowie XI wieku powstaje w Boninie stosunkowo duży gród wyżynny, o powierzchni około 2 hektarów, po czym powoli zanika zasiedlenie grodu w Kretominie i w bonińskiej osadzie palowej. Wydaje się, że gród w Boninie przejął z Kretomina nie tylko funkcje lokalnego ośrodka władzy, ale także włączył w swoje bezpośrednie otoczenie ludność służebną z osady palowej. I być może jak w przypadku skarbu z Kretomina, skarb z Bonina wiązał się ze wspomnianym wyżej atakiem Polski na Pomorze z roku 1090, po którym to roku mógł trafić do ziemi. Bliżej tej hipotezie można będzie się przyjrzeć po opublikowaniu przez Muzeum w Koszalinie pełnego materiału inwentarzowego skarbu. Skarb ten, zawierający monety z różnych mennic, wskazuje że nie przyszły one do Bonina wprost z poszczególnych krajów pochodzenia, lecz że przechodziły przez większe centra handlowe, łącząc się tam z monetami z innych stron.

Warto jeszcze zauważyć, że w odległej o 7 km od grodu w Boninie, będącej wczesnośredniowiecznym pogańskim sanktuarium Górze Chełmskiej, odkryto na jej szczycie brązowy odważnik do wagi ze znakiem runicznym, jaki był ryty w sposób typowy także na dirhemach pochodzących ze skarbów skandynawskich. W pobliżu natrafiono na resztki wikińskiego grobu szkieletowego, ze zmarłym złożonym do łodzi.

Ziemia Manowska kryje w sobie jeszcze jeden ważny ślad archeologiczny rzucający światło na zamieszkałą tutaj we wczesnym średniowieczu ludność. Jest to, a raczej było, bo zostało w dość barbarzyński sposób zniszczone przez żwirownię, cmentarzysko w Cewlinie. Oto odtworzony w rysunku jeden z zabytków, jaki został wydobyty jeszcze przed wojną: kolia paciorków szklanych (rys. Stanisław Nyka, 1958).

Znalezione w grobie szkieletowym kobiety fragmenty kolii zawierają następujące elementy: a) 64 paciorki, małe (średnica 9 mm), beczułkowate, wykonane z matowego szkła w kolorze białym, niebieskim i żółtym; b) trzy grupy kabłączków skroniowych z brązu po 3 sztuki o średnicy 4.1-6.3 cm; c) płytka brązowa w kształcie stylizowanej ryby z tulejką u "pysku ryby" (dł. 4.5 cm) - prawdopodobnie amulet; d) dwustożkowy pacior bursztynowy, nietoczony, o średnicy 2.4 cm. Amulet ryby z Cewlina ma pewną analogię do XI-wiecznego amuletu z Kvinneby z wyspy Olandia (Szwecja). Jest to kwadratowa miedziana zawieszka z wyrytym kształtem ryby i napisem runicznym, który według niektórych  badaczy miał chronić wypływającego w morze rybaka - żeglarza przed złymi duchami, sprzyjać w dobrych połowach i zapewniać bezpieczny powrót do domu.

Wczesnośredniowieczne paciorki szklane uznawane są ogólnie jako pochodzące ze Wschodu, skąd trafiały na Pomorze za pośrednictwem Wikingów (Waregów). Istniały w tym okresie również, choć bardzo nieliczne, pomorskie wytwórnie paciorków, produkujace je z importowanego szkła. Beczułkowate paciorki szklane najliczniej występują na Jutlandii, Gotlandii, w mniejszym stopniu w pozostałej części Szwecji, na Rusi, Pomorzu, w Polsce i na Morawach. Przyniesiony przez Wikingów (pomijając okres wpływów rzymskich i wcześniejszych epok), a poznany przez nich w chrześcijańskiej Europie i chrześcijańskim Bizancjum zwyczaj chowania zmarłych w grobach szkieletowych pojawił się na Pomorzu na początku IX wieku (Świelubie koło Kołobrzegu) - w tym samym czasie, co handel srebrnymi siekańcami.

W jednym z grobów kobiecych natrafiono na zapinkę z brązu typu podkowiastego, która na terenach Pomorza i Polski jest o tyle rzadka, że wykonana z prostokątnej a nie półokrągłej blaszki. Ten typ zapinki wiąże się z fińsko-estońskim kręgiem kulturowym. Okaz ten, o średnicy 5.5 cm, zbliżony jest do pochodzącej z początku XI wieku srebrnej zapinki z Bogucina, pow. Kołobrzeg i do zapinki z Ralswiek na Rugii (J. Herrmann 1985). Poniższy egzemplarz znaleziony w kurhanie wikińskim w okolicach Nowogrodu, datowanym na XI-XIII wiek (M. Biesieda, A. Volkovitsky) wykazuje także znaczne podobieństwo. Różnica cewlińskiej zapinki w stosunku do nowogrodzkiej polega głównie na tym, że ta pierwsza miała jedną, nieco węższą (0.6 cm) płaszczyznę, zdobioną ornamentem drobnych, nieregularnie umieszczonych dołków.

Z pozostałych, odkrytych w latach 1936-1937 cewlińskich zabytków chcę jeszcze zwrócić uwagę na pochodzący z innego grobu szkieletowego kobiety fragment drucianego kółka brązowego (być może kabłączka skroniowego), z nanizanym nań paciorkiem szklanym i kłem dzika. Istnieje w Polsce cała wielka literatura o symbolice dzika i innych zwierząt w systemach wierzeń wczesnośredniowiecznych Słowian, ale zupełnie ignoruje się fakt, że wszystkie te zwierzęta mają swoje miejsce w mitologii religijnej wśród licznych ludów i kultur na całym świecie, od prawieków po dzień dzisiejszy.

Zabiegi prehistoryków badających wczesne średniowiecze do skupiania się na słowiańskości, czyli na "własnej koszuli" - co zrozumiałe, jednak nie poprzez badanie i interpretowanie jej "na tle epoki", ale wręcz przeciwnie - poprzez wyodrębnianie jej z otoczenia - jako elementu autonomicznego, niezależnego i oryginalnego,  jest procesem retuszowania, żeby nie powiedzieć fałszowania historii. Mitologia i wierzenia pogańskich Słowian mają wspólne korzenie, często wspólnych bohaterów i bogów, chociaż inaczej nazwanych, z pogańskimi ludami germańskimi. Wspólnota pojęciowa i interpretacyjna otaczającego świata łączyła bardziej Germanów (Saksonów, Wikingów) i Słowian w VI-VIII wieku - kiedy wszyscy oni żyli w jednorodnym ideologicznie świecie pogańskim, niż dzieliły ich różnice językowe i obyczajowe. Zasadnicze antagonizmy powstały między nimi, kiedy od IX-X wieku religia chrześcijańska stała się głównym narzędziem ekspansji politycznej.

Oto z lewej strony zestawienie dwóch figurek kultowych z rękojeścią, według historyków reprezentujących czterotwarzowego Świętowita: pierwsza z duńskiego Svendborga, druga z Wolina. Podobne, o jednej lub kilku twarzach,   drewniane, kościane lub metalowe idole o wielkości mieszczącej się w dłoni, które można nazwać "bożkami stołowymi", z okresu od IX do początków XIII wieku, znane są m.in. jeszcze jeden z Wolina, z Łotwy (Ryga), Szwecji (Tundby, Väsby), Saksonii (Merseburg, Seehausen, Siegersleben), Meklemburgii (Gatschow), Brandenburgii (Schwedt), a także z Łęczycy. Thietmar wspominał, iż Połabianie, a może także jeszcze Saksoni (bo pisał przy tym o ludach z jego stron rodzinnych), że "Domowych czczą bogów ..." (Domesticos colunt deos ...).

Wracając do kła dzika z Cewlina, nie jest dzik w naszym przypadku ograniczonym do świata słowiańskiego wyróżnikiem, który miałby cewlinski zabytek zaliczyć automatycznie - a tak go klasyfikują nasi historycy, jako element wyrobu słowiańskiego.

Podczas zimowego przesilenia 21 grudnia Wikingowie składali ofiarę z dzika Freyrowi, bogowi płodności ludzi, zwierząt i żyzności ziemi, za pomyślność plonów i płodów w nadchodzącym roku. W mitologii nordyckiej Freya, siostra Freyra miała dzika nazwanego "Hildisvíni" (wojująca świnia), którego potrafiła ujeżdżać. Wizerunek kobiety ujeżdżającej dzika ze zdjęcia obok utrwalony został na portalu kościoła Zmartwychwstania Pańskiego w Drawsku Pomorskim. Płaskorzeźba kobiety na dziku oraz inne ornamenty na fasadzie drawskiego kościoła, powstałe nawet tak późno jak na przełomie XIV/XV wieku, wskazują na przetrwałe na Pomorzu staropogańskie, a konkretnie skandynawskie tradycje.

Zawieszka z kła dzika była noszona przeważnie przez kobiety wikińskie, chociaż i mężczyźni uznawali cechy dzika za potrzebne w walce. "Svinfylking" (świński szyk bojowy) była formacją w kształcie kła dzika, gdzie kilku wojowników jeden za drugim wbijało się klinem w gęsty szpaler wroga. Przykładem wikińskiego amuletu z kła dzika, z otworem umieszczonym podobnie jak we fragmencie zawieszki z Cewlina, jest ten oto zabytek, pochodzący z X-XI wieku (dł. 32.4 mm), oferowany do sprzedaży w internecie.


Amulety wykonane z kłów dzika, datowane na okres od końca XI do końca XIII wieku, znaleziono także w grodzie Gdańsku. Na cmentarzysku 2 w Cedyni w jednym z grobów zmarły trzymał w dłoni nieobrobiony kieł dzika.

Jeszcze kilka zdań o etymologii słowa świnia - bo tak Wikingowie nazywali i dzika. W naszej literaturze kwituje się sprawę stwierdzeniem, że nazwa ta pochodzi od prasłowiańskiego słowa *svinьja. Dość często zresztą, dla udowodnienia "słowiańskości" określonej rzeczy lub faktu, nasi historycy wyprowadzają pochodzenie określonego słowa od języka prasłowiańskiego, przemilczając fakt że słowo to może mieć głębsze, indoeuropejskie korzenie - wspólne dla ludów słowiańskich, germańskich i innych. Przykładem jest nazwa rzeki (właściwie cieśniny) Świna, która oddziela wyspy Uznam i Wolin - wywodzona od młodszej, prasłowiańskiej świni, a nie od starszego, indoeuropejskiego boga Śiva (pol. Śiwa), którego wikińsko-słowiańska świątynia stała na Wolinie przed czasami chrześcijańskimi. Świną nazwano również niewielką rzeczkę, dopływ Raty która z kolei wpada do Bugu w Czerwonogrodzie, czyli w wareskich Grodach Czerwieńskich.

Tymczasem w przypadku świni, czyli u Skandynawów także dzika, sprawa jest bardziej zawiła - bowiem również w językach skandynawskich istnieje podobne określenie: svin (vildsvin). W staronordyckim było to słowo svín, a w starym anglo-saksońskim swýn (swin). W języku staronorweskim "svein" oznaczało jurnego młodzieńca, młodego wojownika, z którego dziś wywodzi się popularne skandynawskie imię Sven. W Bizancjum znaleziono ołowianą pieczęć z II połowy XI wieku, należącą zapewne do Normana - Anglosaksona, z wybitym greckim napisem: "Panie wspomagaj Svena (Sfeni), patrycjusza i tłumacza Anglików". Istnieje interesująca teoria, że świnia ma ... boskie pochodzenie, gdyż pierwsi Indoeuropejczycy wierzyli, że bóg Vishnu/Śiva we wcieleniu dzika przyniósł na swych kłach Ziemię z "wód Wszechświata". Tak więc dzik został najpierw nazwany świnią, która później dopiero stała się jego hodowlaną odmianą. Oto wyobrażenie wojowników z głową dzika (w szyku bojowym "Svinfylking") na płytkach z brązu umieszczonych na żelaznym hełmie wikińskim, z okresu Vendel (VI-VIII wiek), z Valsgärde w Szwecji (źródło: odinsvolk.ca).

Tak więc widzimy, że wykazywanie "słowiańskości" drewnianego kołka okrętowego lub obrobionego kła dzika nie jest zadaniem łatwym, skoro do dziś przez "badaczy tematu" nie udowodnionym. Prehistorycy usiłujący przypisać zabytkowi czy zwyczajowi określoną etniczność, bez wcześniejszego wykazania odrębności określonej grupy etnicznej spośród innych grup - poprzez identyfikację jej szczególnych związanych z artefaktem lub tradycją cech etnicznych, różniących ją od innych społeczności, stawiają się bez względu na swój tytuł naukowy, a raczej wbrew temu tytułowi, w rzędzie pisarzy beletrystyki a nie nauki.

Wracając na cmentarzysko w Cewlinie:  przed II wojną światową zdążono odkryć 19 grobów płaskich szkieletowych (na wznak, w pozycji wyprostowanej), z których conajmniej połowa należy do kobiet, niektóre do dzieci. Niestety same zabytki zaginęły, a pozostała tylko dokumentacja bardzo fragmentaryczna. Jest to cmentarzysko typu rzędowego, charakterystyczne dla końcowego etapu wczesnego średniowiecza, czyli dla wieku XI. Zgodnie z tradycją wikińską wszystkie groby kobiece ułożone były w osi wschód-zachód, z głową po zachodniej stronie. W większości grobów złożone były do nich noże żelazne (u mężczyzn i kobiet), w części w skórzanych pochewkach z brązowym okuciem. W niektórych grobach męskich były osełki ogniwkowe i krzesiwka żelazne, w wielu kobiecych i w jednym męskim kabłączki skroniowe. Brak jest w odkrytych grobach męskich jakichkolwiek atrybutów militarnych. Lokalna społeczność uprawiała więc raczej rolnictwo, aniżeli angażowała się w wyprawy wojenne lub napady.

Na powierzchni cmentarzyska znajdowano ułamki ceramiki, w większości całkowicie obtaczanej na kole garncarskim. Ocenia się, że cmentarz zaczął być używany na początku XI wieku, a więc około pół wieku po zbudowaniu grodu w Boninie. Ziemia Manowska, jak i leżące na niej cmentarzysko w Cewlinie, zaliczane jest do skandynawskiej strefy pochówkowej w okresie od VIII do XI wieku (H. Zoll-Adamikowa "Gräberfelder des 8./9.-10./11. Jahrhunderts mit skandinawischen Komponenten im slawischen Ostseeraum", Sprawozdania Archeologiczne 1997). Strefa ta obejmowała pas nadmorski zajmowany przez słowiańskie plemiona od Obotrytów na zachodzie do Kaszubów na wschodzie. Wzdłuż dolnej Odry na południe sięgała ona Cedyni, gdzie w końcu X wieku powstały dwa cmentarze szkieletowe ze skandynawskim wyposażeniem grobów. Charakter kulturowy i okres użytkowania cmentarzyska w Cewlinie zbliżony jest do cmentarzysk "Młynówka" w Wolinie (rozpoznanych 165 pochówków) oraz 2 (772 pochówki) i 2a (222 pochówki) w Cedyni.

Biorąc pod uwagę skrajnie położone groby i średnią odległość między grobami sąsiadującymi, można przypuszczać że cmentarzysko cewlińskie zawierało do stu grobów. Niestety, po wojnie nie zainteresowano się jego dalszym archeologicznym rozpoznaniem, a czynna żwirownia dokonała przez lata dzieła zniszczenia. Być może powodem braku zainteresowania władz był fakt, że cmentarzyska szkieletowe nie były w ogóle znane pogańskim Słowianom, a więc nie należało mnożyć nowych dowodów obecności Skandynawów. Mógł istnieć równie dobrze powód odwrotny: polscy historycy od dawna usiłują spekulować, że pochowani ludzie w Cewlinie (tak jak w Wolinie i Cedyni) to pierwsi pomorscy chrześcijanie - jako owoc działalności duszpasterskiej biskupa Reinberna z Kołobrzegu. W czasach PRL ci pierwsi jakoby cewlińscy chrześcijanie mogli nie być na liście priorytetów archeologicznych, tak jak w "sztandarowym" Wolinie i Cedyni. Co straciliśmy  kulturowo po "skazanym na śmierć" cmentarzysku w Cewlinie - zyskała przyroda, która po latach zamieniła nieczynną żwirownię w taki oto malowniczy zakątek.


Zniszczenie cmentarzyska w Cewlinie przy pełnej świadomości służb archeologicznych i konserwatorskich nie jest niestety wyjątkiem w wybiórczym traktowaniu stanowisk archeologicznych w zależności od stopnia zawartości składnika słowiańskiego. Podobny los dotyczył i zapewne spotyka nadal inne wczesnośredniowieczne cmentarzyska w Polsce. W Kolonii Stary Brześć Kujawski, w odległości 6 km od Bodzi, odkryte w trakcie budowy drogi cmentarzysko szkieletowe z XI wieku zostało w większości zniszczone przez kontynuowanie budowy, zanim pojawili się tam archeologowie. Na cmentarzysku szkieletowym z XI wieku w Gustorzynie (2 km od Bodzi) odkryto m.in. fragmenty obuwia skórzanego z wszytym srebrnym drucikiem. Na odkrytym przez Wojciecha Szymańskiego w 1961 roku wczesnośredniowiecznym stanowisku archeologicznym w Kruszczewie pod Płockiem archeolodzy stwierdzali "postępujące niszczenie osady" (Marek Dulinicz), zanim w 1987 roku przystąpiono do ratowania pozostałych resztek. Wydobyto m.in. fragmenty grzebieni z identycznym ornamentem plecionki jak XI-wieczne wikińskie grzebienie znalezione w Wolinie, a także podobne z Płocka i Kruszwicy. Natrafiono także na fragment ruskiej korczagi (amfory), wcześniej znanej z Kruszwicy, Drohiczyna i Sandomierza.

Dominująca, w oparciu o znajdowane na Pomorzu pochówki szkieletowe sprzed XII wieku, teoria "pierwszych chrześcijan"  nawróconych w wyniku misji biskupa Reinberna, nie ma żadnych racjonalnych podstaw jeżeli zważy się, że Reinbern zakończył pobyt w Kołobrzegu (prawdopodobnie został wypędzony) po zaledwie pięciu latach, a później - aż do misji chrystianizacyjnych z XII wieku, Pomorze było głęboko pogańskie. Tym nie mniej nie można wykluczyć, że kiedyś zostanie odkryty na Pomorzu grób szkieletowy z XI wieku z towarzyszącym mu krucyfiksem, ale i tak bardziej prawdopodobnym wydaje się że będzie to grób ochrzczonego poza Pomorzem Wikinga, aniżeli Słowianina.

Po Reinbernie nie odnaleziono dotychczas  śladów pierwszej chrześcijańskiej świątyni, a za najstarsze na Pomorzu uznawane są pochodzące z około połowy XII wieku (po misji św. Ottona z Bambergu w AD 1124), odkryte w 2009 roku, relikty kościoła z Lubina na Wolinie, jednego z ówczesnych większych grodów na całym Pomorzu (dwie kolejne fotografie poniżej). Strategicznie położony gród wraz z portem, kontrolujący ujście z Zalewu Szczecińskiego przez Świnę do Bałtyku, funkcjonował w X-XII wieku. Pod koniec XVIII wieku odkryto na grodzisku około stu srebrnych arabskich dirhemów wybitych w połowie X wieku. W trakcie ostatnich wykopalisk wydobyto m. in. paciorki bursztynowe, fragmenty grzebieni z wikińską ornamentyką, okucie pochwy noża, zapinki, żelazne nity do łodzi.

Postawiona na kamiennych fundamentach budowla o długości 10-ciu i szerokości 7 metrów, miała konstrukcję słupowo-plecionkową. Na pobliskim cmentarzysku odkryto 41 pochówków szkieletowych, bursztynowy krucyfiks oraz monety z drugiej połowy XII-go i z XIII wieku.  Średni wiek życia pochowanych osób wynosił 39 lat dla mężczyzn i 35 lat dla kobiet. Średni wzrost tych pierwszych sięgał 169 cm, podczas gdy u kobiet 156 cm.

Jak wolno przebiegał proces chrystianizacji Słowian świadczy wiele faktów. O tym, że biskup misyjny Jordan "bardzo się pocił z nimi (Polanami)" (multum cum eis sudavit) w nakłanianiu na nową wiarę, pisał już Thietmar.

Jeszcze we wspomnianym wyżej epitafium na grobowcu Bolesława Chrobrego jego ojca - Mieszka I, w odróżnieniu od matki Dąbrówki, nazwano poganinem. Był to zapewne drugi sarkofag Chrobrego w katedrze poznańskiej, odtworzony przez Kazimierza Odnowiciela po najeździe na Polskę przez Brzetysława I w AD 1038. Przetrwał on do 1790 roku. Epitafium powstało najpewniej za tego właśnie króla, bo wcześniejsza inskrypcja, jak i sam pierwotny sarkofag, nie przetrwały najazdu czeskiego. Nawiązanie w treści epitafium do zasługi Ottona III (który "przydał sławy" polskiemu królowi, koronując Chrobrego), wujka Rychezy Lotaryńskiej, żony Kazimierza Odnowiciela, fakt ten by potwierdzało.

I to właśnie z perspektywy Rychezy, jak się zdaje autorki inskrypcji na drugim grobowcu Chrobrego, Mieszko I został nazwany bezbożnym ojcem (perfidio padre), prawdopodobnie z uwagi na jego ochrzczenie w rycie słowiańsko-ortodoksyjnym, tak bardzo atakowanym przez kościół niemiecki, ale jak wiemy całkowicie akceptowalnym przez Cesarstwo Niemieckie za czasów Mieszka I i cesarzowej Teodory. Na niesłowiańskie autorstwo tego łacińskiego napisu nagrobnego wskazuje także błąd w nagłówku z imieniem Chrobrego jako "Chabri", zamiast "Chrabri". Mógł go popełnić skryba wpisujący ten tekst do XV-wiecznego dokumentu włoskiego, ale wydaje się to mniej prawdopodobne, bowiem został on powtórzony ponownie w tekście epitafium. Fakt ten wskazuje, że słowo "Chabri" było oryginalnie wyryte na odbudowanym pomniku.

Wdrażanie chrześcijaństwa u naszych południowych sąsiadów nie przebiegało łatwiej. Mimo iż władca morawski Mojmir I przyjął chrzest już w 831 roku, w 845 roku 14 książąt czeskich wraz z ich drużynami ochrzcili się w Ratyzbonie, w 863 Cyryl i Metody rozpoczęli chrystianizację Moraw, a w 925 wspomniany wyżej władca Czech Wacław I przyjął chrześcijaństwo, to nadal u schyłku X wieku Czechy były półpogańskim krajem, w którym biskup praski Wojciech, przyszły misjonarz do Prus i święty, występował przeciwko pogańskim jeszcze tam obyczajom małżeńskim oraz przeciwko handlowi niewolnikami, przez co został zmuszony przez księcia Bolesława II do opuszczenia kraju. Czterej bracia Wojciecha z rodu Sławnikowiców - konkurenentów politycznych panującej dynastii Przemyślidów, zostali w 995 roku wraz ze swymi rodzinami zamordowani przez Bolesława II, zwanego Pobożnym. Jeszcze w XII wieku czeski lud wkładał do grobu zmarłego tak zwane milodary, a lud polski między Wisłą a Bugiem praktykował pochówek ciałopalny jeszcze w XIII wieku. Wspomniany wyżej legat papieski Jakub Pantaleon, jak pisze Claude Fleury (1640-1723) w swojej "Histoire ecclésiastique", po odbytym we Wrocławiu synodzie, udał się jeszcze w tym samym 1248 roku do Pomezanii, czyli dzisiejszego Pomorza wschodniego i do Warmii, gdzie przekonywał tamtejszych chrześcijan, aby zaprzestali palić zwłoki po śmierci, ani nie zakopywali z niespalonymi ciałami broni i cennych przedmiotów, ani nie czcili po zbiorach płodów rolnych bożka zwanego Kurszem (fr. Curche).

Symptomatyczny jest zanik depozytów srebrnych siekańców w Polsce w drugiej połowie XI wieku, co potwierdzałoby zakończenie przez polskich władców opłacania srebrem wojskowych najemników ze Skandynawii. Po okresie powstań ludowych w latach 1030-tych, władcy piastowcy z jednej strony zrezygnowali z utrzymywania organizacji państwowej opartej na obcej sile, z drugiej zaś odbudowę chrześcijaństwa oparli na współpracy z kościołem rzymskim, rezygnując z liturgii słowiańskiej i z obrządku wschodniego.

Rezygnacja ze wschodniego obrządku w polskim kościele nie była chyba zbyt pryncypialna, bowiem al-Idrisi jeszcze w połowie XII wieku widział nasz kraj pełnym "uczonych greckich", a więc zapewne skupionych w klasztorach, czyli poza oficjalną hierarchią Kościoła mnichów rusko-bizantyjskich. Specjalizujący się w polskim monastycyźmie Marek Derwich, nie widzi jednak w jego początkach "czytelnych śladów wpływów na naszych ziemiach mnichów obrządku wschodniego" ("Monastycyzm benedyktyński w średniowiecznej Europie i w Polsce", 1998). Pisane, które można przeczytać, a więc "czytelne" dzieło al-Idrisiego jako źródło historyczne, a także dowody archeologiczne, m.in. z Łyśca i Wiślicy (o czym niżej), potwierdzają rusko-bizantyjski charakter najstarszych tam budowli i wskazują na słowiańsko-bizantyjską wspólnotę kościelną w Polsce.

Zrodzony w Bizancjum ruch monastyczny stał się głównym nośnikiem przekazu cywilizacyjnego, który pozwolił Europie wydźwignąć się z zapaści kulturowej po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Z nim przyszedł między innymi do Polski tak bardzo celebrowany u nas kult maryjny. Europejscy mistrzowie zdołali dorównać najwyższemu kunsztowi sztuki bizantyjskiej dopiero w dobie gotyku, a więc po ponad pół tysiącu lat "terminowania". Niech ta obok ilustracja VI-wiecznego, najstarszego na świecie, wizerunku Matki Boskiej z Dzieciątkiem (fragment ikony) z najstarszego  w świecie chrześcijańskim klasztoru św. Katarzyny na Synaju w Egipcie, będzie przykładem artystycznego poziomu w Cesarstwie Bizantyjskim, długo jeszcze nie osiągalnego w Europie karolińskiej i ottońskiej.

Pewne elementy stylistyczne i językowe we wspomianej wcześniej pieśni "Bogurodzica", jak na przykład słowa "Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena", wydają się być reliktami języka starocerkiewnego, co wskazywałoby że jej oryginalne pochodzenie (w następnych wiekach spolszczone) może być zbliżone wiekiem, a być może i genezą, do czeskiej pieśni "Hospodine pomiluj ny", powstałej na przełomie X/XI wieku. Nie muszę tutaj dodawać, że aktualnie dominuje w polskiej historiografii teza o zachodnioeuropejskiej źródłach tej pieśni, na podstawie jej struktury sekwencyjnej. I znowu, jak w wielu innych zabytkach, o których tu po części piszemy, "łacińskości" doszukujemy się nie w treści czyli w istocie dzieła, ale w mniej ważnej formie. Zestawiona z teologiczną, liturgiczną, ikonograficzną i literacką tradycją wschodniego chrześcijaństwa, także przecież dla zainteresowanych "czytelną",  treść tego dzieła nie da się jednakże wyrwać z widocznych korzeni bizantyjsko-słowiańskich. A te, zanim nie dotarły do Polski wyrastały na Rusi i na Morawach, a także - w formie (ale nie w treści) mniej lub bardziej "zokcydentalizowanej" i w okresach późniejszych, docierały z Europy postkarolińskiej.

O regularnym czerpaniu ze sztuki bizantyjskiej w okresie tak zwanego renesansu karolińskiego już wiele tutaj mówiliśmy. Kolejnym klasycznym przykładem bizantyjskiej budowli z czasów Karola Wielkiego jest kościół św. Trójcy w Germigny-des-Prés, konsekrowany przez wspomnianego wcześniej biskupa Teodulfa, Wizygota z pochodzenia, który uczestniczył w AD 800 w koronacji tego cesarza. Pierwotnie zbudowany na planie krzyża greckiego z czterema absydami i z imponującą mozaiką (ponad 130 tysięcy wielokolorowych kostek tessera i emalii) na sklepieniu absydy wschodniej. Można zauważyć, że łuki pomiędzy filarami nie mają typowego dla architektury romańskiej kształtu odwroconej litery U, ale są jeszcze bardziej wygięte, przybierając kształt podkowy. Chociaż łuki podkowiaste były w owym czasie charakterystyczne dla architektury mauretańskiej, to wydaje się że wizygockie pochodzenie biskupa wpłynęło na ten nietypowy element architektoniczny. Zanim bowiem Półwysep Iberyjski stał się mauretańskim, już Wizygoci wprowadzili tam łuk podkowiasty do swoich budowli, naśladując ten element z przedmuzułmańskiej architektury w Afryce północnej.


Na załączonej ilustracji (źródło: CPArama, internetowe forum starych pocztówek z Francji) można przeczytać: "Kościół romano-bizantyjski z IX wieku, konsekrowany przez Teodulfa w 806, Karol Wielki przybywał tam by się modlić".

O tych "czytelnych śladach" kościoła wschodniego w polskich klasztorach i kościołach, niedostrzeganych przez niekórych znawców,  pisze jeszcze w AD 1653 François Du Chesne, historiograf Francji w swojej "Histoire des papes et souveraines chefs de l'église" wspominając, że w AD 1039 arcybiskup gnieźnieński Stefan, za radą biskupa krakowskiego Rachelina, wysłał do papieża Benedykta IX swoich legatów ze skargą na króla czeskiego Brzestysława I, który rok wcześniej spustoszył wiele polskich kościołów, a także "... z wielką zagładą i masakrą Ortodoksów" ("... avec vn grand meurtre & carnage des Orthodoxes"). Czyż eremici (od słowa greckiego erēmítēs - żyjący na pustkowiu) w pierwszym polskim zakonie w Międzyrzeczu od AD 997 do AD 1038 nie mogli w części pochodzić ze stron, gdzie ten ruch się narodził, czyli z Bizancjum? W kontekście  całego dzieła cytowanego w tym ustępie nie ulega wątpliwości, że francuski historyk wyraźnie odróżniał wyznanie ortodoksyjne od katolickiego. Kto wie, czy "traf" że stolica apostolska nie ogłosiła żadnych sankcji wobec księcia Brzetysława (rozważana była jego ekskomunika i restytucja zagrabionych w Polsce relikwii i skarbów), nie wynikał z faktu, że rozpowszechnione w Polsce wyznanie ortodoksyjne nie było przez papieża zbyt dobrze widziane.

W 1232 roku papież Grzegorz IX nakazał polskim duchownym zaprzestanie udzielania ślubu dla par katolicko-ortodoksyjnych. Jeszcze w AD 1279 rezydujący w Budzie legat papieski dla Polski i Węgier Filip z Fermo ogłosił, aby duchowieństwo "schizmatyckie" (czyli prawosławne) w Polsce zaprzestało odprawiania nabożeństw w kościołach. Dekret ten został przyjęty w Polsce z niejakim "ociąganiem", bowiem dopiero w AD 1285 przez arcybiskupa Jakuba Świnkę na synodzie w Łęczycy. Wtedy również wprowadzono obowiązek nauczania w języku polskim (obok dotychczasowej łaciny) w szkołach katedralnych i klasztornych  oraz obowiązek wygłaszania kazań wyłącznie w języku miejscowym, polskim. Chodziło o to, aby zablokować dość powszechny wśród duchownych niemieckich w Polsce zwyczaj wygłaszania kazań po łacinie. Msze prowadzone wyłącznie w niezrozumiałej wśród miejscowego ludu łacinie, być może utrwalały rytuał kościelny, ale z pewnością nie pomagały Kościołowi w kształceniu ludzi i krzewieniu wiary (czyż nie z tego powodu niektórzy oceniają, że nasza  wiara jest powierzchowna, skupiona na przestrzeganiu bardziej rytuału, niż przykazań? - ale to już osobna kwestia). Nic więc dziwnego, że msze prawosławne (czyli dotyczące "prawych Słowian"), całkowicie wówczas zrozumiałe dla Polaków, mogły być popularne w polskim kościele do końca XIII wieku.

Wielki nasz polonista Julian Krzyżanowski w wydanej w 1963 roku "Historii literatury polskiej" zauważa, że "Obok tekstów łacińskich jednak już w wieku XIV pojawiają się pierwsze próby spisywania kazań po polsku, rzadkie, nieśmiałe i skazane na zagładę, której niekiedy uchodziły przypadkiem, gdy introligator klasztorny kart pokrytych pismem polskim używał jako materiału do oprawy cenniejszych dlań ksiąg łacińskich". Ten ceniony badacz wydaje się jednak nie uwzględniać, że te "pierwsze próby"polskich kazań z XIV wieku nie były wcale pierwszymi. Są one li tylko zachowanymi tyle szczęśliwie,  co przypadkowo fragmentami polskiej twórczości, od zarania (a właściwie od końca XI wieku, to jest od schizmy kościoła rzymskiego i ortodoksyjnego) niszczonej w klasztorach i kościołach, przez co dzisiaj - pomimo istnienia poważnych przesłanek na istnienie wcześniejszej aktywności literackiej w języku staropolskim, nie ma na to "twardych" dowodów .

Ilustracja poniższa przedstawia scenę koronacji Przemysła II przez arcybiskupa Jakuba Świnkę w Katedrze Gnieźnieńskiej 26 czerwca 1295 roku (źródło: "Orzeł piastowski Przemysła II herbem Rzeczypospolitej", Michał St. de Zieleśkiewicz - blog). Brodaty biskup i mnisi oraz krzyż patriarchalny sugerują przetrwały jeszcze wówczas ceremoniał ortodoksyjny.

Podczas gdy w Polsce od końca XI wieku, to jest od separacji kościoła łacińskiego od ortodoksyjnego, postępowała dyskryminacja języka słowiańskiego, opóźniając w ten sposób rozwój języka polskiego (tak jak czeskiego, słowackiego i innych zachodniosłowiańskich), w Europie łacińskiej - wraz z rozwojem organizmów państwowych następowało równoległe kształtowanie się języków narodowych. Tamtych jednakowoż Kościół  nie uważał, tak jak słowiańskie, za "barbarzyńskie" i nie przeszkadzał w ich używaniu. Na soborze w Tours w 813 roku zdecydowano, że kazania w kościołach Cesarstwa nie będą już więcej prowadzone po łacinie, ale w językach lokalnych: gallo-romańskim  (rusticam romanum) oraz germańskim (lingua theodisca), "aby ułatwić wszystkim zrozumienie co się mówi" (quo facilius cuncti possint intellegere quae dicuntur). Języki te, zwane językami prostych ludzi, dzięki postanowieniom soborowym swobodnie i bez przeszkód rozwijane, co udowadniają wspaniałe pomniki tamtejszej literatury, przekształciły się w język starofrancuski i staroniemiecki. Dodatkowo, język łaciński bujnie rozkwitał w Cesarstwie także poza Kościołem, a to dlatego że był wspólnym językiem komunikacji między elitami francuskimi i niemieckimi.

Już od IX wieku przez kolejne stulecia powstawały na Islandii sagi wikińskie (których zapewne istotną część spisano, w tym przez Snorri'ego Sturlusona, w XIII i XIV wieku), a w Europie zachodniej od początków XI wieku poematy rycerskie, tak zwane pieśni o czynach (fr. chanson de geste), jak "Pieśń o Rolandzie", poemat w języku starofrancuskim oraz anglo-normańskim, składający się z prawie czterech tysięcy wersetów (najstarsza kopia z połowy XII wieku). W ortodoksyjnej Gruzji, gdzie w odróżnieniu od Polski "łacińskiej" język narodowy mógł się rozwijać swobodnie, na przełomie XII/XIII wieku powstał składający się z 1600 wersetów poemat "Rycerz w tygrysiej skórze".

Tylko Chorwatom, południowym Słowianom którzy pozostali w kręgu kościoła rzymskiego (poza ortodoksyjnymi Serbami), udało się stawić czoła unicestwieniu przez łacinę pisma w języku wernakularnym, lokalnym. Chorwacki pomnik językowy z około AD 1100, jakim jest kamienna Płyta z Baški, zawiera wyryty głagolicą w języku cerkiewnosłowiańskim następujący tekst: "W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego ja, opat Držiha, napisałem to co dotyczy ziemi którą Zwonimir, król Chorwatów, przekazał za jego czasów św. Łucji [klasztorowi benedyktyńskiemu pod tym wezwaniem, przypis własny]. A świadkami byli żupan Dezimir z Krbawy, Marcin z Liki, Piribinieg z Winodolu i Jakow z Otoka. Ktokolwiek temu zaprzecza, niech będzie przez Boga, dwunastu apostołów, czterech ewangelistów i św. Łucję potępiony. Amen. Niech ten kto tutaj żyje, modli się za nich do Boga. Ja, opat Dobrowit, zbudowałem ten kościół z moimi dziewięcioma braćmi w dniach księcia Kosmasa, który władał całą krainą. I w tamtych dniach (parafia) św. Mikołaja z Otočac połączyła się z (parafią) św. Łucji."

Język narodowy Chorwatów rozwijał się w piśmie nieprzerwanie, chociaż nie bez przeszkód ze strony Kościoła, przez całe średniowiecze, przy "przymknięciu oka" przez Watykan (jako przeciwwaga wobec sąsiadów z Serbii, u których ortodoksyjna liturgia odbywała się w języku słowiańskim), aż do czasów nowożytnych. Pierwszą wydaną drukiem w AD 1483 książką w języku chorwackim był napisany głagolicą Mszał Rzymski, nawet zanim jego oficjalna forma została usankcjonowana przez Watykan. Jest to zresztą najstarszy na świecie wydrukowany mszał w języku niełacińskim, tym bardziej wyjątkowy w historii kultury języka i w historii Kościoła, że prawie o wiek wyprzedzał postanowienia Soboru Trydenckiego, który pod naciskiem Reformacji dopuścił możliwość marginalnego użycia (w czytaniach, ale nie w modlitwach) języków narodowych w liturgii mszy świętej.

Pierwsze polskie tłumaczenie biblii, a być może tylko Starego Testamentu (którego nieliczne fragmenty dotrwały do dziś), czyli tak zwaną Biblię Królowej Zofii z AD 1455, zawdzięczamy wychowanej w prawosławiu Zofii Holszańskiej, białorusińskiej żonie Litwina Władysława Jagiełły. Nie oglądając się na episkopat Polski (w którym dopiero za jej czasów mianowany został pierwszy w historii kardynał polskiego pochodzenia), zleciła wykonanie tłumaczenia na język polski w oparciu o wcześniejsze wersje w języku czeskim. Z XVI wieku znane są już pełne tłumaczenia biblii na język polski. Najstarsze polskie tłumaczenie Nowego Testamentu opublikowane drukiem nie powstało na terenie Polski katolickiej, ale w protestanckich Prusach - tak zwana Biblia Królewiecka, przetłumaczona  przez "ojca" polskiej ortografii Stanisława Murzynowskiego i wydana w AD 1551. Na synodzie w Warszawie w AD 1634 prymas Polski Jan Wężyk zakazał jednakże nowych przekładów biblii na nasz język.

Biblia Królowej Zofii, zwana także Biblią Szaroszpatacką, zawiera jedne z najstarszych pomników wymarłego już w Polsce czasu zaprzeszłego (łac. plus quam perfectum) w języku polskim. Oto parę interesujących z niej przykładów: znamię ślubu któryżeśm był ustawił; czas, w niemżeśmy byli chodzili; do którejżeś był posłał nas; Atalia przekrutna i synowie jej skazili byli Dom Boży ... okrasili byli; przyszedł był ten dzień; wyszłam była pełna. Wyrażał on czynność dawno minioną, albo wcześniejszą od innej czynności przeszłej. Czas zaprzeszły przetrwał do dziś w wielu językach europejskich (ros. dawnoproszedszij, ang. past perfect, fr. plus-que-parfait, niem. Präteritumperfect).

Należąc niby do tej samej "cywilizacji łacińskiej", jak bardzo chcą nasi historycy, jako Słowianie byliśmy od zarania traktowani przez Cesarstwo przedmiotowo i jako "autsajderzy", czyli mówiąc bardziej elegancko - "ludzie spoza towarzystwa" (inna sprawa, że sami chcieliśmy być poza nim), a nie podmiotowo, jak ich tubylcze społeczności. Nic dziwnego, że ograniczony do łaciny, niedostępny "ludziom prostym" język pisany należał w średniowiecznej Polsce praktycznie do cudzoziemców lub do zakonników, a łacina mówiona zamknięta była w zasadzie w obrębie murów Kościoła jako język liturgiczny czyli forma - element rytuału, a nie treść - element przesłania i wychowania. Liturgia pozbawiona "słowa Bożego" w zrozumiałym języku narodowym ograniczała się do rodzaju misterium, rytualnej magii. A przecież sami apostołowie chcieli, aby słowa ewangelii były znane wiernym ("Chrześcijanin, który nie żywi się Pismem, ten nie żyje" - Ewangelia św. Mateusza 4.4).

Wyjątkową postacią polskiego Kościoła, zmarginalizowaną w polskiej historiografii, był arcybiskup lwowski Paweł Tarło (ok. 1520-1565), który po Soborze Trydenckim kazał przetłumaczyć na język polski cały rytuał mszalny. Zachowany do dziś rękopis przetłumaczonego mszału, nie zaakceptowany przez Kościół, nigdy nie doczekał się publikacji drukiem. Jego nagrobek znajdował się w Bazylice Lwowskiej, ale został usunięty przez arcybiskupa Wacława Sierakowskiego, a na miejscu nagrobka znajduje się obecnie tablica z epitafium tego ostatniego biskupa. W 1491 roku Szwajpolt Fiol wydał w Krakowie "Czasosłowiec", zbiór modlitw kanonicznych w języku cerkiewno-słowiańskim. Cały nakład został zarekwirowany nakazem prymasa Zbigniewa Oleśnickiego jako dzieło heretyckie, a wydawcy biskup krakowski wytoczył proces.

Fani mitu o wyłącznie łacińskich, czyli tych "dobroczynnych" korzeniach narodzin Polski nie wyjaśniają, dlaczego zdołaliśmy dorobić się pierwszych śladów języka staropolskiego, jakie znane są nam dopiero z roku 1270 w postaci siedmiu (słownie: siedem) słów w spisanej poza tym po łacinie Księdze Henrykowskiej? Kiedy to już w AD 835 Benedyktyni z Fuldy tłumaczyli z łacińskiej wersji na język staroniemiecki Diatessaron (albo przynajmniej zachowane jego fragmenty) - zestawienie czterech ewangelii, sporządzone w AD 170 w języku greckim przez Tacjana (Tatian). Kiedy to od ponad dwóch wieków na zachodzie, północy, południu i wschodzie od Polski powstawały w językach lokalnych dzieła literackie o kilku tysiącach wierszy?

Kiedy to Słowianie serbscy już pół wieku wcześniej (w AD 1219) wydali "Zakonpravilo" - oparty na bizantyjskich nomokanonach, swój pierwszy zbiór praw w języku narodowym? Praw przyjętych później i drukowanych w całym słowiańskim kościele ortodoksyjnym. Kiedy to, gdy "wydaliśmy z siebie" na piśmie te siedem polskich słów, architekci Zachodu, wykształceni w swoich językach narodowych, wznosili już wielkie katedry gotyckie? Kiedy tworzył architekt francuski Villard z Honnecourt, pozostawiając po sobie fragment szkicownika, z którego zachowało się ponad 250 rysunków, opisanych przez niego w języku francuskim? Współczesny mu rówieśnik, krakowski kanonik Wincenty z Kielczy, pisał w Polsce poezje wyłącznie po łacinie. Tak to Polska objęta "cywilizacją łacińską" pozbawiona była możliwości rozwoju kulturowego i naukowego we własnym języku. Oto powyżej jedna ze stron z notatnika Villarda z AD 1235 (MS Fr. 19093).

W "Dziejach języka polskiego" historyk literatury polskiej Aleksander Brückner nie mógł w 1906 roku nie skonstatować, że "Dzieje języka polskiego, t. j. dzieje jego przekazane na piśmie, zaczynają się późno, pó­źniej, niż u któregokolwiek innego ze znaczniejszych języków europejskich. Źródła jego pisane sączą się dopiero od końca czternastego wieku ...". Wspomniany już Julian Krzyżanowski ubolewa, że "przez trzy wieki swego historycznego istnienia duchowa kultura polska tonie w mrokach, wykazuje całkowity marazm, leży odłogiem", nie zastanawiając się głębiej nad faktem w Europie wyjątkowym, że tak liczne wówczas w Polsce klasztory benedyktyńskie i cysterskie, będące na Zachodzie pionierami kultury naukowej i literackiej, u nas nie pozostawiły po sobie praktycznie żadnych dzieł pisanych. Rodzi się pytanie: czy nie tworzyły tych dzieł - bo "nie było rozkazu", czy też nie zachowały się bo zostały zniszczone? Zdaniem J. Krzyżanowskiego "nie było rozkazu", bowiem "dwaj pierwsi władcy Polski, Mieszko i Chrobry, podobnie jak najbliżsi ich potomkowie, zbyt byli zajęci sprawami przebudowy i rozbudowy państwa, by móc zająć się literaturą ...". Czyż jednak nie przesadzamy, przypisując władcom, nawet średniowiecznym, wpływ na wewnętrzne życie i twórczość zakonów, a tym bardziej osobiste "zajmowanie się literaturą", gdy sami byli najczęściej analfabetami?

Reliktem przedmiotowego traktowania Słowian w misji ewangelizacyjnej Kościoła wydaje się być dzisiejsze słowo "niedziela". W językach romańskich brzmi ono dzisiaj dimanche po francusku, domingo po hiszpańsku czy domenica po włosku i wywodzi się ze słów: dies Dominicus - dzień Pański, czyli dzień Boga. Tłumaczy ono chrześcijanom niedzielę jako dzień należący do Boga, który się święci. Dzień Pański, czyli niedziela, została formalnie wprowadzona w Kościele w AD 383, zastępując dotychczasowy dzień Słońca (heméra helíou - tak nazwany przez starożytnych Greków), będący dniem wolnym od pracy wprowadzonym przez cesarza Konstantyna w AD 321.

Sol Invictus czyli Słońce Niezwyciężone było wywodzącym się ze starych pogańskich kultur bóstwem czczonym w Cesarstwie Rzymskim. Pogańska etymologia tego dnia przetrwała do dziś w językach germańskich, na przykład Sunday po angielsku (Sunnandæg po staroangielsku), Sonntag po niemiecku czy Sunnudagur po islandzku. U Słowian zaginęła ta pierwotna pogańska nazwa, zastąpiona przez Kościół słowem niedziela (a u Rosjan Воскресенье - Wskrzeszenie), w języku starosłowiańskim *nedělja, wywodzącym się z pierwotnych słów *ne dělati (не делать), czyli nakazu: "nie działać", czyli nie pracować. Do chrześcijan w Europie zachodniej Kościół zwrócił się ze swoistym "znakiem informacyjnym", interpretującym ten dzień jako Pański, albo pozwolił utrzymać w obiegu stare pogańskie znaczenie tego słowa. Dla Słowian wydano natomiast nie wymagający objaśnienia "znak nakazu", a może nawet "znak zakazu", objęty w praktyce surowszymi sankcjami za niestosowanie go niż "znak informacyjny". Sankcje karne za "profanowanie niedzieli i świąt" odnowił na synodzie biskupów polskich we Wrocławiu w AD 1331 biskup Nanker.

Pomimo wyraźnej awersji polskich historyków do kultury "braci w Chrystusie", jak nazywa ortodoksyjnych chrześcijan papież Franciszek I, w niektórych kościołach katolickich eksponowany jest ortodoksyjny krzyż patriarchalny. Oto przykład z bazyliki archikatedralnej św. Jakuba w Szczecinie gdzie umieszczono go w prezbiterium, u wezgłowia biskupiego tronu (katedry), jako część herbu arcybiskupiego. Ciekawe, że w heraldyce kościelnej pozostał nie tylko ortodoksyjny krzyż, ale dla sznurów zwisających po obu stronach herbu biskupiego dawna starosłowiańska nazwa "chwostów", czyli po rosyjsku ogonów.

Wywieszono tamże na białym marmurze listę "waszych chrześcijańskich biskupów" (vobis episcopi vobiscum christiani), ograniczoną do katolickich, czyli "naszych" biskupów, a pomijającą ewangelickich biskupów Pomorza, historycznych gospodarzy tej katedry, przecież także christiani, czyli chrześcijańskich "braci w Chrystusie".

Jeszcze w AD 1577 na synodzie w Piotrkowie z udziałem prymasa Polski Jakuba Uchańskiego, któremu przewodniczył nuncjusz rzymski Vincent Laureo, czując szerzącego się w Europie reformatorskiego ducha rewolty w Kościele, zobowiązano biskupów między innymi do większego udziału we wspieraniu szpitali i przytułków dla ubogich oraz zabroniono księżom ingerencji w treść testamentów umierających wiernych, jeżeli ci nie przepisywali majątku na rzecz Kościoła. Efekt tych zarządzeń nie był chyba wielki, skoro na kolejnym synodzie w tym mieście w 1589 roku pierwsza decyzja była następująca: "Na wstępie synod nawołuje i upomina biskupów ordynariuszy, aby niezwłocznie naprawili dotychczasowe zaniedbanie się i wprowadzili w życie wszystkie zbawienne postanowienia synodu prowincjonalnego poprzedniego (1577), jak również wszystkich synodów dawniejszych".

Oto z prawej strony pochodząca z połowy XVI wieku, późnogotycka rzeźba biskupa, być może Erazma von Manteuffela, oficjalnie ostatniego przed Reformacją katolickiego biskupa Pomorza. Wywodzący się ze starego pomorskiego rodu rycerskiego Kleszczów Henning Aleksander von Kleist umieścił tą rzeźbę w wybudowanym przez siebie kościele w Radaczu, siedzibie rodu conajmniej od przełomu XIV/XV wieku. Zabytek znajduje się w ekspozycji Muzeum Regionalnego w Szczecinku. Warto dodać, że kościół w Radaczu słynął z ambony  zbudowanej w 1744 lub 1747 roku ze sprowadzonych przez tego szlachcica ze Śląska  paneli ozdobnych z trzech karet króla Jana III Sobieskiego. W wydawanym przez Gesellschaft für pommersche Geschichte, Altertumskunde und Kunst (Towarzystwo Pomorskiej Historii Archeologii i Sztuki) periodyku "Neue Pommersche Provinzialblätter" (poprzednika dzisiejszych "Baltische Studien") z 1827 roku, historyk Ludwig Giesebrecht, który osobiście badał ambonę i dokumenty parafialne stwierdził, że na tylnej ścianie jednego z paneli znajdował się napis: "Currus Triumphalis Joannis Sobiesky Regis Polonorum". W języku łacińskim spotykana jest transkrypcja nazwiska "Sobiesky", jak na przykład w wydanej w AD 1685 książce C. Vander Linde "Vita & res gestae Joannis Sobiesky III. Poloniae regis".

Zawichost nad Wisłą został we wczesnym średniowieczu zbudowany przez nadciągających ze wschodu Lędzian (Lachów), w miejscu spłycenia rzeki dogodnym na przeprawy przez nią. Nazwa miasta może pochodzić od podwijania podczas pokonywania brodu koniom ogonów: "zawij chwost", czyli podciągnij ogon. Innym możliwym źródłosłowem nazwy tego miasta jest ewentualne imię lędziańskiego założyciela grodu o imieniu Zawigost (oznaczającego zawołującego, zapraszającego gości), zbliżony do wspomnianych wyżej imion i nazw Dobrogost i Radogost, znanych zarówno w tradycji słowiańskiej jak i nordyckiej (gockiej). Nazwa miasta "Zawigost" występuje jeszcze w wydanej w Amsterdamie i w Paryżu pracy szwedzkiego historyka Gustawa Adlerfelda (1671-1709) "Histoire militaire de Charles XII roi de Suède" (Historia wojskowa króla Szwecji Karola XII). Miasto Bydgoszcz także zawiera ten słowiańsko-germański trzon w swojej dawnej nazwie Bydgost.

Niedostrzegane, a raczej zacierane przez niektórych historyków "czytelne ślady" obrządku wschodniego we wczesnośredniowiecznych polskich klasztorach kontrastują chociażby z dzisiejszym zwyczajem w opactwie benedyktyńskim w belgijskim Chevetogne, czy w przywołanym wyżej klasztorze benedyktyńskim w bawarskim Niederaltaich, gdzie dziś celebrowane są podwójne liturgie: katolicka i bizantyjska. Sama kongregacja benedyktyńska powstała przecież na tradycjonalistycznych, czyli ortodoksyjnych podstawach wiary chrześcijańskiej i do dziś zachowuje wewnętrzną strukturę zbliżoną do monastycyzmu wschodniego. Ruch ten przed schizmą, a w niektórych klasztorach jeszcze długo po schiźmie, sprzyjał liturgii ortodoksyjnej. Przywołując ryt katolicko-ortodoksyjny w dzisiejszych klasztorach benedyktyńskich zwracamy uwagę nie tyle na głębokość pewnych tradycji, ile odnosimy się do panujących we współczesnej polskiej historiografii resentymentów, każących w imię ideologicznego mitu "czystości" polskiego rodowodu wypierać się  części korzeni naszej kultury, czyli zubażać nasze dziedzictwo kulturowe.

Historycy nie wykazują zainteresowania zbiorami średniowiecznych mszałów, jakie się w Polsce, zwłaszcza w formie rękopisów, ostały.  Czy "brak czytelnych śladów" obrządku staropolskiego, czyli wschodniego w Polsce - jak twierdzą niektórzy znawcy, nie wynika po części z widocznej niechęci naszych historyków do analizowania wszystkich, dostępnych nawet w kraju, źródeł historycznych?

Mszały te, czyli księgi liturgiczne zawierające instrukcje oraz teksty kazań, modlitw i pieśni dla celebracji mszy świętej w ciągu całego roku, z pewnością zawierają wiele śladów rytu staropolskiego w liturgii tamtych czasów. Dziwny jest fakt, że nie tylko nie ma w Polsce żadnego ogólnego opracowania na ten temat, ale nie jest znany nawet stan inwentarzowy średniowiecznych mszałów (powstałych do czasów Soboru Trydenckiego). Najmłodszym z nich z okresu przed ustaleniem standartu rzymskiego w AD 1570, a jednocześnie najstarszym wydanym w Polsce, to jest w Krakowie, (na pergaminie) mszałem w formie drukowanej, jest Mszał Wrocławski (Missale Vratislaviense) z AD 1505 (jego jedna ze stron na zdjęciu obok, z egzemplarza w Książnicy Cieszyńskiej). Starszym egzemplarzem Mszału Wrocławskiego jest ten wydrukowany w AD 1499 w Moguncji, od AD 1506 należący do kościoła św. Marii w Głogowie, a obecnie w zbiorach Uniwersytetu Walijskiego. Najstarszym w ogóle mszałem polskim w formie drukowanej jest Mszał Poznański, wydany w Strasburgu w AD 1481.

Rzućmy jeszcze okiem na te same dwie strony Mszału Wrocławskiego z książek wydanych w dwóch różnych oficynach: z lewej strony wydanej przez Jana Hallera w AD 1505 w Krakowie (egzemplarz z Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu), a z prawej strony - wspomniany egzemplarz wydany przez Petera Schöffera w AD 1499 w Moguncji.


Być może najstarszym, dotąd niezauważonym i niezbadanym zabytkiem pisma języka Słowian zachodnich jest słowo "strzała" (*strâla), zawarte w starosaksońskim zaklęciu magicznym Pro nessia (Contra vermes), spisanym w IX wieku i przechowywanym w Österreichische Nationalbibliothek w Wiedniu (Codex 751, foliał 188v): "Wyjdź glisdo z twoimi dziewięcioma małymi glisdami, ze szpiku do kości, z kości do ciała, z ciała do skóry, ze skóry na tą strzałę! Panie, niech tak będzie!" [w oryginale: "Gang ût, nesso, mid nigun nessiklînon, ût fan demo marge an that bên, fan themo bene an that flêsg, ût fan themo flêsge an thia hûd, ût fan thera hud an thesa strala! Drothin, uuerthe sô!"]. 

To magiczne, pogańskie zaklęcie wymawiane zapewne było podczas próby uzdrawiania poprzez nacięcie skóry i upuszczanie krwi na grot strzały. Strzała z krwią z  zarazkami była następnie wystrzeliwana w kierunku lasu, który zamieszkiwały złe duchy, nasyłające na ludzi glisdy, nicienie - sprawcy chorób. Starosłowiańskie słowo *strâla mogło wmieszać się w język starodolnogermański w interakcji kulturowej pomiędzy sąsiadującymi Saksonami i Słowianami połabskimi. Widoczne jest w dzisiejszych wariantach językowych: strieła (rosyjski, serbski, bułgarski), striła (ukraiński), strijela (chorwacki), strela (słowacki), strėlė (litewski).

Jeden z dwóch głównych grodów (obok grodu Gana, dzisiaj Hof-Stauchitz)  połabskiego plemienia Delemintów (Głomaczy), wymienionych po raz pierwszy pod rokiem 805, a więc w okresie spisania zaklęcia Pro nessia, nosił nazwę Strela. Bronił on strategicznie dogodnego brodu przez środkową Łabę, w drodze z Wielkopolski i Śląska do Merseburga i Bambergu i dalej do Bawarii. Zatrzymywali się w nim wielokrotnie m.in. królowie Niemiec Henryk Ptasznik i Henryk II oraz Bolesław Chrobry. Thietmar nazywał go Strela civitas i Striela urbs. Dzisiaj miasto to, posiadające w herbie strzałę, nazywa się Strehla. Także dzisiejszy Stralsund powstał na miejscu słowiańskiej osady zwanej Stralowe (Strzałowe). Saxo Grammaticus w swojej kronice kilkukrotnie wymienia pobliska wyspę (Strela insula). Strzała do dziś jest godłem w herbie tego miasta. W manuskrypcie z AD 1235 "Codex Oldenburgensis Justitiae Lubecensis" pod rokiem 1158 jest wzmianka, ze przybył wtedy do rady miasta Lubeka pewien Cord Strale z Winety. W Nadrenii znajduje się miasto o nazwie Straelen, wymienione w dokumencie łacińskim z AD 1063 jako Strala, zapewne w znaczeniu strzała, na co wskazywałaby wizerunek strzały w XV-wiecznym herbie miasta.

Interesujące są zabytki odkryte na grodzisku Mikulčice-Valy, gdzie wśród wielu bizantyjskich artefaktów znaleziono m.in. te oto wykonane z brązu zakończenie pasa skórzanego. Słowaccy historycy widzą na spodniej części okucia (poniżej, lewa fotografia) mężczyznę trzymającego "przedmiot w kształcie litery T" oraz posiadający "ptasi nos w kształcie litery V", natomiast na części zewnętrznej (fotografia prawa) jest to ich zdaniem "żaba", jakoby nawiązująca do frankońskiej relikwii z Gandersheim. Mam wrażenie, że nie tylko polscy ale i słowaccy historycy uporczywie szukają odniesień do "preferowanej" cywilizacji łacińskiej, umniejszając wbrew faktom wpływy bizantyjskie, a tym bardziej wikińskie. "Moim okiem" postać z lewej trzyma w prawej ręce wikiński młotek Thora, a w lewej róg rytualny. Figura na prawej fotografii przedstawia sylwetkę lądującego ptaka, z rozłożonymi łapami, ogonem, głową, dziobem, piórami. Jest to więc moim zdaniem zabytek wikiński, "przemycony" prawdopodobnie przez bizantyjskiego Warega, który ukrył swoje dawne wierzenia pod spodnią częścią okucia. Proszę zresztą ocenić samemu (źródło: Martin Vančo 2008 - "The ninth century Great Moravian figural motifs of orantes").


Podobnie mętnych sformułowań, daleko wykraczających poza pożądany sceptycyzm naukowy, używa wielu naszych badaczy wobec jednoznacznie wikińskich artefaktów. Na przykład, Leszek Gardeła znaleziony w Wolinie ołowiany amulet w kształcie kotwicy, podobny do takich z Hedeby i Yorku (jedyne, znane w Europie tego rodzaju i w tym okresie), nazywa "przedmiotem wykazującym cechy skandynawskie". Ten świadomie użyty ambiwalentny opis ma za zadanie, niepotrzebnie pozbywając zabytku kontekstu czasowego (epoka Wikingów), stworzyć furtkę dla rozwijania teorii, nawet mało prawdopodobnych, o ewentualnym pozawikińskim, czy nawet pozaskandynawskim jego pochodzeniu.

Taką miałaby być jego interpretacja o chrześcijańskich źródłach symbolu kotwicy,  a więc jakoby eliminująca omawiany zabytek z wikińskiego kręgu kulturowego. A przecież symbolizować ona mogła kilkakrotnie wyżej wspomnianego św. Klemensa, popularnego wśród Wikingów patrona żeglarzy. Nie wykluczone jest zatem, że kotwicę-zawieszkę nosił Wiking - chrześcijanin. Inaczej jak sądzi ten badacz, który nie wiadomo dlaczego w konkluzji artykułu "Amulety skandynawskie z Wolina i Truso" identyfikuje Wikingów jako "pogańskich Skandynawów", mimo że dowody archeologiczne są wystarczająco liczne aby uwzgledniać występujący wśród nich dwoistość wierzeń religijnych i birytualizm. Stawiając tezy jednoznaczne tam gdzie fakty wskazują na wieloznaczność i odwrotnie - szukajac wieloznaczności tam, gdzie fakty są jednoznaczne, zdradza chęć manipulowania nimi w celu uprawdopodobnienia z góry przyjętej tezy. Nie zdoła on jednak zmienić faktu, że IX/X-wieczny Wolin, Hedeby i York nie mogły być chińskimi, ani żadnymi innymi ale tylko wikińskimi strukturami cywilizacyjnymi, w obrębie których powstawały i były używane rzeczone artefakty.

Niewolnicy - czyż nie mogli oni być głównym - dotąd przez historyków i archeologów niezidentyfikowanym źródłem pierwotnej akumulacji kapitału, filarem ekonomicznym na jakim Piastowie w Polsce, a Przemyślidzi w Czechach zbudowali swoje państwa ? Jeszcze na początku XII wieku, podczas napaści Bolesława Krzywoustego na Kołobrzeg, jak pisze Gall Anonim, "jedni wiązali jeńców, ... inni wreszcie wyprowadzali [pojmanych] chłopców i dziewczęta." Skarży się dalej kronikarz na ten sam proceder u Pomorzan: "ilekroć łupiąc Polskę, przyprowadzali ze sobą jeńców ..., to natychmiast wysyłali ich na sprzedaż na wyspy barbarzyńców." Jakże inaczej byłoby Mieszka I stać na trzytysięczną armię Waregów, czyli zaledwie o połowę mniejszą niż zafundowało sobie potężne Bizancjum?

Praski targ niewolników wskazuje, że byli oni wyłapywani na terytoriach nowopowstałych  państw słowiańskich przez władców tych krajów, albo conajmniej za ich przyzwoleniem. Znaczna ilość zabytków ze złota odkrytych w Starym Mieście (Staré Město) i w Mikulczycach (Mikulčice) z IX-X wieku również wskazuje, że ich część mogła pochodzić z handlu niewolnikami prowadzonego przez władców Wielkich Moraw z Wenecją, której potęga ekonomiczna rodziła się m.in. ze sprzedaży europejskich niewolników do kalifatów Afryki Północnej. Kolumny niewolników w drodze do Wenecji przekraczały Dunaj w pobliżu dzisiejszego Linzu, Austria skąd pochodzi dokument z lat 903-906, tzw. kodeks celny z Raffelstetten, potwierdzający taki handel. Brali w nim udział także słowiańscy kupcy z Czech i z Rusi, oferujący na sprzedaż również konie i wosk.

Wracając do bogobojności Czechów z końca X wieku, jeżeli po dwóch wiekach obcowania z chrześcijaństwem (pierwsze kontakty miały miejsce jeszcze pod koniec VIII wieku) nadal praktykowali obyczaje obce chrześcijanom, a lud polski wystąpił zbrojnie przeciwko Kościołowi w 1038 roku, to na jakiej podstawie nasi historycy klasyfikują każdy grób szkieletowy na Pomorzu, datowany po formalnym powołaniu biskupstwa w Kołobrzegu w 1000 roku jako pochówek chrześcijański? Pochodzące z IX-XI wieku groby szkieletowe, a także tak zwane groby komorowe, na Pomorzu i w Polsce piastowskiej - z braku w nich jakichkolwiek artefaktów chrześcijańskich, a w kontekście ich skandynawskiego wyposażenia - nie mogą być uznane za pochówki chrześcijańskie, ale za wikińskie lub wareskie.

Wbudowane w ziemi drewniane komory w które wkładano trumny oraz wysposażenie zmarłego w jego podróż w zaświaty, był początkowo - w IX/X wieku, zwyczajem szeroko stosowanym w Skandynawii, a w XI-XII wieku znanym na Połabiu (Oldenburg, Usadel), Pomorzu (Uznam, Cedynia, Ciepłe), Kujawach (Bodzia, Kałdus, Napole, Pień), Wielkopolsce (Dziekanowice, Sowinki), Małopolsce (Kraków-Zakrzówek, Sandomierz, Daniłów Mały), na Rusi, w Czechach i na Słowacji. Nie mówimy tutaj o wcześniejszej historii grobów komorowych, znanych od starożytnego Egiptu sprzed pięć i pół tysiąca lat, po katakumby z czasów Cesarstwa Rzymskiego, które przetrwały w Galii, Frankonii i Anglii po VII wiek n.e. Oto rysunek zrekonstruowanego grobu komorowego w Saint-Dizier we Francji z okresu merowińskiego (VI wiek n.e.), źródło: INRAP (Institut national de recherches archéologiques préventives). Wewnątrz trumny znajdował się miecz typu Bifrons-Gilton z napisem runicznym na głowicy. Miecze tego typu i z okresu merowińskiego (32 zabytki) występują w grobach w dorzeczu Mozy i dolnego Renu, w angielskim hrabstwie Kent oraz w szwedzkiej prowincji Västergötland.

Archeolog Andrzej Janowski poświęca dużo wysiłku badawczego, aby wykazać że groby komorowe z epoki Wikingów w Polsce wcale nie są skandynawskiego pochodzenia ("Are the chamber graves from Pień really Scandinavian?"), implikując ale bez stawiania kropki nad i, że są toż ci nasze, słowiańskie te groby. Jego koronnym argumentem jest, że nie są one identyczne z tymi znajdowanymi w Skandynawii, a istnieje między nimi jedynie "formalne podobieństwo". W ten sposób zaprzeczałby istnieniu Skandynawów w Normandii, Włoszech, Anglii, Irlandii, Szkocji i na Rusi, bowiem tamtejsze postwikińskie zabytki z zasady nie są (bo jakże mogą być) takie same, jakie dominują w Skandynawii. Nawet samą Birkę uważa on tylko za "skandynawską w geograficznym sensie", ale już nie kulturowym, fałszywie sugerując że znajdowane tam multikulturowe artefakty dowodzą obcej, a nie lokalnej kontroli tego emporium. Czyżby samanidzkie dirhemy z Birki świadczyły bardziej o nieskandynawskości jej kultury i ludzi, aniżeli jej skandynawskości dowodziła ówczesna infrastruktura portowo-handlowa, statki tam zawijające oraz cały szlak od Greków do Waregów, dzięki któremu istniało to emporium?

Autor sam sobie zaprzecza, kiedy z jednej strony uznaje wyższy poziom kulturowy artefaktów w grobach komorowych w Skandynawii, niż pochodzących spoza niej, a z drugiej strony sugeruje, że internacjonalizacja artefaktów na terenie Skandynawii świadczy o dominacji obcych tam wpływów kulturowych nad lokalnymi.

Czy bierze pod uwagę, czego trudno wypatrzeć na na łopacie archeologa, że kulturą była także, a może przede wszystkim, organizacja i utrzymanie w Birce centrum cywilizacyjnego ? Czy autor ten aby dobrze rozumie warsztat naukowy badacza kultury w ogóle, a nie tylko kultury materialnej?

Problem niematerialnego dziedzictwa kulturowego stanowi w naszej historiografii dość często napotykaną pułapkę, w którą wpadają nie tylko archeolodzy piszący o historii. Chodzi wszakże nie o do dzisiaj zgromadzony dorobek niematerialny, ale rozpatrywanie go w kategoriach historycznych, czyli właściwy dla różnych społeczeństw i narodów w poszczególnych epokach historycznych, na przykład taki jaki był w określonym regionie we wczesnym średniowieczu czy w epoce Wikingów. I tak jak dzisiaj o wartości firmy czy międzynarodowego koncernu wartości niematerialne odgrywają znaczącą rolę w jej ocenie/wycenie, tak i organizacja społeczeństwa, sprawność jego władztwa politycznego i umiejętność kumulowania bogactwa narodowego, także kulturowego, wskazują na miejsce określonego narodu wśród innych państw w poszczególnych epokach historycznych.

Inny archeolog, Jerzy Sikora, uważa groby komorowe, które stały się w interesujących nas czasach i miejscach zwyczajem wikińskim, za "zbarbaryzowaną formę chrześcijańskiej eschatologii". Zdaje się on zapominać, że chrześcijaństwo ani nie było pierwsze, ani tym bardziej nie miało monopolu wobec innych wierzeń na sakralizację władzy, czego wyrazem niewątpliwie były skandynawskie pochówki arystokracji w grobach komorowych. Sakralizacja władzy - czyli akceptacja przez poddanych posiadania przez władcę przymiotów boskich, była częścią rytuałów religijnych już wśród pierwotnych plemion. "Święte prawo władcy", jak już wspomniałem wyżej, rozpowszechniło się w feudalnej Europie z Bizancjum, wywodzone ze słów Biblii: "Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga" ("List do Rzymian" 13:1). Kulminacja chrześcijańskiej sakralizacji władzy, jeżeli pominiemy popularne w średniowieczu kanonizacje książąt, królów i cesarzy, miała miejsce w AD 962, kiedy to papież Jan XII zobowiązał się wobec cesarza Ottona I w dokumencie "Diploma Ottonianum", że każdy przyszły papież-elekt zobowiązany będzie do złożenia przysięgi posłuszeństwa przed cesarzem, zanim uzyska od niego potwierdzenie wyboru na papieża.

Wikińskie pochówki szkieletowe - w łodzi, znane są już z okresu AD 650-720 (Salme, Saaremaa w Estonii; zdjęcie poniżej, źródło: Archaeology Magazine), a więc długo przed rokiem 793, w którym napadli na klasztor w Lindisfarne i od kiedy popularnie uznaje się początek epoki Wikingów.


Na zakończenie krótkiego opisu starożytności manowskich wrócę jeszcze do konstatacji W. Łęgi, który po wieloletnich badaniach nad prehistorią Pomorza doszedł do wniosku, że zabytki pomorskie potwierdzają ciągłość osadniczą pewnych grup ludności począwszy od czasów schyłkowej epoki brązu. Te same dowody archeologiczne doprowadziły Józefa Kostrzewskiego, a za nim wszystkich "patriotycznych" historyków, do wniosku, że ta niekwestionowana płynna ewolucja kulturowa istotnie potwierdza ciągłość zamieszkania Pomorza, jednakże tą ludnością od tysiącleci są Słowianie, na których to tereny przejściowo "wtargały" grupy obcej ludności. Teorie te budowane były na wątłym fundamencie utożsamiania przez niektórych archeologów pojęcia kultury archeologicznej z plemieniem. Te niestabilne naukowo podwaliny przejęte zostały z kolei przez niektórych historyków, zrównujących określone plemiona z powstającymi państwami.

Oto jeszcze jeden przykład kultury Pomorza, której niektóre elementy przetrwały do wczesnego średniowiecza - pochodzący z okresu wpływów rzymskich zespół zabytków, w tym brązowy dzban typu Oinochoe (w jęz. greckim oznacza "lać wino") z Kretomina oraz inne zabytki, m.in. z Białęcina i Swołowa (zdjęcie: Muzeum w Koszalinie). Według kanonów naszej historiografii, traktującej naukę historyczną instrumentalnie i koteryjnie (nietolerowanie krytyki dzieł oficjalnych autorytetów, nawet w środowisku akademickim), zabytki te potwierdzałyby jeszcze jeden mit: słowiańską aktywność handlową w pierwszych wiekach naszej ery, a być może nawet ich wysoki kunszt rzemieślniczy, jeżeli "nie da się" wykluczyć lokalnej, pomorskiej produkcji pod "wpływem rzymskim". W przypadku dzbana z Kretomina, datowanego na AD 80-160, jednego z dwóch tego rodzaju zabytków odkrytych na ziemiach polskich (drugi z Łęgu Piekarskiego w Wielkopolsce), historycy przyznają że jest to wyrób oryginalnie rzymski i wskazują na jego pochodzenie z prowincji Kapua.


W spekulacjach o "pomorskości", albo nawet "słowiańskości" zabytku zupełnie pomijany jest fakt, że w okresie antycznym to nie Pomorze, ale południowa Skandynawia była przeciwległym biegunem kontaktów Cesarstwa Rzymskiego z północnym Barbaricum. Skandynawscy archeolodzy określają zabytki rzymskie jako oryginalne "rzymskie" - w odróżnieniu od tych z Pomorza lub innych miejsc w Polsce, które nasi archeolodzy próbują czasami "na siłę" uznać jako miejscową, a tak zwani autochtoniści - słowiańską produkcję, w oparciu o "wpływy rzymskie". Pozostałe zabytki "o proweniencji rzymskiej", nieprzypisywane przez naszych historyków producentom pomorskim, uznawane są przez nich automatycznie jako tak zwane "importy" - czyli efekt "handlu dalekosiężnego" pomiędzy Pomorzem a prowincjami Imperium Rzymskiego. Jest to kolejny ukuty przez historyków stereotyp, ignorujący różne, pozahandlowe możliwe przyczyny przemieszczania się przedmiotów - przyszłych artefaktów w przestrzeni, np. rabunki, okupy, dary, przemieszczanie się ich wraz z właścicielem itd.

Oto zachowane z pierwszego wieku n.e. wyposażenie jednego z arystokratycznych grobów z Hoby na duńskiej wyspie Lolland (Lolandia), zawierające rzymskie naczynia, biżuterię i narzędzia (materiały: brąz, srebro, złoto, ceramika, szkło). Brązowy dzban z tej kolekcji z trójlistnym wylewem jest bardzo podobny do dzbana z Kretomina (ten już bez ornamentyki). Na dnach dwóch srebrnych kubków z pierwszego planu wyciśnięto napis "Silius", które to imię nosił dowódca rzymskiej armii stacjonującej w Dolnej Germanii (Germania Inferior) w latach AD 14-21. Ze względu na kompletność i brak śladów uszkodzeń rzymskiej zastawy stołowej historycy przypuszczają, że skarb nie powstał drogą podboju, a mógł być prezentem tego rzymskiego dowódcy dla skandynawskiego wodza plemiennego. Dzban kretomiński może także pochodzić z rzymskiej Nadrenii. Zdjęcie wykonał Lennart Larsen, Muzeum Narodowe, Kopenhaga).


Pochodzący od czasów antycznych po wczesne średniowiecze skandynawski spadek kulturowy na Pomorzu, a także w innych regionach Polski, jest rezultatem trwających mniej lub bardziej intensywnie, ale nieprzerwanie od epoki brązu (kultura unietycka), relacji ludów skandynawskich z kulturami śródziemnomorskimi i orientalnymi. Oto jeszcze etruski dzban z V wieku p.n.e. (wys. 14.1 cm), w zbiorach Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku - jako przykład ewolucji kulturowej śródziemnomorskiego dzbana typu Oinochoe prowadzącej do dzbana z Kretomina. Inny przykład takiego naczynia pochodzącego z I wieku n.e. z Pompejów znajduje się we francuskim Musée Condé.

O ile można uznać, że część zabytków z okresu wpływów rzymskich i okresu wędrówek ludów patynowana jest słowiańskością przez fakt ich złożenia, a być może wyjątkowo wyprodukowania wśród ludów słowiańskich, o tyle próby "podrabiania" ich naciąganą argumentacją na słowiański wyrób lub pochodzenie, kiedy słowiańskość na tych ziemiach dopiero się rodziła i nie mogła wydać jeszcze takich owoców cywilizacji,  nie przynoszą moim zdaniem zaszczytu polskiej historiografii.

Fakt jest jednak taki, że dopiero  po zbudowaniu trwałych struktur państwowych i utrwaleniu się chrześcijaństwa w XI i XII wieku Polska i Pomorze zostały w pełni włączone w budowanie cywilizacji europejskiej. W tzw. żywotach św. Ottona z Bambergu (w tym w "Vita Priefligensis" Ebona) można dostrzec, że jeszcze na początku XII wieku trwałe były na Pomorzu lokalne struktury władzy (nobiles, potentes, primores), skupiające wokół siebie rycerstwo, związane więzami krwi (familia) lub inne zaufane osoby (amici, cognati). Te kręgi władzy, odpowiadające za obronę i handel na określonym terytorium oraz za przekazy kulturowe ze świata zewnętrznego - analogicznie jak wcześniej na Rusi, reprezentowały nie tylko stare rody słowiańskie, ale i moim zdaniem zasymilowanych i zeslawizowanych od wielu pokoleń Skandynawów.

Niespotykana wśród innych ludów europejskich ruchliwość Wikingów sprzyjała za ich pośrednictwem przenikaniu nowych idei między tymi ludami. Wykonany w Anglii, a zlecony przez Wikingów z Normandii Gobelin z Bayeux (kolejny fragment poniżej) jest przykładem, jak wymiana idei między różnymi narodami sprzyjała rozwojowi kultury. Trudno uwierzyć, że ten piękny fragment gobelinu, z niemal dzisiejszą, współczesną kompozycją linii, liczy już sobie prawie tysiąc lat.

Podstawowa ludność słowiańska, która siłą rzeczy - ze względu na początkową dopiero fazę rozwoju społecznego, bardziej asymilowała obce impulsy kulturowe, niż emanowała swoimi osiągnięciami na zewnątrz, zajmowała się rolnictwem, hodowlą i rzemiosłem, w "Żywotach" określeni jako mediocres, natomiast warstwa najuboższa to pauperes. Taki jest "l'état des lieux" społeczeństwa pomorskiego u zarania swojej państwowości w XII wieku: wielowarstwowy, wielokulturowy i wieloetniczny, a nie ubogi swoją jakoby homogenicznością etniczną (czystością "rasy słowiańskiej"?), w jakiej malują go dzisiejsi historycy.

Nieprzerwana obecność nordyckich wpływów kulturowych na Połabiu i Pomorzu już od epoki brązu oraz proliferacja wgłąb dzisiejszej Polski kolejnych kultur nordyckich w epoce żelaza (jastorfska, pomorskaprzeworska, oksywska) kontynuowana była u progu naszej ery. Od II wieku n.e. pomorscy Goci - reprezentanci tzw. kultury wielbarskiej, w tym także ci zamieszkujący  Ziemię Manowską nad Radwią koło Grzybnicy, ruszyli "szukać szczęścia" w kierunku Morza Czarnego. Na Podolu, wśród lokalnego elementu sarmackiego wytworzyli w III wieku n.e. tzw. kulturę czerniachowską, która w IV wieku rozprzestrzeniła się od dzisiaj rumuńskiego Siedmiogrodu aż po źródła rzeki Sejm na Wyżynie Środkoworosyjskiej.

Popatrzmy obok na jeszcze jeden dzban "kretomiński", znaleziony w XIX wieku w samym środku terenów objętych kulturą czerniachowską, wśród byłych pomorskich Gotów, to jest w powiecie Kaniów nad Dnieprem. Zabytek ten, odkryty przy drodze wiodącej z Kaniowa do Kijowa, wraz z towarzyszącą mu glinianą amforą potwierdza prowadzony przez tamtejszych Gotów handel z Cesarstwem Rzymskim drogą morską przez Morze Czarne. W książce Michała Grabowskiego "Ukraina dawna i teraźniejsza", Kijów 1850, skąd pochodzi ta ilustracja, zabytek ten określony został jako "naczynie z koryntskiej miedzi". Jak widać nie tylko Skandynawowie z wysp duńskich oraz z Pomorza, ale i ci znad Dniepru u schyłku epoki antycznej upodobali sobie trunki z wina, które serwowali w tym charakterystycznym naczyniu - karafce.



Rzućmy okiem wyżej na przykład skandynawsko - bizantyjsko - słowiańskiego tygla kulturowego, jaki uosabiają motywy architektoniczne z fasady XIII-wiecznej katedry św. Jerzego w Juriewie Polskim, położonym 180 km na północny wschód od Moskwy. Nazwa wywodzi się od jego założyciela, księcia Jerzego Dołgorukiego, potomka Waregów z rodu Rurykowiczów, związanego również z bizantyjską dynastią Monomachów. Drugi człon nazwy miasta pochodzi od słowa "pole", wśród których powstał gród w XII wieku. Oto próbka wyobrażeń świętych i apostołów (ci nie tylko w nimbie, ale i w aureoli-mandorli czy też w medalionie) kościoła ortodoksyjnego, pomieszanych z bizantyjskimi gryfami, lwami, smokami-żmijami i maszkaronami, o których tutaj tak wiele mówimy (foto: Margarita Kusznirenko, tourister.ru).

Ekspansja terytorialna plemion skandynawskich i inicjacja nowych kultur wśród lokalnych plemion kontynentalnych stanowi jeszcze jedno potwierdzenie nie tylko najdłużej trwającej w Europie, bo aż po schyłek pierwszego milenium, dynamiki populacyjnej i kulturowej tych plemion, ale i świadectwo koegzystencji ludów tubylczych i napływowych, stymulującej tworzenie się nowych kultur. Ta symbioza cywilizacyjna dawnych Skandynawów z lokalnymi plemionami objętymi oddziaływaniem kultury czerniachowskiej na terenach dzisiejszej Ukrainy wyrażała się także ich wspólnym wysiłkiem obronnym przed atakami azjatyckich plemion koczowniczych, czego dowodem są słynne Żmijowe Wały

Oto miejsce pierwszego znanego w historii słowiańsko-skandynawskiego tygla etniczno-kulturowego, jakim były tereny objęte od III wieku n.e. kulturą czerniachowską (w obwódce w kolorze pomarańczowym) i kulturą kijowską (w kolorze żółtym).

Nie mówimy tutaj tylko o koegzystencji ludów słowiańskich i nordyckich na wspólnie zamieszkałych terenach, ale o czymś więcej - o symbiozie kulturowej i zapewne współżyciu i mieszaniu się etnicznym. Taki stan rzeczy dotyczy zwłaszcza ziem połabskich i pomorskich w epoce Wikingów.

Przywołajmy tutaj dość jednoznaczny opis tej symbiozy przez wspomnianego wyżej, cenionego wśród historiografów kronikarza Orderica Vitala, który nawiązując do pomocy udzielonej Swenowi II Estrydsenowi w AD 1069 przez morskie kraje Polskę, Fryzję i Saksonię, dodał także Wieletów (Lutyków): "Lutycja także wysłała oddziały pomocnicze przeciwko Anglikom. Tamte ziemie zamieszkane były przez liczebne narody, które nadal pozostawały w błędach pogaństwa i nie znały prawdziwego Boga, wplątane w sieci ignorancji i ślepoty, modliły się do Wodana, Thora i Freya i innych fałszywych bogów, prawdziwych demonów." ("Leuticia quoque pro Anglicis opibus auxiliares turmas mittebat. In ea populosissima natio consistebat, quae, gentilitatis adhuc errore detenta, verum Deum nesciebat, sed ignorantiae muscipulis illaqueata, Guodenen et Thurum, Freamque, aliosque falsos deos, imo daemones colebat").

Nie tylko wspólne nordycko-słowiańskie wierzenia i bogowie łączyły Połabian, a z pewnością także Pomorzan, ale i nabyte przez Słowian od Wikingów umiejętności walki  i nawigacji morskiej. Orderic Vital pisał o nich: "Ten lud jest bardzo sprawny w walkach na ziemi i na morzu ..." ("Haec gens terra marique praeliari perita erat ...").
 
Jeżeli gryfy przeniesione zostały do symboliki waresko-wikińskiej z Bizancjum, to całkiem możliwe że gryfy pomorskie miały związek z gryfami małopolskimi. W nawie kolegiaty w Wiślicy, oprócz fragmentu słynnej posadzki z XII wieku, o której będziemy tutaj wiele mówić, znajduje się herb rycerski z godłem gryfa należący do rodu Gryfitów małopolskich, zwanych także Świebodzicami - jednym z najstarszych i najsilniejszych dynastii możnowładczych w Małopolsce w XII-XIII wieku. Jan Gryfita (Janik) z tego rodu był ósmym z kolei arcybiskupem gnieźnieńskim, któremu przypisuje się wybudowanie konsekrowanej w 1161 roku kolegiaty w Tumie i ufundowanie brązowych Drzwi Gnieźnieńskich. 


Interesującym jest fakt, że pierwsze gniazdo rodowe Świebodziców znane z początków XII wieku, jakim jest Ruszcza (na terenie obecnego Krakowa), nosiła w najstarszych dokumentach nazwę "Ruska", później także Rusiecz. Nazwa ta wskazuje na ewentualne rusko-wareskie pochodzenie tego jednego z najstarszych w Polsce rodów rycerskich. Ruszcza stała się również siedzibą rodową innych Gryfitów - Branickich, którzy byli powstałym w XIII wieku odgałęzieniem Świebodziców pochodzącym z pobliskich Branic. Nazwę Ruszcza (po łacinie: Rusca) nadano siedzibie w pobliżu Połańca nad Wisłą kolejnemu rodowi herbu Gryf, jakimi byli Chronowscy. Tablica pośmiertna z 1671 roku ufundowana dla Krzysztofa Chronowskiego, kanonika krakowsko-sandomierskiego przez jego matkę Katarzynę "de Rusca" Chronowską, zawierającą m.in. powyższy wizerunek Gryfa, znajduje sie w południowej nawie kościoła św. Jakuba w Sandomierzu. Nazwa Branic z kolei może być wywodzona ze starosłowiańskiego słowa, a później ze staroruskiego брань (pol. brań), oznaczającego bitwę lub wojnę. Od tego słowa powstały "broń", "bronić" i pochodne.

Wykonawcę Drzwi Gnieźnieńskich historycy nasi upatrują, jak można się domyślać, w mistrzach pochodzących z Francji, Niemiec albo Italii. W istocie we Francji znany jest tylko jeden przypadek istnienia podobnego dzieła z XII wieku, już nie istniejącego, w portalu opactwa Saint-Denis. Większość z tych badaczy uważa, że drzwi z Gniezna inspirowane byłDrzwiami Bernwarda z katedry w Hildesheim i stamtąd musiał zapewne pochodzić wykonawca Drzwi Gnieźnieńskich. 

Chociaż i historycy niemieccy przyjmują za oczywistość, że drzwi z Hildesheim powstały z ręki lokalnego, niemieckiego mistrza, to ta spetryfikowana hipoteza w żadnym wypadku nie wynika ze źródeł historycznych. Wyryty na drzwiach napis mówi bowiem tylko tyle, że "W Roku Pańskim 1015 biskup Bernward - niech pamięć o nim będzie błogosławiona - zlecił odlać te skrzydła drzwi na podobieństwo tej anielskiej świątyni i ku jego pamięci". Aż połowa obrazów (kwater) z tych drzwi zawiera starotestamentową ikonografię, co wraz z bizantyjskimi elementami ikonograficznymi (Manus Dei, nimb krzyżowy przy głowie Chrystusa, kształt skrzydeł aniołów, ubiory postaci) wskazuje na rękę mistrza grecko-bizantyjskiego. Trzeba pamiętać, że drzwi z Gniezna, tak jak i z Hildesheim powstały w bardzo trudnej, tak zwanej technice wosku traconego, wymagającej wielkiej praktyki i mistrzostwa. Oto fragment drzwi z katedry w Hildesheim przedstawiający scenę potępienia Kaina przez Boga za śmierć swego brata Abla.
 
Technikę tą przynieśli do Niemiec sprowadzeni z Bizancjum przez Karola Wielkiego Grecy, którzy odlali na jego zlecenie drzwi brązowe (jeszcze bez wypełnionych ikonografią kwater) dla kaplicy pałacowej w Akwizgranie. Wydaje się, że gdyby realizator drzwi Bernwarda był Niemcem a nie ortodoksyjnym Grekiem (co po schiźmie kościołów nie było już w Niemczech powodem do chwały), biskup nie omieszkałby tego uwidocznić, jak to uczynił magdeburski biskup Wichman, ofiarodawca Drzwi Płockich. Dodajmy, że popularna jest teoria, że romańska katedra w Gnieźnie została wybudowana przez mistrzów sztuki mozańskiej. Gdyby drzwi tej katedry miały wieńczyć to "dzieło sztuki mozańskiej" to warto zauważyć, że nieznany jest żaden przekaz źródłowy, wskazujący aby w tamtym regionie kiedykolwiek istniał tego rodzaju zabytek. Czyż ci "wylansowani" nadmozańscy mistrzowie mieliby w Gnieźnie stworzyć od ręki taki wspaniały "prototyp" i nigdy go potem u siebie nie powtórzyć?

Jeżeli nie mistrz francuski i nie niemiecki, to może jednak włoski, jak twierdzą niektórzy, był wykonawcą Drzwi Gnieźnieńskich? Niech odpowiedzią będzie następujący fakt. W ciągu tylko lat 1060-1110 aż osiem par drzwi brązowych wykonanych w Konstantynopolu trafiło do kościołów Italii: Amalfi - katedra, portal główny; Atrani - kościół św. Salwatora de Birecto - portal główny; Salerno - katedra, portal główny; Monte Cassino - klasztor, drzwi opata Dezyderiusza; Monte Sant'Angelo - sanktuarium, tzw. Drzwi Byka (Portale del Toro); Rzym - Bazylika św. Pawła za Murami, tzw. Święta Brama;  Piza - katedra, portal główny, drzwi ufundowane w AD 1099 przez Godfryda z Bouillon (nieistniejące od AD 1595); Wenecja - bazylika św. Marka, drzwi św. Klemensa.

Reasumując: chociaż znana w epoce antycznej, praktyka odlewania drzwi z brązu przyszła do wczesnośredniowiecznej Europy z Bizancjum. Technika odlewania wielkich i ciężkich drzwi brązowych z płaskorzeźbami jeszcze przez wiele wieków nie miała w Europie zachodniej, poza mistrzami greckimi, godnych naśladowców. Wydaje się, że żaden "warsztat" europejski, realny lub być może czasami wirtualny - nieznany w źródłach historycznych, a tylko tworzony w dziełach historyków, odlewający z brązu drzwi z bogatą ikonografią, nie mógł obejść się bez znajomości i opanowania bizantyjskiej techniki odlewu i bizantyjskiej tradycji ikonograficznej, co potwierdzają przykłady także Drzwi Gnieźnieńskich i Płockich.

Wracajmy do gryfów. Z tego samego okresu co tak zwana Płyta Wiślicka, a o wiek młodsza od wspomnianych wyżej gryfów z praskiego Wyszehradu, w podziemiach kolegiaty w Wiślicy zachowała się płaskorzeźba  w kamieniu wapiennym, przedstawiająca dwa gryfy chwytające za rozetę zwieńczoną krzyżem (foto powyżej: lucivo).

Nazwa mitycznego gryfa, będącego godłem również pomorskich Gryfitów - dynastii książęcej na Pomorzu, pochodzi od starogermańskiego "*grīpaną", a głębiej - od proto-indoeuropejskiego słowa *gʰreyb (łapać, chwytać). Należy już w tym miejscu oddalić jako nieprawdopodobną a faworyzowaną przez naszych historyków teorię, że gryf jako herb Pomorza pojawił się w wyniku "sprowadzenia" go z Bliskiego Wschodu na Pomorze, czy szerzej - do Polski, przez wyprawy krzyżowe. Gryfy wiślickie na powyżej zamieszczonym zdjęciu pochodzą z okresu jeszcze sprzed pierwszej wyprawy krzyżowej. Najstarsze wizerunki gryfa na Pomorzu (o czym piszę poniżej) pochodzą sprzed drugiej wyprawy krzyżowej, a jednocześnie z okresu pierwszej podróży ewangelizacyjnej Ottona z Bambergu na Pomorze w 1124 roku. 

Wizerunki gryfa znajdowane są na bizantyjskich grobowcach rodów arystokratycznych. Gryfy symbolizowały na nich z jednej strony królewski status zmarłego, z drugiej strony miały go chronić w dalszej drodze. Oto pochodząca z Bizancjum, datowana na koniec XIII wieku płyta marmurowa (60x52 cm); oryginał w Metropolitan Museum of Art.

W nawie kolegiaty wiślickiej, oprócz herbu małopolskiego rodu Gryfitów-Świebodziców, znajdują się herby trzech innych rodów szlacheckich: Szeliga, Rawicz, Leliwa. Herb Szeligi zawiera półksiężyc, a herbem Leliwy jest półksiężyc z gwiazdą - stare symbole miasta Konstantynopola. Ród Rawiczów jest także wschodniej proweniencji, chociaż łączy się go także z czeskim rodem Wrszowców. Wszystkie te cztery rody rycerskie o bizantyjsko-wschodnich korzeniach były zapewne fundatorami pierwotnej kolegiaty romańskiej w Wiślicy z drugiej połowy XII wieku, której piękną pozostałością jest wspomniana Posadzka Wiślicka.

Wyryte na posadzce postacie związane są zapewne z dobroczyńcami kościoła - wspomnianą wyżej lokalną arystokracją, albo nawet z księciem Henrykiem Sandomierskim, prawdopodobnym założycielem tej kolegiaty. Modlitewne pozy tych postaci, wznoszących dłonie do nieba w geście proszącym lub adoracyjnym nawiązują bezpośrednio do takiego motywu w ikonografii rusko-bizantyjskiej, sięgającej IX wieku (jak wizerunek modlącego się Dawida w Psałterzu Chłudowa). Najbliższa formą oraz chronologią do grafiki wiślickiej wydaje się postać Jana Ewangelisty z Ewangeliarza Mścisława (AD 1113-1117), któremu wyłaniający się z nieba święty orzeł w aureoli przekazuje w zwoju wiadomość. Symbolizujące ewangelistów zwięrzęta z głową otoczoną aureolą pojawiają się m.in. na tzw. pierwszym kielichu z Trzemeszna i na płaskorzeźbie Chrystusa z kościoła św. Sernina w Tuluzie, o czym wcześniej mówiliśmy. Oto zestawienie fragmentu Ewangeliarza Mścisława z postacią wznoszącą modły i z podobnymi elementami ikonograficznymi na Płycie Wiślickiej; oba zabytki pochodzą z tego samego XII stulecia.


Historycy sztuki najczęściej przyjmują, że oramentyka posadzki wiślickiej wskazuje na jej artystyczny związek ze sztuką mozańską - jak określa się styl romański charakterystyczny dla rejonu między dolnym biegiem rzek Mozy i Mozeli. Nie należy zapominać, że sztuka ta, tak jak i sam styl romański, zawiera w sobie wyraźne elementy sztuki bizantyjskiej.

Także zachowany na posadzce fragment sentencji: "Ci chcą być podeptani, aby mogli być wzniesieni do gwiazd ..." zdaje się nawiązywać do dzieła Platona "Timaeus", w którym twierdzi on, że każda dusza ludzka ma własną gwiazdę z której pochodzi oraz że dusze zmarłych - jeżeli ci wiedli moralnie dobre życie powrócą do gwiazdy, z której zeszły w ciało człowieka w chwili jego narodzin. Grecka nauka i literatura, w tym dzieła Platona, stanowią obok myśli chrześcijańskiej, zwłaszcza począwszy od VIII wieku, jeden z filarów filozofii bizantyjskiej. Nie tylko więc przesłanie ikonograficzne, ale i filozoficzne na posadzce z Wiślicy sięga do źródeł bardziej bizantyjskich aniżeli zachodnioeuropejskich.

Jako ciekawostkę podam, że ten sławny motyw z grafiki wiślickiej został utrwalony w płaskorzeźbie, wykutej ręką artysty-rzemieślnika azerbejdżańskiego na blasze mosiężnej, jaką zobaczyłem ku mojemu miłemu zaskoczeniu, wystawionej jako dekoracja w sklepie orientalnym w Luksemburgu. Czyż na tym przykładzie nie widać, że  nadmiernie eksponowany, a dużo rzadziej prawidłowo identyfikowany przez naszych historyków warsztat rzemieślnika, nie zawsze decyduje o przesłaniu kulturowym dzieła sztuki, którego wyraz ikonograficzny zależny jest często bardziej od zleceniodawcy.

Nie zmienia tego faktu, że w tym przypadku rzemieślnik wykonywał nie oryginalne dzieło ale kopię, zapewne w oparciu o fotografię. W średniowieczu często chodziło o wykonanie kopii, ale "zdjęty" z oryginału, odległego o setki lub tysiące kilometrów, czyli w czasie odległym w tygodniach lub miesiącach, rysunek tylko w mniejszej lub większej części odzwierciedlał oryginał, niedostępny dla oczu wykonawcy zamierzanej kopii. Detale oryginału pominięte na rysunku lub niedokładnie zapamiętane były wypełniane inwencją autora kopii lub życzeniami zleceniodawcy. Jak w tych warunkach, bez wykazania że zostały one w badaniach należycie uwzględnione, można odkryć "warsztat", a tym bardziej pochodzenie etniczne rzemieślnika, a jeszcze tym bardziej zrównać geograficzną lokalizację warsztatu z pochodzeniem kulturowym dzieła, jakie miałoby wynikać z prostego rzutu okiem historyka na mapę.

Zleceniodawcę wykonania dzieła, jeżeli uwzględnimy że producent nie zawsze wykonywał swoje dzieła "na magazyn", ale na konkretne zamówienie, oraz jego wpływ na kształt artystyczny i przesłanie kulturowe przyszłego zabytku ci zwykle "naddociekliwi" (bo usiłujący udowodnić z góry sugerowaną tezę) badacze zbywają milczeniem. Sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana, kiedy dzieło trafia do końcowego właściciela za pośrednictwem handlowca, który może sam być zamawiającym "na własny rachunek", a więc i wpływającym na kształt kulturowy dzieła, a później odsprzedającym je dalej, na przykład do miejsca gdzie po wiekach badacz historyk mozoli się nad interpretacją kulturową, jakoby w zupełności wynikającą z miejsca położenia artefaktu i pobliskiego "warsztatu". Pomińmy już, że i w owym warsztacie mogli pracować nie tylko lokalni rzemieślnicy, ale mistrzowie z dalekich krajów i różnych kultur, nadających tym artefaktom własne piętno kulturowe.

Popularna wśród polskich badaczy interpretacja "warsztatowa" artefaktów wczesnośredniowiecznych - poprzez sugerowany związek geograficzny (miejsce położenia warsztatu/"szkoły"), a stąd i jakoby etniczny, artefaktu pozbawionego źródeł pisanych, bez uwzględnienia przede wszystkim jego przekazu ikonograficznego, staje się w istocie zwykle ubraną w pozory metody naukowej, spekulacją na poziomie publicystycznym.

Najstarsza, potwierdzona archeologicznie przez Włodzimierza Antoniewicza warstwa osadnicza w Wiślicy, pochodzi z IX wieku, a gród i najstarsze budowle murowane z X wieku. Znaleziona tam, datowana na koniec X wieku, rzeźbiona oprawka rogowa - rękojeść narzędzia (noża, sierpa itp.) wskazuje na podobieństwo wykonania do zabytków pochodzących z ruskiego Nowogrodu. Jeżeli uwzględnimy wspomniane wyżej, pochodzące z X-XI wieku wschodnie, bizantyjskie relikty przedromańskich rotund na Wawelu i  w kościele św. Salwatora w Krakowie z podobnymi budowlami sakralnymi z Czech i Moraw, to najstarsze zabytki Wiślicy - leżącej na szlaku handlowym z Kijowa do Krakowa i Pragi, uzupełniają dowody o znanych z kronik związkach politycznych i religijnych wczesnośredniowiecznej Małopolski z ortodoksyjnym obszarem kulturowym.

Utrwalony mit o przyjęciu chrześcijaństwa w Polsce przez Mieszka I w AD 966 nie zdoła jednakże zatrzeć śladów trwającego około dwóch wieków chrześcijaństwa w obrządku słowiańskim, wprowadzonym na ziemiach południowej Polski przez Cyryla i Metodego. Prowadzona przez tych misjonarzy ewangelizacja Słowian, mimo przeciwstawiania się jej przez biskupów państwa frankońskiego, była wspierana przez papieża Adriana II (Hadriana II). Oto poniżej zaczerpnięta ze strony internetowej słowackiej parafii Sts. Cyril and Methodius Paris Church w Mississagua, Ontario (Kanada) ilustracja przedstawiająca scenę przybycia Cyryla i Metodego do Watykanu przed oblicze tego papieża w AD 868, kiedy to przywieźli oni z Krymu relikwie św. Klemensa. Był to okres, jak wspomnieliśmy wyżej, powstania z inicjatywy św. Metodego pierwszego w Czechach kościoła z celebrowaną liturgią w języku słowiańskim.

Szczątki św. Klemensa zostały odkryte przez Cyryla i Metodego przy brzegu morskim razem z kotwicą, z którą przywiązaną u szyji miał według legendy zginąć śmiercią męczeńską. Zapewne dlatego stał się patronem żeglarzy, a więc także ochrzczonych Wikingów. Takich jak Olaf Tryggvasson, król Norwegii który na przełomie X/XI wieku wybudował w Trondheim kościół pod wezwaniem św. Klemensa. Albo jak normański Wiking Wilhelm Zdobywca, fundator rozbudowy w połowie XI wieku kościoła św. Klemensa Duńczyków w Londynie. Imię tego patrona było szczególnie popularne w pierwszych wiekach chrystianizacji Skandynawii oraz w Anglii, na byłych terenach tak zwanego Danelaw. Katedra w Arhus, największy duński kościół, jest pod wezwaniem św. Klemensa, a jego wizerunek widnieje do dziś w herbie tego miasta. W Czechach i na Morawach zidentyfikowano istnienie w przeszłości conajmniej 19 kościołów pod wezwaniem św. Klemensa. Szczątki św. Klemensa, jak i zmarłego w Rzymie św. Cyryla złożone są w bazylice św. Klemensa na Lateranie.


Jeszcze w połowie XI wieku istniały w Małopolsce równolegle obrządek ortodoksyjny w języku słowiańskim i rzymski w języku łacińskim. W swojej bulli z AD 1046 papież Benedykt IX zarządził, aby "Wszystkie słowiańskie parafie w królestwie stały się podległe Aaronowi, arcybiskupowi  Krakowa w obrządku łacińskim" (Omnes parochiae quae in toto regno sunt Slavonicae subiciende essent Aaroni archiepiscopo Cracoviensi ritus latini). Aaron (Haron) przybył do Polski jako mnich prawdopodobnie z opactwa benedyktyńskiego w Cluny. Należy jednak wziąć pod uwagę także nadreńskie opactwa w Stavelot i wspomniany wyżej Brauweiler.

W XV-wiecznej "Chronografii" Samuela Diaka początek odejścia od obrządku słowiańskiego w polskich kościołach przypisuje się św. Wojciechowi - orędownikowi liturgii łacińskiej: "Potem ... przyszedł Wojciech do Moraw i do Czech i w Lachy, zniszczył wiarę prawdziwą i słowiańskie pismo odrzucił i zaprowadził pismo łacińskie i obrządek łaciński a obrazy wiary prawdziwej popalił ..."

W tym kontekście warto odnotować, że wspomniana wyżej tzw. reakcja pogańska nie objęła w zasadzie terytorium południowej Polski z obrządkiem słowiańskim, natomiast skupiła się na Wielkopolsce, gdzie Mieszko I wprowadził od początku mniej czytelny i przekonujący dla nawracanych Słowian obrządek rzymski. Do panującego w Małopolsce Mieszka II, pierwszego polskiego władcy o "europejskim" wykształceniu, pisała księżna Matylda Szwabska: "Chociaż mógłbyś modlić się godnie do Boga nie tylko w swoim języku i po łacinie ale nie zadowoliłeś się tym i dodałeś jeszcze znajomość greki" (Cum in propria et in latina deum digne uenerari possesin hoc tibi non satis, grecam superaddere maluisti). Fakt ten potwierdza przychylność króla do podwójnego obrządku chrześcijańskiego w Polsce.  Nie znalazł on jednak uznania, chyba nieprzypadkowo, w oczach późniejszych przedstawicieli polskiego Kościoła. Wspomniany wyżej Wincenty z Kielczy, który na zlecenie swojego biskupa opisał w połowie XIII wieku żywot i cuda wszelakie św. Stanisława ze Szczepanowa, Mieszka II opatrzył epitetem, później chętnie powtarzanym przez polskich historyków, jako władcę "gnuśnego i leniwego" - czego nie sugerują żadne wcześniejsze od niego źródła. Dodajmy, że tradycje związków nie tylko kulturowych ale i rodzinnych z Bizancjum kontynuowano wśród Piastów jeszcze długo po Mieszku II, bowiem jego prawnuczka, wspomniana wcześniej Irena Węgierska, była bizantyjską cesarzową.

Przytoczone tutaj przykłady zabytków wskazujących na relacje kulturowe Polski z Rusią, trwające aż po sam koniec XII wieku (Łęczyca, Tum, Trzemeszno, Wiślica itd.), a podjęte w IX wieku przez Waregów, ilustruja zainteresowanie takimi związkami przez samych władców Polski tamtych czasów. Mieszko III Stary był hojnym sponsorem rozwoju budownictwa sakralnego w wymienionych tu przykładach i ich dekorowaniem w stylu bizantyjskim. Pośrednikami w transferze kulturowym z Orientem stali się głównie kupcy żydowscy. Oto moneta (brakteat), ze skarbu monet hebrajskich znalezionych w Kruszwicy, bita za Mieszka III Starego z napisem w zanikłym już języku judeosłowiańskim knaan: "Miszka kral pulski".

W tym samym języku wydawał niektóre monety wspomniany wyżej książę Leszek Biały. Przyjmuje się na ogół, że moneta ta przedstawia "wyobrażenie lwa zwróconego w lewo, ale z głową skierowaną do tyłu". Nie jest to jednakże interpretacja oczywista. Być może jest to pół-gryf, czyli lew z głową orła bez skrzydeł - wizerunki rzadziej występujące, a także uznane za gryfy, od XV wieku w heraldyce zwane są alce lub keythong. Z czasów Mieszka III może pochodzić sprzączka z brązu z wizerunkiem gryfa, wydobyta z grodziska w Łęczycy, z warstwie datowanej na XII-XIII wiek. Z uwagi na towarzyszące liczne zabytki uzbrojenia, a również zbiór srebrnych monet, skoncentrowanych w tej samej warstwie archeologicznej wspomniany wyżej Andrzej Nadolski był zdania, że stacjonował tam konny garnizon wojskowy.

Czas powrócić na Pomorze i do wątku o gryfach. Najstarszy na Pomorzu znany symbol gryfa pochodzi z Kamienia (odkryty tam w 1975 roku) z około 1124 roku, kiedy to biskup Otto z Bambergu wizytował to książęce miasto (civitats ducis- jak go określił Herbord (nieznany w polskiej Wikipedii) w swoim Dialogus de vita Ottonis episcopi Babenbergensis. Wizerunki czterech gryfów zostały utrwalone na odkrytej tam polichromowanej, drewnianej misie (talerzu), datowanej właśnie na początek XII wieku. Misa ta formą przypomina odkryte w Kałdusie, pochodzące z przełomu X/XI wieku, dwie drewniane misy z brązowymi, ułożonymi na krzyż okuciami. Podobne naczynia znane są z grobów z tego okresu w środkowej Szwecji (m.in. Birka). 

Gryfy na misie kamieńskiej zostały regularnie rozmieszczone na czterech polach, rozdzielonych przez dwa pasy krzyżujące się na dnie naczynia. Symetria pasów tworzących znak krzyża greckiego wpisanego w koło odpowiada wzorowi wspomnianego wyżej bizantyjskiego nakrycia głowy, zwanego kamelaukion (kamilavkion), a na Rusi kamilawka, czyli wykonana z włosia wielbłądziego (wielbłąd to po grecku kamelos). Nakrycie w tej formie stosowali cesarze bizantyjscy, czego przykładem jest omówiona wyżej, tak zwana korona św. Stefana (zdjęcie poniżej, foto: András Szeitz, 1995), a także ortodoksyjni mnisi. Gryfy na misie kamieńskiej, z wysuniętymi do przodu łapami, są elementem typowym dla kultury wikińskiej. Misa ta więc pochodzi prawdopodobnie z rusko-bizantyjskiego kręgu kulturowego.


W skład tych najcenniejszych insygni królewskich Węgier z XI wieku, będących prezentem cesarza bizantyjskiego, wchodzi wspomniany wyżej przy okazji cesarza Konstantyna VI globus krucyfiksowy, w naszym języku dość myląco zwanym, przywołanym wyżej, "jabłkiem królewskim". Insygnium to, symbolizujące władzę całkowitą, imperialną, a więc globalną, a być może także Ziemię, nie ma nic wspólnego z jabłkiem - symbolem zakazanego owocu i grzechu pierworodnego. Kule, a nie jabłka czy gruszki królewskie, z bizantyjskim krzyżem patriarchalnym, mają w dłoniach wspomniani wyżej archaniołowie Gabriel i Michał na mozaice w bazylice Santa Maria Assunta di Torcello. I, jak już zauważyłem wyżej, trzymał prawdopodonie taką kulę Chrystus na ikonie Matki Boskiej Częstochowskiej, zanim nie została ona po raz kolejny przemalowana w drugiej połowie XVI wieku lub później.

Charakter misy o cechach bizantyjskich z Kamienia wskazuje, że należał on do elity społecznej, którą w owym czasie tworzył w tym grodzie dwór księcia Warcisława I.  Zabytek ten jest więc niemal o wiek starszy, niż pieczęć księcia Bogusława II z 1214 roku, uznawana jako najstarsze wyobrażenie gryfa jako herbu książęcego Gryfitów. 

Wizerunek gryfa używany był w oficjalnych dokumentach Gryfitów conajmniej od 1194 roku, jak wynika z opisu pieczęci na zachowanym odpisie z aktu darowizny księżnej Anastazji Mieszkówny (wnuczki księcia kijowskiego Izjasława II i z przodkami ze szwedzkiego rodu królewskiego) i jej synów Kazimierza II i Bogusława II dla kościoła mariackiego w Kołobrzegu.

Pięknym wyobrażeniem gryfa jest poniższa ilustracja z wydanej w 1650 roku we Frankfurcie nad Menem książki "Historiae naturalis de avibus libri VI", autorstwa szkocko-polskiego przyrodoznawcy Jana Jonstona.

Z wyobrażeń gryfa zamieszczonych w około 130 herbach miast i ziem w Europie większość dotyczy historycznych ziem owian nadbałtyckich - pomorskich i obotryckich (82 herby). Godłem gryfa posługiwał się m.in. książę lubiszewski (gdański) Sambor II, jak widać to na jego pieczęci z 1229 roku oraz szlachecki ród litewsko-kijowski Chodkiewiczów. Drugie największe skupisko gryfów istnieje na ziemiach Polski piastowskiej  - Małopolska, Kujawy i Śląsk (11 herbów), a trzecie we Francji - Bretania, Lotaryngia, Alzacja (6 herbów). Dzisiaj godło gryfa jest bardzo modnym elementem w logo uniwersytetów, banków i innych firm i klubów sportowych, głównie w USA i w Anglii

Gryfy - dalekie echo orientalne, zdobią także wejście do Sejmu RP od ul. Senackiej na tzw. domkach dozorcy, zbudowanych w 1822 roku za czasów Mikołaja Nowosilcowa, komisarza carskiego i m.in. członka honorowego Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, które przyczyniło się do powstania w 1816 roku Uniwersytetu Warszawskiego.

Interesujące są cztery płaskorzeźby z podwójnymi gryfami na fasadzie budynku przy ul. Listopadowej 6 w Ozorkowie. Jest to dawna przędzalnia bawełny, zbudowana w 1836 roku przez przybyłą w 1821 roku z Akwizgranu ewangelicką rodzinę Schlösserow. Założycielem polskiej odnogi tego rodu przemysłowców był Friedrich Schlösser, urodzony w Aachen w 1781 roku. Czy inspiracją dla dekoracji z gryfami był prowadzony przez niego handel z Rosją, czy też może ideę tą przywiózł z rodzinnego Aachen, dawnej stolicy cesarskiej, zbudowanej w okresie bizantyjskich wpływów kulturowych na dawne państwo karolińskie? Oto jedna z czterech płaskorzeźb (źródło: panaszonik.blogspot.com).


Trudno jest naszym dziejopisarzom znaleźć wytłumaczenie autentycznego świadectwa istnienia "elementu skandynawskiego" wewnątrz dynastii Gryfitów, który podniósł wizerunek gryfa (chyba jednak nie z babilońskiej inspiracji, patrz niżej) do rangi oficjalnego herbu Księstwa Pomorskiego oraz wielu miast pomorskich, a za Eryka Pomorskiego przeniósł tą symbolikę do godła szwedzkiej prowincji Skanii. Poniżej zestawione są współczesne herby Skanii i Szczecina.

Tego średniowiecznego "elementu skandynawskiego" najwyraźniej nie dostrzegają, bowiem pomimo że na pieczęciach miejskich Szczecina jakie się zachowały od XIV wieku widnieje głowa gryfa, nie przeszkadza to naszym pisarzom dziejów "obwiniać" za herb szczeciński dopiero ... XVII-wieczną dynastię Wazów, albo też uciekać z wczesnego średniowiecza w drugą stronę - w głęboką przeszłość, szukając genezy pomorskiego gryfa, uwaga ... w Mezopotamii sprzed 5 tysięcy lat!

Gdyby szukać analogii, czyż nie bliżej byłoby w czasie i przestrzeni do tego oto gryfa o bizantyjskich cechach, w formie zawieszki z brązu (dł. 3 cm), pochodzącej z X-XI-wiecznej Starej Ładogi (w zbiorach Muzeum Hermitage), czyli z okresu regularnych kontaktów handlowych Pomorza z wikińską Rusią? Niemal identycznych osiem zawieszek brązowych, znaleziono w łotewskim wczesnośredniowiecznym grodzisku Daugmale nad Dźwiną, niedaleko jej ujścia do Bałtyku. Historyk Guntis Zemītis uważa, że ozdoby te symbolizują konia i pochodzą z czasów pogańskich, z XI-XII wieku. Dźwina w owych czasach była dla Skandynawów traktem wodnym łączącym ich ziemie z Nowogrodem i Bizancjum. Być może są to zabytki nieco starsze, bowiem już od XI wieku tereny te poddane były pierwszym próbom chrystianizacji przez kościół ortodoksyjny w Pskowie. To zapewne rusko-wareskim wpływom pobliskie miasto Lielvārde zawdzięcza w swoim herbie cztery bizantyjskie krucyfiksy, takie same jak na omawianej wyżej "ruskiej" monecie Bolesława Chrobrego.

A kto wie, może jeden z protoplastów dynastii Gryfitów, książę Świętobór - możliwy syn wspomnianego wyżej Siemomysła, albo już książę Warcisław I - ewentualny wnuk Siemomysła, mieli możność widzieć największe dzieło sztuki tkackiej ich czasów, jakim był Gobelin z Bayeux? Jego publiczna prezentacja odbyła się w 1077 roku w trakcie uroczystości poświęcenia katedry Notre-Dame w Bayeux, w obecności samego Wilhelma (Williama) Zdobywcy i jego brata przyrodniego, biskupa Odona, prawdopodobnie uczestnika zwycięskiej Bitwy pod Hastings i zleceniodawcy na wykonanie sławnego gobelinu. Należy zauważyć, że konsekrowana katedra przyjęła jako jedna z pierwszych w Europie zachodniej wezwanie św. Marii - kultu już wtedy od sześciu wieków oddawanego w kościele ortodoksyjnym, a który dopiero miał się rozpowszechnić w kościele rzymskim.

W pewnym kontraście stoją wobec siebie fakty, że Wilhelm Zdobywca, jeden z najsilniejszych w jego czasach władców Europy, którego i jego żony Matyldy Flandryjskiej prochy złożone są w dwóch ufundowanych przez nich kościołach w Caen, zwany był przez niechętny mu kościół katolicki Wilhelmem Bękartem, bowiem urodził się w trwałym, monogamicznym związku księcia Roberta I Wspaniałego z kobietą spoza stanu szlacheckiego, którego Kościół nie usankcjonował. Wilhelm i Matylda nie uzyskali zgody papieża Leona IX (późniejszego świętego) na małżeństwo i po mimo to wziętym ślubie przez niego ekskomunikowani. Powodem miała być bliskość krwi, jaka ich łączyła przez wspólnego dziada w piątym pokoleniu, którym był pierwszy książę Normandii Rollon. Faktyczny motyw papieskiej odmowy był zapewne inny - w celu zablokowania politycznego związku Normandii i Flandrii, czego obawiał się król Francji Henryk I, którego drugą żoną była siostrzenica papieża Matylda Fryzyjska (wydana za króla gdy miała zaledwie 10 lat). Paradoksem jest, że przyszły święty ekskomunikował małżeństwo władcy Normandii, które po raz pierwszy w historii tego księstwa nie przyniosło na świat tak wzgardzanych bękartów.

Centralna scena gobelinu (23-cia), opisana jako UBI HAROLD SACRAMENTUM FECIT WILLELMO DUCI, przedstawia chwilę przysięgi składanej na dwa ołtarze (a może relikwie), których dotyka Harold II - przyszły król Anglii, Wiliamowi I - księciu Normandii (i przyszłemu królowi Anglii, zwycięzcy nad Haroldem w Bitwie pod Hastings). Tą inspirujacą scenę przyozdabiają według niektórych historyków m.in. gryfy - symbole walecznej i silnej władzy królewskiej, które przyjęli do rodzącej się w XII wieku w Europie symboliki heraldycznej założyciele pomorskiej dynastii Gryfitów.


Wyobrażenia gryfa na tym gobelinie nie są jednakże całkiem jednoznaczne, być może są to uskrzydlone leopardy, występujące (już bez skrzydeł) w herbie Normandii. Nie budzą natomiast wątpliwości płaskorzeźby gryfa, lwa i węża (smoka) na fasadzie katedry w Bayeux (foto poniżej: Henk Bekker). Zwróćmy jeszcze uwagę na przyniesioną z Bizancjum ząbkowaną i zygzakowatą ornamentykę fryzów portali tego kościoła, która od początków XIII wieku jako tzw. Zackenstil przeniknęła do malarstwa nadreńskiego i saksońskiego.

Motywy zyzagowate rozpowszechniły się od początków XII wieku najbardziej, ale nie tylko, w architekturze postwikińskiej, to znaczy w krajach w których Wikingowie przejęli władzę: Normandia, Anglia, Irlandia, Sycylia, a także Dania i Norwegia. Ufundowana przez Ottona z Bambergu (przyszłego pomorskiego misjonarza) tamtejsza katedra św. Piotra i św. Jerzego (jeden z "głównych" świątych w kościele bizantyjskim) zawiera motywy zygzakowate w czterech miejscach - trzy na portalach i jeden w chórze.


W internetowej encyklopedii pomeranica.pl nie ma ani słowa o związku herbu Pomorza nie tylko z epoką Wikingów, ale w ogóle z wczesnośredniowieczną Skandynawią. Podobny désintéressement związkami pomorsko-skandynawskimi dotyczy także ekspozycji muzealnych. Z pierwszej połowy XI wieku pochodzi z Kamienia fragment kości wieloryba z napisem runicznym, przez niektórych historyków obanderolowany jako "import" widocznie niezbyt "legalny", skoro w latach 1980-tych zniknął z gabloty Muzeum Katedralnego w Kamieniu, aby trafić do "magazynu celnego" Muzeum Narodowego w Szczecinie (jak wiele wikińskich zabytków w innych muzeach w Polsce). Z tych samych powodów wiele odkryć archeologicznych nie doczekało się upublicznienia opracowań wyników badań wykopaliskowych, w oczekiwaniu na "zielone światło" tzw. autorytetów historycznych, wsłuchujących się w aktualne zapotrzebowanie polityczne. 

Zamykając kwestię wizerunku gryfa w heraldyce można powiedzieć, że poza czasami antycznymi i jego orientalno-bizantyjskim pochodzeniem był on w całej historii Europy najbardziej emblematycznym właśnie dla PomorzaOto jeszcze zestawienie głównych herbów ziem pomorskich: Vuandalorum, Cassubiorum, Stetini i Pomeraniae, z wykonanej na drzeworycie, wydanej w Bazylei mapy "Pomerania XIIII Nova Tabula" Sebastiana Münstera z 1552 roku. Na marginesie, wyraz łaciński "tabvla" można zapisać także jako "tabula", bowiem w tym języku litera "v" reprezentuje także literę "u". W mowie łacińskiej "v" wymawiano jako "w" lub jako "u" - jeżeli w tym ostatnim przypadku "v" stało między spółgłoskami, np. w wyrazie "Venvs".

Należy zauważyć, że zamieszczona w książce "Pradzieje Wielkopolski", Poznań 2008, fotografia plakietki z poroża jako pochodzącej z grodu w Gnieźnie mylnie została zaklasyfikowana jako przedstawiająca wyobrażenie gryfa. W istocie jest to stwór hybrydowy uosabiający uskrzydloną postać lwa z oślimi uszami, podczas gdy wizerunki gryfa przedstawione są na dwóch płytkach glinianych z tego grodu, datowanych na XII-XIII wiek.

Jak dalekie w przestrzeni i czasie było przenikanie motywów skandynawskich do naszej kultury świadczy ornament na XII-wiecznej posadzce w kolegiacie w Wiślicy. Na poniższej ilustracji zestawione są wyryte na niej niektóre elementy oraz zdjęcie fragmentu chrzcielnicy z Alnö w Szwecji, pochodzącej z początku XIII wieku. O tej ostatniej piszę w artykule "Klucz do zagadki z Jelling w szkatule z Kamienia Pomorskiego?". Obydwa zabytki przedstawiają w charakterystycznej dla sztuki skandynawskiej (z wyraźnymi wpływami scytyjsko-perskimi, które przeniknęły zapewne w okresie zamieszkiwania przez Gotów ziem nad Morzem Czarnym), trwającej od końca okresu Vendel (VIII wiek) formie mitologiczne wyobrażenia tak zwanych chwytających zwierząt (ang. gripping beasts) - z wysuniętymi i rozczapierzonymi przednimi łapami. Kultura okresu Vendel zrodziła się, jak wiadomo, w rejonie dzisiejszej Gamla Uppsala, będącego centrum politycznym Svearów - przyszłych Szwedów, już od III wieku n.e. 

Na bordiurze (obwodzie) posadzki wiślickiej umieszczono kolejno dwa lwy, gryfa (połączenie orła z lwem), opasanego smoka, opasanego centaura (pół-człowiek, pół-koń), lwa i bazyliszka (skojarzenie węża z drapieżnym ssakiem). Na postumencie chrzcielnicy szwedzkiej są to cztery opasane lwy, a powyżej (niewidoczne na poniższej fotografii) węże, smoki i anioły.


Ta przenikająca z Bizancjum do ikonografii europejskiej jedność świata zwierzęcego, a szerzej postulowaną w Starym Testamencie rajską jedność i harmonię świata przyrody i człowieka, wyrażają słowa z 65 rozdziału Księgi Izajasza: "Wilk i jagnię będą paść się razem, a lew będzie jadł słomę tak jak byk, pokarmem zaś węża będzie proch (pył). Nie będą wyrządzać szkody ani rujnować na mojej świętej górze, powiedział Bóg". Werset ten w języku greckim umieszczony jest na odkrytej w 2015 roku w Adana (południowa Turcja) V/VI-wiecznej mozaice, ukazującej wspólnie pasących się i śpiących 16 dzikich i udomowionych zwierząt (m.in. wilk, owca, leopard, koza, lew, byk, paw, jeleń, wąż).

Tak charakterystyczne w kulturze wikińskiej fantastyczne przedstawienia monstrów i potworów były również widoczne we wczesnośredniowiecznej sztuce bizantyjsko-romańskiej, czerpiącej inspiracje z tradycji sztuki lombardzkiej, zrodzonej wśród zromanizowanych w Italii Skandynawów, czyli Longobardów. Otwartym jest pytanie, czy te powszechne w kościołach romańskich i w ogóle w estetyce średniowiecznej (w rzeźbie, malowidłach ściennych, manuskryptach) demony i potwory nie przeniknęły do niej z tradycji nordyckiego pogaństwa. Sztukę lombardzką polska Wikipedia określa oględnie jako "Pierwsza sztuka romańska", podczas gdy włoska i francuska Wikipedia, czyli z krajów gdzie ta sztuka powstała i rozwinęła się, a więc z krajów gdzie o tej sztuce wiedzą zapewne więcej niż w Polsce, określają ją jako "Romanico lombardo" oraz "Art roman lombard". Jeżeli już trzeba nawiązać do sztuki lombardzkiej używa się na nią u nas określenia "północnoitalska", które wymazuje właściwy kontekst historyczno-kulturowy, a podkreśla dwuznaczny - geograficzny. Są jednak historycy, jak na przykład Michał Walicki, którzy są w stanie docenić "italo-bizantyjskie", czyli lombardzkie dekoracje architektoniczne wspomnianego tutaj romańskiego kościoła św. Jakuba w Sandomierzu.

W architekturze, czyli tam gdzie nie do historyków sztuki należy ostatnie słowo, charakterystyczna cecha architektury romańskiej, jakim jest dekoracyjna kompozycja na ścianach zewnętrznych tzw. lizen (taśm lekko pogrubiających mury) i fryzów arkadkowych, określana jest mianem nie włoskiego czy italskiego ale układu lombardzkiego.

Dodajmy, że sama nazwa państwa Włochy tylko we współczesnym języku polskim i węgierskim ("Kraj Włochów" - Olaszország)  przetrwała od starogermańskiego określenia walh, znana w staronordyckim jako wahls, oznaczającego obcego, cudzoziemca, ogólnie mieszkańca Cesarstwa Rzymskiego. Z tego samego źródłosłowu pochodzą w naszym i w innych językach nazwy historycznych regionów Walii, Walonii i Wołoszczyzny.

Orientalne motywy dekoracyjne lwa, centaura  i gryfa zdobiły romańskie posadzki klasztoru w Tyńcu. Z zachowanych fragmentów glazurowanych płytek reliefowych odtworzony został poniższy wzór posadzki z gryfami (rys. K. Miodońska, 1971).


Bernard z Clairvaux, główny reformator cysterskiej formuły zakonnej, zagorzały przeciwnik zbytku bizantyjskiego w życiu zakonnym i w wystroju kościołów, inspirator drugiej wyprawy krzyżowej w AD 1147, w jednym z ponad pięciuset zachowanych do dziś listów (ten z roku 1124) z wielkim niesmakiem wyrażał się o rzeźbach w benedyktyńskich klasztorach i kościołach: "Ale co robią w waszych klasztorach, tam gdzie bracia pochylają się nad lekturą ksiąg, te śmieszne maszkary, te okropne piękności i piękne okropności? Po co te odrażające małpy, te dzikie lwy, te potworne centaury, półludzkie monstra ...?". A przecież to z Bizancjum przez ostrogocką Lombardię i wikińsko-bizantyjskie południe Italii wiodły do Europy te półpogańskie, półbiblijne idee artystyczne.

Czy muszę dodawać, że nasi historycy sztuki nie rozpoznają podłoża kulturowego zabytku z Wiślicy, ale koncentrują się na drugorzędnej, chociaż oryginalnej technice jego wykonania ? Owszem, podejmowane są, zwykle przez młodszych badaczy, próby analizy kulturowej wielu zabytków ale wyniki ich badań - jeżeli nie przystają do oficjalnej narracji, na ogół nie znajdują miejsca w głównych rozprawach i monografiach. Dlaczego ikonografia, wszelka reprezentacja graficzna i ozdobna na zabytkach, będąca jednym z najważniejszych źródeł poznawania historii, a zwłaszcza prehistorii, jest tak często traktowana przez historyków instrumentalnie, badana tak jednostronnie i powierzchownie?

Zabieg odwracania uwagi od pierwszorzędnych przedstawień figuratywnych określonego dzieła sztuki i przenoszenia jej na drugorzędną technikę jego wykonania, a tym bardziej płonne poszukiwanie "warsztatu" - fetyszu, jest w polskiej historiografii dotyczącej wczesnego średniowiecza dość powszechny, czego nie można inaczej tłumaczyć jak próbami ukrycia rzeczywistego źródła / kierunku wpływu kulturowego, jaki inspirował powstanie dzieła. Dlaczego historycy sztuki nie widzą potrzeby szukania odpowiedzi, skąd na przykład w polskich kościołach romańskich widzimy bizantyjską ornamentykę lwa, z rozczepionym końcem długiego ogona z motywem liściastym? Jak te wyżej na bordiurze posadzki w kościele NMP w Wiślicy, albo (foto powyżej) na ciosie kamiennym fasady kościoła NPM w Inowrocławiu?

Sugerowany przez historyków ścisły i niemal wyłączny związek chrześcijańskich początków Polski z cywilizacją łacińską i z kulturą Italii nie tylko nie jest prawdziwy, ale pomija fakt, że z  X-wiecznej Italii nie zawsze płynęły do Europy najlepsze wzorce cywilizacyjne, tak przez tych badaczy idealizowane. Przykładem jest odmowa "pewnego księcia włoskiego", który nie pozwolił aby proponowany przez cesarza Ottona III niejaki Jan (Johannes, Jean) kierował biskupstwem na jego ziemiach, bowiem już jako biskup odmówił poślubienia córki tego arystokraty. Sam cesarz musiał pogodzić się z odmową, przydzielając Jana pod opiekę biskupa Notgera i jego następcy Baldryka (Baldric). Wzmiankuje o tym Kronika biskupstwa w Liege (Gesta episcoporum Leodiensium), napisana przez opata Idziego (Gilles) z zakonu cystersów-trapistów w Orwal (Orval). Świadczy to z jednej strony o przejawach nielojalności Włochów wobec władzy cesarskiej (na co skarżył się też Thietmar), a z drugiej o trwaniu jeszcze w końcu X wieku wśród włoskich elit półpogańskich tradycji ożenku kapłanów kościoła rzymskiego, podczas gdy celibat księży, jako element ascezy materialnej i cielesnej, już od stuleci  był mocno zakorzeniony w kościele bizantyjskim.

Jeszcze na synodzie polskim we Wrocławiu w AD 1416 książę i biskup Wacław Legnicki wydał dla księży zakaz życia w konkubinacie, oglądania przedstawień teatralnych (kabaretów), uprawiania symonii oraz nakazał archidiakonom kontrolowanie zachowania się księży. Widocznie skutek tych zakazów nie był dość satysfakcjonujący, bowiem kolejny biskup wrocławski Konrad IV Starszy powtórzył te zakazy na synodzie w AD 1446, dodając zakaz uprawiania gier hazardowych, noszenia bogatych strojów i broni, wydawania wyroków karnych i podejmowania się chirurgii. Jak wynika z postanowień synodów polskich, konkubinat wśród księży przetrwał od średniowiecza do czasów nowożytnych, będąc na tych synodach wielokrotnie odnawianym zakazem. Marcin Kromer, koadjutor biskupa Stanislawa Hozjusza i przyszły biskup warmiński, w latach 1575 i 1577 przewodniczył synodom diecezjalnym Warmii, na których zakazywał przepisywania przez księży w testamencie jakichkolwiek dóbr konkubinom, a te były zobowiązane wyprowadzić się na odległość conajmniej 20 km od księży.

Kończąc tą niesławną historię pozbawienia biskupa władzy przez lokalnego księcia przytoczmy jeszcze pouczające epitafium, jakie Jan kazał sobie wyryć na grobie, który znajduje się do dziś w kościele św. Jakuba Mniejszego w Liege (nota bene, należącym do opactwa, które pół wieku później założyło filialny klasztor w wielkopolskim Lubiniu, w AD 1070): "Zatrzymaj się, przeczytaj co widzisz i niech (twoje) miękkie serce ma litość nade mną. Grobowiec poświadcza kim jestem, a inskrypcja mówi co uczyniłem. Narodzony w Italii, jam Jan, odziany w szaty pontyfikalne, musiałem uciekać wypędzony z mojej siedziby biskupiej. Wygnany bez honoru, zostałem wysłany w te okolice, a litościwe miasto Liege udzieliło mi gościny" ("Sta, lege quod spectas, in me pia viscera flectas. Quod sum, fert tumulus, quid fuerim titulus Italiae natu, pollens et pontificatu, Johannes fugio, pulsus episcopio. Destinor his oris, exul nullius honoris. Urbs pia Leodium commodat hospitium."). Powyższa ilustracja jest próbą odtworzenia romańskiej bryły kościoła św. Jakuba w Liege z II połowy XII wieku (źródło: Chokier, rys. Camille Bourgalt). Charakterystyczne są zdobiące fasadę wspomniane wyżej pionowe lizeny łączące się u góry w tzw. układy lombardzkie.

Zakłopotanie, jakie wywołują wśród polskich historyków i archeologów niektóre artefakty widoczne jest wobec tak zwanych Tabliczek z Podebłocia (koło Sieciechowa - przyszłej siedziby zakonu Benedyktynów, po drugiej stronie Wisły), datowanych na IX-XI wiek. Te być może najstarsze wczesnośredniowieczne zabytki pisma słowiańskiego na ziemiach polskich nie doczekały się do dzisiaj kompletnego sprawozdania z dokonanego w 1986 roku odkrycia archeologicznego, co uniemożliwia ich rzetelną interpretację. Są to prawdopodobnie pochodzące z Rusi Kijowskiej inskrypcje prawosławne, chociaż przeważają spekulacje (z braku pełnej dokumentacji tych i im towarzyszących innych zabytków), że mają one pochodzenie grecko-bizantyjskie. Pierwsza chrystianizacja ruskich Waregów miała miejsce przed AD 867, w którym to roku Focjusz I Wielki (Photius I), patriarcha Konstantynopola pisał o wcześniejszym przyjęciu chrztu przez nieokreśloną bliżej społeczność Rusów.

Kolejnym przykładem odwracania uwagi od istoty zabytku, jakim jest jego treść kulturowa, jest tzw. relikwiarz kruszwicki z I połowy XII wieku, w którym ewidentnie bizantyjska forma reprezentacji sceny Christofanii (objawienia się Chrystusa) nie budzi zainteresowania historyków, bowiem najważniejsze dla nich jest emaliowane tło tej sceny, wskazujące ich zdaniem - już bez szczegółowego uzasadnienia, na wpływy warsztatów szwabskich. Takie uzasadnienie byłoby jednak naukowo wymagane, jeżeli uwzględnimy że sztuka emaliowania przyszła do karolińskiej Europy właśnie z Bizancjum. Szwabia od południa sąsiadowała z Lombardią, tradycyjnie silnie związaną kulturowo i politycznie z Bizancjum. Oba regiony w okresie VI-VIII wieku, od czasów księżniczki bawarskiej Teodelindy, powiązane były także dynastycznie. Wczesnośredniowieczne "warsztaty szwabskie" nie tworzyły samodzielnej, autonomicznej sztuki, a były co najwyżej dobrymi naśladowcami sztuki bizantyjskiej, wzbogaconej głównie o pobliski koloryt lombardzki. Natomiast w przypadku Polski kierunkiem, z którego napływała do nas w X-XII wieku kultura bizantyjska była wikińska Ruś Kijowska. Oto ta scena.


W podobny sposób nasi badacze wykluczają ruski kierunek przybycia relikiwii Św. Krzyża (tzw. stauroteki) z kolegiaty w Tumie (przełom XI/XII wieku) - na poniższym zestawieniu z lewej strony, a znajdują w niej "proweniencję bizantyjsko-wenecką". O ile można przyjąć uzasadnienie, że wizerunek Chrystusa i stojącej obok Marii Panny i Jana Ewangelisty na wieku relikwii tumskiej wzorowany jest na staurotece pochodzącej z Konstantynopola (z prawej strony),  o tyle trudno znaleźć w staurotece tumskiej wpływy weneckie.

Górna i dolna obwódka (i tylko obwódka) staureteki z Konstantynopola przypomina podobną z ikony św. Michała ze wspomnianej wyżej bazyliki św. Marka w Wenecji. Tego ostatniego elementu "weneckiego" brakuje na relikwii z Tumu, więc nie wiadomo, w czym jej weneckość miała się przejawiać. Na staurotece bizantyjskiej są też greckie litery MP - ΘY, oznaczające "Maria Matka Boga". Na staurotece tumskiej są zaś (w formie skrótowej) słowa - nad Matką Boską: "idou ho hyios sou" (spórz, Twój syn), nad Janem Chrzcicielem "idou hê mêtêr sou" (spójrz, Twoja matka). Inspiracją dla obu staurotek wydaje się być mozaika przedstawiająca scenę Ukrzyżowania Pańskiego na sklepieniu wspomnianego wyżej klasztoru Osios Lukas.

Pierwowzorem dla bazyliki św. Marka, zbudowanej jako palatium dla miejscowych książąt (tzw. dożów) był kościół św. Apostołów w Konstantynopolu, a i jego ołtarz główny (tzw. Pala d'oro) został w AD 976 stamtąd sprowadzony i przez kolejne wieki "latynizowany" w formie nowych dekoracji à la mode, np. karolińskich, ottońskich i późniejszych. Stauroteka tumska nie ma więc żadnych śladów wpływów weneckich, a jest po prostu zabytkiem stworzonym w obrębie kultury rusko-bizantyjskiej.


Wypada tutaj przytoczyć jeszcze jeden przykład wplatania się sztuki wikińskiej (opartej na pierwotnych motywach bizantyjskich) w powstającą w Polsce w XI wieku sztukę chrześcijańską. Jest nim datowany na ten wiek, wykonany z brązu, złocony nodus (pogrubienie) pastorału z opactwa benedyktyńskiego w Tyńcu. Przedstawia on cztery fantastyczne ssaki (lwy), o cechach gryfa, z łapiącymi ogon dziobami oraz cztery ptaki (gołębie) - z książki "U źródeł Polski średniowiecznej", Witold Hensel 1974 - kolorystyka moja.

I w tym przypadku historycy sztuki pomijają próbę interpretacji przedstawień figuratywnych tego zabytku, ignorują zawartą w poniższym haśle, a przenikłą do karolińskiej Europy bizantyjską tradycję władzy uświęconej, ale za to  zwracają uwagę na piękno ottońskiego liternictwa cyzelowanego na pierścieniu poniżej nodusu: "Omnis potestas a Deo" (wszelka władza pochodzi od Boga).

"Ottońskie liternictwo" składa się wszakże w przejęte z Bizancjum hasło, w którym tamtejsi cesarze z myśli św. Pawła uczynili kanon doktryny politycznej zwanej "prawem boskim", legitymizującym ich władzę. Przypisuje się czasami Tomaszowi z Akwinu, że złagodził on później tą sentencję:  "Omnis potestas a Deo sed per populum" ("... dla dobra wspólnego"), co nie jest jednak prawdą. Uznawał on bowiem prawo do dziedziczenia władzy, nie zajmując się jej ograniczeniami.  To raczej naszemu Wincentowi Kadłubkowi, który zmarł kilka lat przed narodzinami Tomasza z Akwinu, należałoby przyznać pionierstwo, przynajmniej w Polsce, republikańskiej myśli politycznej, w której stawiał głos ludu (szlachty) na równi z władcą. Już za życia Kadłubka, nie w teorii ale realnie, rozkwitała wspomniana wyżej Republika Nowogrodzka, nie mówiąc już o prosperującej od końca IX wieku Republice Weneckiej.

Znana dzisiaj maksyma "vox populi, vox Dei" (głos ludu jest głosem Boga) zrodziła się zapewne ze zdania z końca VIII wieku, użytego przez wspomnanego wcześniej Alkuina, rektora akademii palatyńskiej w Akwizgranie, jakie skierował on do cesarza Karola Wielkiego: "I ci ludzie, którzy mówią że głos ludu jest głosem Boga nie powinni być wysłuchiwani, albowiem burzliwa natura tłumu jest zawsze bardzo bliska szaleństwa" (Nec audiendi qui solent dicere Vox populi, vox Dei quum tumultuositas vulgi semper insaniae proxima sit). W tamtym kontekście chodziło o głos ludu nie w sprawie wyboru władzy, ale wyboru przez lud świętych. Laicyzacją władzy, oderwaniem jej od przypisanych sobie przez władców feudalnych praw boskich, zajęli się dopiero wielcy humaniści epoki Oświecenia: Althusius, Grotius, Hobbes, Spinoza, Rousseau i inni.

Wróćmy jeszcze do ignorowanych figuralnych motywów lwów i ptaków na nodusie pastorału tynieckiego. Podobne rysy dwóch lwów i dwóch ptaków, z głowami zwróconymi do tyłu, przedstawione są po obu stronach w należącym do zbiorów Muzeum w Luwrze podwójnym grzebieniu rogowym (wys. 8 cm, szer. 7.7 cm). Opisany jest on jako pochodzący ze wschodniej części basenu Morza Sródziemnego, datowany na około pierwszą połowę XI wieku. Podobne motywy lwa i ptaków posiada także grzebień z wykopalisk Sigtuna V w szwedzkiej Uplandii, oraz z greckiego Koryntu II, oba datowane na koniec XI wieku.


Przychodzi tutaj na myśl refleksja, że dwuwiekowa (X-XI wiek) mieszanka kulturowo-społeczna przybyłych na dzisiejsze ziemie polskie Wikingów i Polan z lokalnymi, nieznanymi z nazwy plemionami, która stworzyła Polaków, mogła pozostawić wśród nas do dzisiaj pewną niezatartą rysę charakterologiczną - mitomanię. Ale także waleczność i swarliwość. Cyprian Norwid pisał: “Jesteśmy narodem w którym energia liczy 87 generałów ..., gdzie energia wyprzedza zawsze inteligencję - i co pokolenie jest rzeź”. W mniejszym stopniu zaś, jak historia naszego kraju na to wskazuje - umiejętności handlowo-negocjacyjne i polityczno-dyplomatyczne, których do dzisiaj w Wikingach nie zawsze dostrzegamy. Ale to już temat dla socjologii historycznej. A z uwagi na rozległość skrzywienia interpretacyjnego w pracach współczesnych archeologów i historyków, także proponowany obiekt badań w dziedzinie psychologii poznawczej i psychologii społecznej. Manifestowana w wielu pracach  historycznych misja wspierania czytelnika na duchu, a nie poszerzania jego horyzontów wiedzy, sprzyja niestety utrwalaniu ksenofobicznego poglądu, że Słowianie kierują się bardziej emocjami i uczuciami niż rozumem.

Dotychczas zebrane i nadal odkrywane w Europie, w Polsce i na Pomorzu źródła archeologiczne niezmiennie potwierdzają fakt nie tylko wyraźnego współistnienia wśród Słowian zachodnich, obok ich własnych tradycji i dorobku przyniesionego z ich wschodniej macierzy, także obcego dziedzictwa kulturowego, bądź to zastanego przez Słowian w miejscu ich nowego osiedlania się pomiędzy Łabą i Wisłą od VI-VII wieku n.e., bądź też nabywanych przez kolejne wieki nowych elementów kulturowych od ludów, które na te ziemie nadal przybywały i asymilowały się w żywiole słowiańskim. Dlaczego dzisiaj, gdy już nie ma zagrożenia eksterminacji Słowian, czy to dla przeciwstawienia się Germanom, Indianom i Eskimosom będziemy nadal odwoływać się - i to często w sposób propagandowy, żeby nie powiedzieć prostacki, tylko do naszych korzeni słowiańskich, a nie głębiej i szerzej - do silniejszych korzeni europejskich?

Przenikanie kultury skandynawskiej nie tylko do Polski, ale i do innych zakątków Europy, dokąd wcześniej dotarli Wikingowie, trwało jeszcze przez XII i XIII wiek. Znana wśród Skandynawów od V wieku, a spopularyzowana od VIII wieku przez Wikingów wspomniana gra planszowa Hnefatafl, została stopniowo zastąpiona przyniesioną do Rusi przez Waregów z Persji i świata arabskiego i rozpowszechnioną w XI-XII wieku grą w szachy, nazwaną przez nich Skaktafl (Skálatafl). Dotarła ona ze Wschodu do Sandomierza, najpóźniej w XII wieku, potem do Kruszwicy i Inowrocławia. W Sandomierzu, obok innych śladów obecności wikińskich elit, zawierających m.in. szklane paciorki, srebrne ozdoby, bransolety z końcówkami z głowami węży, w 1962 roku znaleziono 29 figur szachowych w arabskiej, abstrakcyjnej formie, wykonanej z poroża jelenia. Pojedyńcze piony i figury szachowe, chociaż możliwe także jako elementy gry Hnefatafl, z okresu XI-XIII wieku znajdowano także w Wolinie i Wrocławiu (XI wiek - być może najstarsze ślady szachów w Polsce), Szczecinie, Kołobrzegu, Santoku, Międzyrzeczu, Gdańsku oraz w Krakowie i Miliczu (obydwa XIII wiek). Wikingowie powrócili do perskich, realistycznych kształtów figur, a przykładem ich kunsztu są skandynawskie figury szachowe z Hebrydów (The Lewis Chessmen) z końca XII wieku (foto: Fred Eng, British Museum).

Problemem polskiej szkoły historycznej jest tkwienie jej trzonu nadal, wbrew obiektywnemu dorobkowi archeologii, w micie "od tysiącleci" trwającej słowiańskości naszych ziem, a przy tym nieuznawanie poważnego, jeżeli nie decydującego wpływu kultury skandynawskiej na otwarcie się wschodnich i zachodnich Słowian na świat, na powstanie na Rusi, Pomorzu i Połabiu zalążków miast oraz na ukształtowanie się zrębów państwowości wśród niektórych plemion słowiańskich.

Tak jak w IX wieku Rurik i jego dynastyczni następcy zjednoczyli politycznie obszary Europy wschodniej, tak tego samego trzy wieki wcześniej dokonał Chlodwig (Clovis I) i jego merowińscy potomkowie w zachodniej części "barbarzyńskiej" Europy, podbijając najpierw Galię, potem Alemanię, Prowansję, Burgundię i Turyngię. Tak jak Włodzimierz Wielki w oparciu o Bizancjum dokonał awansu kulturowego Rusi, tak dwa wieki wcześniej, również korzystając z Bizancjum, Karol Wielki ucywilizował Europę zachodnią na północ od  Alp (bowiem półwyspy Apeniński i Iberyjski już korzystały z osiągnięć kultury bizantyjskiej i islamskiej). Nie byłoby europejskiego romanizmu bez jego bizantyjskiego fundamentu kulturowego. Pierwszym europejskim, pozaśródziemnomorskom stylem kulturowym, czasami (zwłaszcza w Hiszpanii i Włoszech) niepozbawionym elementów orientalnych, był dopiero gotyk, w epoce renesansu lekceważąco nazwany przez Włochów jako styl "barbarzyński".

Trzeba tutaj powiedzieć, że historia upadku Cesarstwa Bizantyjskiego, tak jak wcześniej Cesarstwa Rzymskiego, a później historia upadku wielkich imperiów i całkiem małych państw tkwi głęboko korzeniami w niedostrzeżonych na czas albo zignorowanych pęknięciach fundamentów ustroju politycznego państwa. Brytyjski historyk George Finlay w swojej "History of the Byzantine and Greek Empires from AD 726 to 1453" z 1854 roku tak między innymi określił przyczyny upadku Bizancjum: "... zmieniła się na gorsze administracja i organizacja państwa, a także społeczne i religijne odczucia przeciętnych obywateli. Z powodu zaniedbań w edukacji i zanikaniu prawidłowej promocji  urzedników państwowych władza cesarza stała się jeszcze bardziej absolutna w stolicy. W praktyce urzędniczej coraz większy wpływ miała autorytarna wola cesarza, a cesarscy pochlebcy zaczęli przejmować obowiązki, wykonywane dotychczas przez dobrze wyszkolonych i doświadczonych urzędników".

Postawa odżegnywania się od obcych wpływów kulturowych może wynikać z naszego nieuzasadnionego, a dość trwałego kompleksu i obawy, że "świat" może odbierać Słowian jako ludzi mniej zdolnych, słabszych, po prostu "gorszych", aniżeli na przykład zachodnich Europejczyków; jako tylko odbiorców a nie także jako twórców wyższej kultury. Niezmiennie ignorujemy uniwersalny fakt ewolucji kulturowej każdego człowieka i całych społeczeństw - zależnej bardziej od uwarunkowań otoczenia, w jakim żyją, a nie od rasistowskiego i pozbawionego podstaw naukowych kryterium pochodzenia etnicznego czy "barwy krwi". Ta ignorancja wciska wielu historyków w koleiny źle pojętej obrony słowiańskości, kosztem odejścia od metod naukowych i uczciwości warsztatowej. Pozytywnym przykładem świeżej, ożywczej myśli i odejścia od pozanaukowego paradygmatu, w którym tkwi nasza historiografia, jest praca Marka Kazimierza Barańskiego "Dynastia Piastów w Polsce", PWN 2006.

Czerpanie z obcych wzorców w historii narodu polskiego, w oczach naszych historyków jakoby umniejsza nasze własne zasługi i naszą wartość, podczas gdy historia świata pokazuje, że jest odwrotnie - do głosu dochodziły te społeczeństwa, które umiejętnie wykorzystały dorobek innych, starszych kultur, na przykład (żeby nie sięgać zbyt daleko): Etruskowie i Rzymianie wykorzystali i rozwinęli osiągnięcia cywilizacji greckiej,  wczesnośredniowieczni Europejczycy wykorzystali spadek cywilizacyjny m.in. po Celtach, Rzymianach i Bizantyjczykach.

Jak przykładowo Wikingowie przejmowali niektóre techniki haftowania z kultury bizantyjskiej i koptyjskiej (np. ścieg zwany stem stitch), wykorzystane m.in. we wspomnianym wyżej Gobelinie z Bayeux, można docenić na jego fragmencie pokazanym obok.

W konsekwencji zapominamy, albo nawet nie chcemy wiedzieć, że siła kulturowa Normanów wypływała z nieprzerwanej akumulacji dorobku cywilizacyjnego ich przodków, mieszkających niezmiennie w tym samym siedlisku, ekumenie "od zawsze", czyli od zasiedlenia Skandynawii przez neolitycznych Indoeuropejczyków. Jest to proces społeczny zwany kumulatywną ewolucją kulturową, o czym wspominam w artykule "Kultury pierwotne na Pomorzu". Podczas gdy ich "kryjówki" na zimnej Północy nie były raczej przez obcych niepokojone, atakowane, to ich przyciągał majątek, dorobek i kultura ludów południowych. Ostry klimat wymuszał na nich odwieczną ruchliwość, pogoń za nowym, ale i potem często powrót do "home sweet home".

Podróże kształcą, więc powroty wzbogacane były o coraz to nowe, przyswajane od obcych,  elementy kulturowe. Wikingowie, jak każdy inny naród,  nie byli sami w sobie genialni, ale umieli podpatrywać, "ściągać" (a potem sumując zebrane doświadczenie, ulepszać) ze świata arabskiego, bizantyjskiego, zachodnioeuropejskiego jak handlować, jak wyrabiać dobrą stal, jak upiększać granulacją biżuterię, jak lepiej w podróży wykorzystać astronomię itd. Nie ma w tym żadnych, wyłącznie ich wewnętrznych, nadzwyczajnych przymiotów, ale też nie ma ich "winy", że byli pierwszymi Europejczykami, którzy na tak szeroką skalę wykorzystali obcy know-how. Tak jak nie winimy dzisiaj o to Japończyków, Koreańczykow i Chińczyków.

Jeszcze w połowie XIX wieku, na długo przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, wspomniany wyżej Antoni Zygmunt Helcel zauważył: "Lepiej ten ojczyźnie naukowo służy, kto dąży do wykazania historycznej prawdy współczesnym i potomnym, którą dawniejsi zaćmili, niż ten kto dla źle zrozumianej czci dla dawnego autora, przyczynia się do utwierdzenia jego pomyłek i fałszów." Antoni Helcel był jednym z tych polskich badaczy, który rozumiał raison d'être profesji historyka, a bardziej ogólnie - przedstawiciela nauki, a nie polityki. Prawda i polityka to bardziej antonimy niż synonimy. Kłamstwo jest jednym z ulubionych narzędzi człowieka polityki, nie tylko zresztą polityka - demagoga, ale i tak zwanych mężów stanu. Dla wykazania jak wiążąca jest siła prawdy, kiedyś Hugo Grocjusz (Grotius) powiedział, że nawet Bóg nie potrafiłby spowodować, aby dwa razy dwa nie dało czterech. Historia świata wskazuje jednak, że ogłupiając własne narody politykom udaje się wykazywać, że dwa razy dwa "nie zawsze" musi przynieść tylko lub aż cztery.

Rzućmy jeszcze okiem na tak zwany "Skarb Gnieźnieński", który z uwagi na reprezentowaną w nim cywilizację rodzącego się państwa polskiego, powinien być popularyzowany w każdym polskim podręczniku historii. Niestety, popularyzowany jest tylko poza Polską, jak w książce "Le Moyen Âge florissant AD 911-1154", w serii wydawniczej Reader's Digest "Wielka historia świata", 2013. Ilustracja zbioru artefaktów waresko-bizantyjskich odkrytych nie tyle w samym Gnieźnie, co w państwie gnieźnieńskim ("Gniezdun civitas", "Civitas Schinesghe") - z uwagi na brak odrębnego rozdziału dotyczącego Polski, została zamieszczona zgodnie ich rodowodem kulturowym, w rozdziale zatytułowanym "Państwo Kijowskie - narodziny Rosji".


W swoim źle pojętym patriotycznym uniesieniu, nasza historiografia zdaje się coraz bardziej odbiegać od naukowych metod badawczych i  ewoluować w kierunku popularnej beletrystyki historycznej, dziejopisarstwa w stylu Galla Anonima - na zamówienie "dworu" albo pod komercyjnie sterowany popyt społeczny, "ku pokrzepieniu serc". Lepiej byłoby odwrotnie: gdyby to "cukier krzepił", a historia - jak każda nauka, oświecała. Jak kiedyś Wikingów, a dzisiaj inne przodujące cywilizacje. Czy oczekujemy od naszych historyków za wiele? Trawestując słowa Goethego "Eine Chronik schreibt nur derjenige, dem die Gegenwart wichtig ist" można powiedzieć: badaj historię, jeżeli teraźniejszość jest dla ciebie ważna.

23 komentarze:

  1. Z „Żywotem św. Wojciecha” rozprawia się Błażej Śliwiński w swojej książce: „Początki Gdańska. Dzieje ziem nad zachodnim brzegiem Zatoki Gdańskiej w I połowie X wieku” (Gdańsk 2009), skupiając się co prawda na trochę innych aspektach tematu. Tam też autor przedstawia inne spojrzenie na początki samego Gdańska, w świetle czego Pańskie wnioski mogą wydawać się trochę za daleko idące… książkę bardzo polecam, choć jest to raczej głos w dyskusji, czy próba nowej interpretacji znanych źródeł i aktualnego stanu badań archeologicznego.

    Przede wszystkim jednak bardzo dziękuję za opracowany artykuł, który wyraźnie wskazuje na absurdalne założenia jakie leżą u podstaw naszej historiografii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za sugestię, przeczytam. Z dostępnych omówień tej książki rozumiem że autor powraca do starszego poglądu, że pierwszy gród w Gdańsku - ten X-wieczny z czasów wizyty św. Wojciecha, zbudowany był na Górze Gradowej. Istotnie, nie można wykluczyć tej hipotezy, chociaż mnie się wydaje bardziej prawdopodobne, że pierwszą była otwarta lub umocniona osada w pobliżu tej góry, a samo wzgórze (najstarsza jego nazwa Góra Gajowa), górujące nad Zatoką Gdańską było pogańskim miejscem kultu.

    Na brak w Gdańsku w X wieku silnego grodu typu książęcego wskazywałoby większe, niż na Pomorzu Zachodnim rozdrobnienie polityczne tutejszych plemion, co po przejęciu Pomorza Wschodniego przez Piastów pozwoliło im wyznaczyć polskiego namiestnika, a nie układać się z lokalnym władcą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Artykuł bardzo ciekawy, przełamujący skostniałe stereotypy i tabu. Szkoda, że animowy, bo to jego anonimowość, to woda na młyn adwersarzy. Poszedłbym o krok dalej i wyszedłbym poza Pomorze - w kierunku polskiego interioru. Droga wodna Wisła - Dniestr była najbardziej korzystnym szlakiem łączącym południową Skandynawię z Orientem, a temat nigdy nie był szerzej eksplorowany. O tym w artykule http://www.msskarbek.byethost11.com/Images/routes_pl.pdf

    OdpowiedzUsuń
  4. W dyskusji z polskimi prehistorykami żaden tytuł naukowy nie ma znaczenia, jeżeli ich zdaniem narusza się godność wybudowanej przez nich świątyni etnosu słowiańskiego. Stąd też aby nie zostać posądzonym o antysłowianizm, historycy zachodni nie podejmują otwartej polemiki z naszymi nawiedzonymi badaczami. Rolę recenzenta ujawniającego sprzeczności w pojęciach i sądach polskiej historiografii spełnia czas. W ciągu ostatnich dekad, nie skłaniani do tego przez nikogo spoza Polski, w oparciu o ten sam, obiektywny materiał archeologiczny, zdołaliśmy rozstać się z wieloma ideologicznie stymulowanymi, fałszywymi teoriami. Większość z nich nadal dekoruje kącinę zabobonów naukowych.

    Przywołany przez Pana temat wczesnośredniowiecznego handlu wiodącego z Orientu na ziemie polskie, chociaż żywotnie dotyczy polskiej historii, nie wywołuje zainteresowania badaczy, bo trudno jest tutaj stworzyć teorię z udziałem słowiańskich „aktorów” w roli głównej.

    OdpowiedzUsuń
  5. 'Eistland' odnosił się raczej do Prus niż do Estonii.

    O wikińskim osadnictwie na Pomorzu świadczą też nazwy miejscowości:

    - Oksywie (norm. "Głowa Wołu")
    - Hel (norm. "Pięta")
    - Jastarnia (bogini Easter)
    - Rozewie (kaszb. Rozëft, norm. "Czerwona Głowa")
    - Rewa (??)
    - podejrzewam tu także, że dawna nazwa Krynicy Morskiej czyli Łeb (w żródłach Liep) mogła być tłumaczeniem normańskiego słowa oznaczającego głowę (chodzi oczywiście o kształt wzniesienia jeśli się patrzy od strony morza)
    - podobnie Ustka mogła być tłumaczeniem słowa normańskiego
    - Duninowo (dawniej Dunowo)
    - Wargowo
    - Biesiekierz
    - Rowokół (norm. Revekol, kulista góra)
    - a także normańskie nazwy Szczecina, Wolina i Kamienia (?) - odpowiednio: Borstaborg, Jumsborg, Steinborg

    Co do Gdańska bardziej jestem skłonny do uznania słowiańskiej genezy nazwy tego grodu, ten sam rddzeń co Gdynia i wyraźne "G" w pierwszych nazwach. Końcówka -ski/ska jest odziedziczona wraz z językami germańskimi po języku aryjskim. Występuje ona także u Słowian gdzie penetracja normańska była słaba lub jej wogóle nie było. W językach zachodniogermańskich, poza językami fryzyjskimi przeszła ona w końcówkę sch/sh np. Deutsch, English.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ustka"? Normańska inspiracja dla nazwy powstalej w 1947 roku? ;-)

      Usuń
    2. "Ustka" to nie jest nazwa powstała w 1947 roku. Kaszubi zwali ją "Ùszcz" lub "Ùskô" odpowiadające polskiemu "Ustka" o wiele wcześniej. Wystarczy sięgnąć do pracy: dr Friedrich Lorentz "Polskie i kaszubskie nazwy miejscowości na Pomorzu Kaszubskiem" (pozycja wydana po I wojnie światowej), albo do książki Floriana Ceynowy "Skórb kaszëbskoslovjnskje move" wydanej w II połowie XIX wieku.

      Usuń
    3. Jeśli chodzi o "Biesiekierz" to oprócz koszalińskiego warto pamiętać o tym znajdującym się na obszarze dzisiejszego Gdańska

      http://www.gedanopedia.pl/?title=BIESIEKIERZ

      Usuń
  6. Warto też przypomnieć, że w języku kaszubskim występuje słowo Rugan oznaczające olbrzyma - być może ma ono związek z germańskimi Rugiami; a także słowo Stolëm/Stolim, będące skróceniem występującego w języku staropolskim słowa Stoliman, także oznaczającego olbrzyma, a brzmiącego podobnie jak lapońskie słowo Stalo, jakim Lapończycy określali wikingów.

    OdpowiedzUsuń
  7. Na wszystkie Pana cenne uwagi nasi badacze już dawno mają swoje "wyjaśnienia", unieważniające wszelką proweniencję normańską. Można ich nazwać akademikami - wywodzacymi się nie z tradycji platońskich uczelni, ale z deklaracji składanych na oficjalnych uroczystościach "ku czci", zwanych akademiami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że jedno z tłumaczeń polega na tym, że są to nazwy pochodzenia germańskiego - owszem - ale dolnoniemieckiego, a nie skandynawskiego. Słabość tej argumentacji polega na tym, że nie jest znana wcześniejsza nazwa słowiańska, a nazwa dolnoniemiecka mogła być tłumaczeniem z normańskiego.

      Z drugiej strony nie podejrzewam, aby osadnictwo wikińskie na Pomorzu było aż tak silne jak w Normandii z tego względu że nazw podejrzewanych o normańskość jest jednak zdecydowanie mniej.

      Usuń
    2. Sam fakt znacznie mniejszej ilości toponimów nordyckich na Pomorzu, aniżeli w Normandii nie musi świadczyć o słabszym osadnictwie wikińskim u nas niż w północnej Francji. Wynika to z faktu, że Skandynawowie "zalali" Normandię w stosunkowo krótkim czasie, budując od razu własną infrastrukturę polityczno-kulturową. Inaczej było na Pomorzu, gdzie osadnictwo nordyckie trwało już od epoki brązu, a mieszanie kulturowo-etniczne z przybyłymi w VI wieku Słowianami trwało przez kolejne pięć wieków, w ciągu którego to czasu zaakceptowany przez Skandynawów język słowiański decydował o nazwach miejsc geograficznych. Podobną - rozłożoną na kilka wieków, asymiliację przeszli Wizygoci w Hiszpanii, czy Longobardowie w Lombardii. W Normandii sytuacja była trochę inna.

      Usuń
  8. Trzeba właśnie pamiętać o zależnościach personalno-urzędowo-akredytacyjno-towarzyskich. Sam słyszałem kiedyś, że na Uniwersytecie Gdańskim na Filologii nie ogłoszono jakiejś tezy bo była sprzeczna z myślami uczonych z Warszawy.

    OdpowiedzUsuń
  9. Super ciekawy artykuł. Skąd posiada Pan info, że ten młotek Thora z Wolina pochodzi z VIII w.?

    OdpowiedzUsuń
  10. P.S. W pracy B. Stanisławskiego o Wolinie I część jest info pod zdjęciem II.4., że młotek Thora i but Widara pochodzą z 2 połowy X w.

    OdpowiedzUsuń
  11. P.S. II.
    http://histmag.org/8535
    Na tej stronie zamieściłem komentarz do recenzji dr. Sikorskiego jako Mesco pracy prof. Urbańczyka o Mieszku I. Wnioski są zbieżne z Pańskimi. Pozdrawiam Mesco

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję za uwagi. Informacja o młotku Thora z Wolina, której nie udało mi się zweryfikować, pochodzi ze strony http://www.odinsvolk.ca/thorshammer.htm
    Recenzję dr. Sikorskiego odbieram równie jak Pan jako nienaukową, emocjonalną formę krytyki prof. Urbańczyka. Pomijając niegodną jej formę, moim zdaniem dr Sikorski myli się w kwestii zasadniczej jaką podnosi. Uważa on, że jest to spór o metodę historyczną, którą niewłaściwie nazywa historiograficzną. Historiografia, czyli nauka o sposobach opisywania historii, nie wyodrębniła żadnej specyficznej metody badań naukowych. Jest ona raczej zbiorem różnych tradycji wytworzonych w poszczególnych środowiskach naukowych i krajach. Tzw. metoda historyczna sprowadza się w istocie do zastosowania ogólnych metod naukowych w przedmiocie historii.
    Dr Sikorski wydaje się nie rozumieć, że w tym sporze nie może chodzić o kompromis w naukowej metodzie badawczej, jakim jest eliminowanie z procesu badawczego tzw. sceptycyzmu naukowego i zastępowanie go bezkrytycznym przyjęciem tzw. prawd objawionych ("zadekretowanych"), co faktycznie można nazwać już nie naukową ale dziennikarską, publicystyczną metodą.
    Istotą sporu jest moim zdaniem problem miejsca historii w naukach społecznych. Jest to spór uniwersalny (niezależny od poszczególnych krajów) o to, w jaki sposób i w jakim zakresie dowody i fakty historyczne mają mieć swój udział w konstruowaniu i testowaniu teorii społecznych. W Polsce spór ten został sprowadzony "do parteru": w jaki sposób zaangażować historię, wbrew dowodom historycznym, w realizację przyjętych doraźnie za słuszne celów politycznych. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. A jak wyglądały pożegnania w prehistorycznych czasach? http://www.kreatywna.pl/spoleczenstwo/pozegnania-w-prehistorii/

    OdpowiedzUsuń
  14. Obecnie coraz bardziej jestem skłonny uważać, że tzw. "okres romański w sztuce" miał kilka kolorytów a tzw. "sztuka bizantyjska" jest tylko jednym z nich i nie koniecznie ona wyraża wpływy polityczne Konstantynopola co poprostu wariant ówczesnej mody. Pamietajmy, ze w Konstantynopolu nigdy nie stosowano nazwy "Cesarstwo Bizantyjskie", "Bizantyjczycy", ale zawsze mówiono o "Cesarstwie Rzymskim" i "Rzymianach" (Romajos). A więc raczej niekoniecznie "wpływy bizantyjskie" (polityczne) co po prostu "sztuka w stylu bizantyjskim". To, że ktoś w Afryce nosi dżinsy wyprodukowane w Chinach niekoniecznie oznacza, że na tą osobę w sposób polityczny oddziałuje USA, a jedynie że ma miejsce rozpowszechnienie się pewnej kultury.

    Druga moja uwaga odnosi się do kwestii religijnych. Sprawy obrządkowe to jedno a sprawy dogmatyczne to drugie. Np. w Portugalii obecnie istnieje wspólnota prawosławna stosująca obrządek łaciński zaś unici są katolikami stosującymi obrządek wschodni. Zresztą oba obrządki wyewoluowały ze wspólnego pnia. Chyba Każdy kto był na mszy "przedsoborowej" zdaje sobie sprawę, że różnice wynikają z pewnej ewolucji i rozbudowy/uszczuplania danych fragmentów liturgii. 1000 lat temu różnice w liturgii były jeszcze mniejsze i rzeczysiste kwestie drażliwe nie polegały raczej na granicy obrządek wschodni/zachodni ale raczej na kwestii czy stosować język słowiański w liturgii na równi z greką i łaciną czy też nie, co zresztą zauważa autor tego bardzo cennego artykułu. Podejrzewam, że wycofywanie się z języka słowiańskiego wynikało z obawy Kościoła przed kolejnymi schizmami spowodowanymi wzajemnym niezrozumieniem czego teologiczną podbudową była historia biblijna o wieży Babel.

    Trzecia sprawa to trzeba pamiętać, że czasem uczeń dogania/przegania mistrza i o ile rzeczywiście początkowo Wikingowie byli władcami Bałtyku, to później tę rolę coraz bardziej przejmują Słowianie/zeslawizowani Wikingowie co też autor zauważa.

    OdpowiedzUsuń
  15. Interesujące uwagi, z którymi się zgadzam. Mówiąc o wpływach bizantyjskich w tamtej Europie miałem na myśli, niezależnie od tymczasowych aliansów politycznych, wpływy kulturowe - podobne w skali do dzisiaj dominujących na świecie wpływów kulturowych, a bardziej cywilizacyjnych płynących z USA.

    Druga uwaga równiez słuszna, ale nie wyjaśnia dlaczego Polska była jedynym dużym krajem we wczesnośredniowiecznej Europie (od Portugalii po Ural - a więc niezależnie od wyznania i obrządku) pozbawionej istotnych śladów twórczości w języku narodowym.

    Trzecia uwaga prawdziwa, z tym że niektórzy zakompleksieni historycy obawiają się przyznać, że kiedykolwiek byliśmy uczniami. Według nich wraz z "chrztem Polski" automatycznie staliśmy się równorzędnymi z innymi mistrzami.

    OdpowiedzUsuń
  16. Cyt: "Wywieszono tamże na białym marmurze listę "waszych chrześcijańskich biskupów" (vobis episcopi vobiscum christiani), ograniczoną do katolickich, czyli "naszych" biskupów, a pomijającą ewangelickich biskupów Pomorza, historycznych gospodarzy tej katedry, przecież także christiani, czyli chrześcijańskich "braci w Chrystusie"."

    Według wiary katolickiej "biskupi" ewangeliccy są świeckimi przebierańcami, jako że w ich przypadku 1) nie ma sakramentu kaplaństwa; 2) nie jest zachowana sukcesja apostolska tj. konsekracja przez innego biskupa począwszy od pierwszych apostołów. W protestantyźmie "biskup" to przede wszystkim urząd.

    W przypadku biskupów prawosławnych są oni odłączeni od kościoła na mocy schizmy i herezji, ale ich święcenia są pod względem kanonicznym ważne.

    "Krzyż patriarchalny" to nie jest coś co można przypisywać wyłącznie prawosławiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak zwana sukcesja apostolska należy do dogmatów różnie interpretowanych w poszczególnych odłamach chrześcijaństwa, a zatem rozstrzyganie który biskup jest "przebierańcem" a który nie, jest zupełnie pozanaukowe i w tym artykule bez znaczenia. Nawet w obrębie samego kościoła katolickiego dogmaty o "właściwościach" biskupów zmieniały się z czasem, na przykład kiedyś biskupi Rzymu byli mężami i ojcami.

      Chodzi o coś ważniejszego - o trwającą na Pomorzu od czasów biskupa Ottona z Bambergu sukcesję kulturową, jaką niosło chrześcijaństwo, w odróżnieniu od poprzedzających go czasów pogańskich. Jeżeli uznajemy trwanie w Polsce chrześcijaństwa od tysiąca lat, to nie możemy jednocześnie odcinać się od "nie naszych biskupów", którzy to chrześcijaństwo przez wieki krzewili, zanim od kilkudziesięciu lat "pałeczkę" przejęli biskupi polscy.

      Jak widać z tradycji katolickiej krzyż patriarchalny nie jest zarezerwowany tylko dla prawosławia. Tylko dlaczego kościół katolicki ukrywał, a nawet wypierał się swoich wschodnich korzeni? Czyż nie z tego powodu po schiźmie kościołów powstała w polskim piśmiennictwie "czarna dziura", po której historia polskiej literatury zaczęła się o dwa wieki później, niż w pozostałych krajach słowiańskich?

      Usuń
  17. "Według badań Charlesa Bransoma, obecnie w Kościele rzymsko-katolickim sukcesja nałożenia rąk kształtuje się w ten sposób, że 95,6% biskupów należy do linii kard. Rebiby; 3,3% do jednej z kilku linii wschodnich, 1,1% należy do jednej z pozostałych czterech linii łacińskich[16]:

    linia Ravizzy (4 żyjących biskupów),
    linia de Boveta (12 żyjących biskupów),
    linia von Bodmana (12 żyjących biskupów),
    linia d'Estouteville'a (25 żyjących biskupów)."

    źródło: Wikipedia

    OdpowiedzUsuń